Zakon Assassin's Creed


IV

O świcie dwaj mężczyźni osiodłali swoje wierzchowce i ruszyli w drogę. Nie oglądając się za siebie na miasto pogrążone w rozpaczy i żałobie, popędzili konie naprzód. Przemierzali tą samą drogę, co ostatnio, lecz tym razem bez jakichkolwiek komplikacji. Wszystko szło po myśli Asasynów. Szybko dotarli do pierwszego postoju, małej wsi nieopodal Denver, lecz nie zatrzymywali się tam na noc. Napoili konie, wstąpili do jednego z poznanych wcześniej gospodarzy na strawę i ruszyli w dalszą podróż. Asasyni po półtoradniowej wędrówce, z przerwą na odpoczynek przy niewielkiej, krętej rzece, dotarli do miejsca rzezi, jaką urządzili podczas napadu bandytów. Ślady walki wciąż pozostawały widoczne. Trupy bandytów były już w fazie zaawansowanego rozkładu, przez co w powietrzu unosił się niesamowity odór zgnilizny, a wszechobecny dźwięk brzęczących much doprowadzał do bólu głowy. Po kilku chwilach dotarli do oazy, przy której zatrzymali się w drodze w przeciwną stronę. To ich ostatni przystanek przed wioską. Napoili konie i postanowili, że spędzą tutaj noc. Gdy decyzja zapadła, od razu wzięli się do przygotowywania noclegu. Georg naznosił chrustu, a Jerry rozwiesił hamaki na odpowiedniej wysokości, aby nie dosięgła ich dzika zwierzyna. Zając ustrzelony tuż przed oazą okazał się idealnym daniem na kolację. Mięso wolno opiekane nad ogniem syczało i skwierczało smakowicie, wywołując burczenie brzucha u Asasynów, którzy ostatni większy posiłek mieli okazję spożyć u życzliwego gospodarza nieopodal Denver. Podczas gdy posiłek był przygotowywany, mężczyźni mieli okazję porozmawiać o tym, co się wydarzyło w mieście, do niedawna opanowanym przez Bractwo, do którego przynależą:

- Jak myślisz, kto za tym stoi? – zaczął Georg.

- Bez dwóch zdań Templariusze. Rozmawiałem o całym zajściu z pewną kobietą, opłakującą swojego syna. Podejrzewam, że ten skurwiel, którego wieźliśmy do Mistrza, zdołał jakimś cudem przeżyć i powiadomił swoich towarzyszy. Musieli być gdzieś w pobliżu… Niemożliwe, żeby dotarli do Denver przed nami, wyruszając z tak wielkim opóźnieniem z samego Dodge.

- Gdyby ci przeklęci złodzieje nie spłoszyli naszych koni… - zaklął rozwścieczony Georg.

- Spokojnie. Każdy poległy Asasyn zostanie pomszczony… Na razie musimy wrócić po Terrenca i udać się do Dodge.

- Oby był już w pełni sił… Przyda nam się teraz każda para rąk, zdolnych do utrzymania rewolwerów.

Jerry tylko skinął głową w geście aprobaty i zajął się doglądaniem skwierczącego nad ogniem królika. Spadające co chwila w ogień krople tłuszczu tworzyły różnorodne wzory z powstających z nich iskier, a co większe dawały istny pokaz fajerwerków. Zapatrzony w te zjawiska Jerry stracił kontakt z rzeczywistością i zaczął rozmyślać o swej lubej, która była już tak blisko, a jednak wciąż niewyobrażalnie daleko. Im bliżej spotkania, tym rozłąka była dla niego coraz to uciążliwsza. Z każdą kolejną chwilą zapominał się coraz bardziej, a każda myśl o ukochanej rozpalała w nim uczucie, które zdolne przenosić góry i zmieniać biegi rwących rzek. Znów wyobrażał sobie jej uśmiech, który niczym promienie słońca jesienią, które rozświetlają burą rzeczywistość i nadają jej kolorytu, tak jej uśmiech rozświetla z łatwością mrok duszy wprawionego w boju Asasyna i rozpala w nim uczucie; jej oczy, które jak dwa diamenty, załamują światło i ukazują wszystko w lepszej, doskonalszej postaci i jej dłonie, które poprzez dotyk, niczym za muśnięciem czarodziejskiej różdżki, wywoływały gęsią skórkę na całym ciele. Nagle coś wytrąciło Jerrego z jego rozmyśleń o młodej Indiance:

- Ej! Królik! Królika przypalasz! Musisz kręcić – krzyknął Georg, jednocześnie trącając McKeana w bok. vTen przebudził się niczym niedźwiedź ze snu zimowego i szybko przekręcił królika na drugą stronę, nie odzywając się do towarzysza ani słowem, całkiem jakby miał do niego żal za to, że wyrwał go z miłosnych objęć ducha Indianki, który cały czas pałęta się po jego głowie.

Nazajutrz rano ruszyli w stronę wioski. Z każdym kilometrem serce Jerrego biło coraz mocniej, jakby chciało wyskoczyć z piersi mężczyzny i czym prędzej polecieć wprost do Gracy. W końcu dotarli do granic osady. Było wczesne popołudnie, a żar z nieba lał się jak woda z wodospadu. Strudzonych drogą mężczyzn przywitał ten sam tubylec, który niegdyś był członkiem „delegacji” w kanionie, i który podczas uczty po udanym polowaniu na bizona wręczył Jerremu spory kawał mięsa. Znów z uśmiechem na twarzy podszedł do McKeana, uścisnął mu dłoń i ukłonił się nieznacznie, mówiąc coś w swoim języku. Asasyn odwdzięczył się tym samym, po czym dwójka dopiero co przybyłych mężczyzn musiała zdać broń, jak za ostatnim razem. Teraz jednak Jerry nie przeoczył niczego, bo nie pozwolono mu na to. Pilnowano go i ciągle obserwowano przy zdawaniu broni. Tubylcy nie odpuścili, dopóki nie zaczął odpinać swoich ostrzy. Gdy już obydwoje byli „czyści”, pozwolono im wejść do wioski. W środku, jak zwykle, panował zgiełk i drobne zamieszanie. Kobiety zszywały bawole skóry, które potem miały posłużyć za „ściany” szałasów, a mężczyźni właśnie wracali z polowania. Choć dwa jelenie, to nie to samo co bawół, to i tak można uznać łowy za udane. Jeden z jeleni wisiał już na drągach, przywiązany za nogi, obdarty ze skóry i wypatroszony. Z boku jeden z tubylców oddzielał właśnie poroże, które zostanie przeznaczone na handel, od łba, który zapewne zostanie rzucony psom na pożarcie. Inni taszczyli już kolejnego delikwenta do „obróbki”. Wszystkim tym czynnościom wtórowały radosne śpiewy i figle małych, przyuczających się do fachu dzieci. Gdzieś tam w oddali, przy ognisku grupa młodych ludzi paliła fajkę, również wśród radosnych śpiewów i odgłosów bębnów. Atmosfera w wiosce była niemal świąteczna.

Jerry pewnie kroczył przed siebie, wyszukując w tłumie tej jednej, jedynej osoby. Przemierzał kolejne korytarze utworzone z blisko poustawianych szałasów. Był przy ognisku, szukał wśród szwaczek, lecz nigdzie nie mógł jej wypatrzeć. W końcu, przechodząc nieopodal szałasu szamana, zauważył ją siedzącą ze wspaniale czującym się Terrencem. Jerry podchodził powoli, jakby niepewnie, gotów do odwrotu. Lecz po chwili nie było już mowy o dezercji. Dziewczyna ujrzała niepewnego Asasyna, a jej twarz na nowo rozpromieniła się we wszystkich kierunkach. Kobieta wstała z miejsca i czym prędzej ruszyła w stronę Jerrego, który widząc jej reakcję ruszył do przodu pewniejszym i nieco szybszym krokiem. Rzucili się sobie w objęcia nie bacząc na dziwne reakcję tutejszych i Asasynów. W tej chwili nie obchodziło ich nic i nikt, oprócz siebie samych. Kobieta w uścisku wyszeptała do mężczyzny kilka słów:

- Za pół godziny, tam gdzie zawsze. Będę czekać!

Po czym oderwała się od McKeana i wciąż z uśmiechem na twarzy poleciała w stronę dalszych szałasów, aby przygotować się do spotkania. Gdy dotarł do swojego miejsca zakwaterowania, zrzucił z siebie starą, przepoconą i brudną koszulę, po czym założył świeżą. Z niewielkiego bukłaka, który nosi przy pasie w upalne dni, wylał resztki wody do miski, wyjął ostry, zdobiony sztylet i zaczął się golić. Cięcia namoczonego sztyletu o wyschniętą skórę były bolesne i pozostawiały, za sobą białe ślady, które po chwili stawały się krwisto czerwone. Jednak Jerry nie zwracał uwagi na zadrapania, nie miał na to czasu, zresztą nie myślał teraz o niczym innym, jak o spotkaniu z Gracy. Gdy skończył, nabrał w obie dłonie wody i chlusnął nią w twarz, aby zmyć resztki drobnych włosów i załagodzić nieco zacięcia.

Jerry był gotów do wyjścia. Tym razem postanowił przemierzyć odległość dzielącą wioskę i zalesione jezioro na koniu. Osiodłał więc Alamuta i czym prędzej pognał w umówione miejsce, gdzie zastał rumaka Gracy, której najwidoczniej również było śpieszno do umiłowanego. Indianka czekała już od kilku chwil, w których zdążyła rozłożyć nieopodal pamiętnego głazu miękki koc, a na nim kilka smakołyków. Jerry, nie bacząc na przygotowane przez kobietę rzeczy ruszył w jej stronę z pożądaniem w oczach. Gdy tylko znalazł się obok niej, złapał ją w mocny uścisk miłości, podniósł do góry i z radości zakręcił się z nią dokoła. Po chwili odstawił ją na ziemię i delikatnie unosząc jej głowę za bródkę zbliżył jej usta do swoich. Gdy ich usta zmierzały ku sobie, w ich brzuchach stado motyli budziło się ze snu, wprawiając ich w stan nieziemskiego uniesienia. Po chwili dziewczyna przerwała pocałunek i wtulona w Jerrego patrzyła mu prosto w oczy, które wydawały się krzyczeć „kocham cię!” i „tak bardzo tęskniłam”.

- Może… wykąpiemy się razem? Jest taka piękna pogoda – zapytała nieśmiało kobieta.

- To… bardzo dobry pomysł – odrzekł uśmiechnięty Jerry.

Gracy podeszła do brzegu jeziora i już miała zdjąć z siebie ubranie, gdy nagle odwróciła się do mężczyzny i powiedziała:

- Czy mógłbyś się na chwilę odwrócić?

Jerry nie protestował, odwrócił się. Choć pokusa podglądnięcia boskiego ciała kobiety była potężna, jakimś cudem udało mu się powstrzymać od tego niecnego postępku i nie zrobił tego. Po chwili usłyszał plusk wody, który przerwał jego męczarnie. Asasyn w końcu mógł się odwrócić, zrzucić z siebie ubranie i dołączyć do ukochanej, co w ułamku sekundy uczynił.

Pora była popołudniowa, a promienie słońca przemykające pomiędzy koronami drzew, znów, tak jak za pierwszym razem oświetlały ciało Indianki, oświetlały jezioro i nagie w nim ciała, tworząc niezwykły, baśniowy klimat. W wodzie zachowywali się jak dzieci. Co chwila się ochlapywali, śmiejąc się przy tym w głos, bądź krążyli wokół siebie, jak pszczoły wokół kwiatów, by nagle w jednej chwili zbliżyć się do siebie, pocałować i równie niespodziewanie odpłynąć. W końcu przestali się śmiać i znów się do siebie zbliżyli. Tym razem Jerry przysunął do siebie młodą Indiankę za plecy i pocałował tak namiętnie, jak tylko mógł to sobie wyobrazić największy romantyk tamtych czasów. Po chwili znajdowali się już na kocu. Ich mokre nagie ciała splotły się w jedność, a dotyk Jerrego powodował gęsią skórkę na całym ciele Gracy. Gdy pieścił jej piersi nie mogła już dłużej wytrzymać i z jej ust wydobywały się już pierwsze, ciche jęki rozkoszy. W końcu przyciągnęła go do siebie, a pożądanie bijące z jej oczu powiedziało wszystko o jej zamiarach. Mężczyzna, niby silny… tym razem uległ Indiance, która przewróciła go na plecy i zaczynając od ust schodziła coraz niżej. Kochali się długo, namiętnie i bez pamięci, a ich jęki rozkoszy było słychać w całym pobliskim lesie. Po pewnym czasie oboje opadli z sił i leżeli chwilę w bezruchu, ona wtulona w silne ramiona zabójcy, a on szczęśliwy, że może w końcu trzymać ją w nich i sprawiać, że czuje się bezpieczna.

***

Gdy zaczęli się szykować do powrotu, dochodziła godzina piąta. Słońce wciąż przebijało korony drzew swymi promieniami, lecz te stawały się coraz bardziej pomarańczowe. W drodze powrotnej Gracy zapytała Jerrego o niedawną podróż, a on nie mógł powstrzymać się przed powiedzeniem jej wszystkiego. Wyjawił jej to, co się stało i to, co planuje. Zatrwożona kobieta zaoferowała mu pomoc. Zaklinała się na swoje bóstwa, że przekona swojego ojca i wraz ze swoimi braćmi z osady pomoże mu pokonać Templariuszy, którzy już czekali na niego w Dodge City. Ten jednak szybko i stanowczo odmówił. Nie chciał mieszać w sprawy bractwa osób z nim niezwiązanych, a tym bardziej nie chciał narażać na szwank swej lubej. Po kilku chwilach dotarli do wioski, a w bramie powitał ich wódz plemienia. Stanął przed Alamutem, zagradzając mu drogę, a gniewne spojrzenie, które rzucił na swoją córkę wystarczyło aby ta bez słowa, lecz z żalem w oczach odjechała i zostawiła mężczyzn na osobności. McKean zsiadł z konia i podszedł do wodza:

- Strudzony Orle… słyszałem o twoim… – tu wódz spluną i skrzywił się – romansie z moją córką. To musi się jak najszybciej zakończyć. Nie pozwolę na mieszanie naszej indiańskiej krwi z waszą… Dlatego opuścisz naszą osadę jeszcze dzisiaj. To już postanowione. Poślę Kali – wódz nigdy nie nazwał swej córki imieniem nadanym przez blade twarze - do jej prababki, aby towarzyszyła jej w ostatnich chwilach życia, a ty w tym czasie, wraz ze swoimi kompanami, wyjedziesz. Bez pożegnania. Mam nadzieję, że zrozumiesz i zaakceptujesz moje postanowienie. Żegnam.

Wódz wykonawszy wyrok na Asasynie odszedł powolnym krokiem w stronę jednego z ognisk, a Jerry niczym wmurowany stał i nie wiedział, co robić… Nie mógł się sprzeciwić, bo postawiłby przeciw sobie całą wioskę. Zatem musiał ustąpić. Jego kompani byli już gotowi do drogi. On sam zabrał tylko z szałasu swoje rzeczy, a na posłaniu zostawił krótki liścik z nadzieją, że ukochana go odczyta. Cała trójka odebrała swoją broń i ruszyli w stronę Dodge City.

V

Dodge City. Miejscowe centrum kulturalno-cywilizacyjne. Ludzie napływali do miasta z każdej strony. Biali, Indianie i nawet kilku czarnych… w roli niewolników, zwanych potulnie tragarzami. Każdy, kto chciał coś sprzedać bądź kupić, przybywał właśnie tu. W dni powszednie rozległy plac przed kościołem zamieniał się w najpotężniejszy i najbardziej zróżnicowany bazar na całym „Nowym Lądzie”, zaś w święta i niedziele przepełniał się wiernymi, a echo roznosiło srogie kazania kaznodziei. Oprócz małych działalności prywatnych, miały tu miejsce również przedsięwzięcia na większą skalę.

Codziennie wyjeżdżało z miasta tuzin wagonów, po brzegi załadowanych bawolą skórą i złotem, którego złoża zostały odkryte niedawno na przedmieściach Dodge. Również miejscowa rzeka, która obfitowała w małe drobiny cennego kruszcu, przyciągała do siebie jak magnes wyławiaczy z całego kraju.

Było kilka minut przed południem, gdy trójka mężczyzn wjeżdżała do miasta. Panował w nim gwar, który towarzyszył każdemu powszedniemu dniu. Z oddali do uszu Asasynów dobiegały rozmaite nawoływania kupców i biadolenia na ceny nabywców. Najwidoczniej był przeddzień jakiegoś święta, bo wszystkie kobiety wymiatały brud z chałup. Jerry zsiadając z konia zauważył młodego chłopca, skromnie ubranego i wysuszonego z głodu, który gdy tylko ich zauważył pobiegł do miejscowego saloonu. Drzwi zatrzepotały przeraźliwie, a młody chłopiec zginął w czeluściach przybytku. Trójka Asasynów bezpiecznie podchodziła do drzwi drewnianego budynku. Ze środka wydobywały się dziwne odgłosy. Na początku drobna kłótnia, a potem dźwięk krzeseł przeciąganych po deskach i gwałtowne zbieganie ze schodów. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Z drewnianego budynku powoli wytoczył się pierwszy podejrzany typ, spojrzał w kierunku Jerrego i jego dwóch kompanów i zadrwił:

- Jest was tylko trzech?! – wykrzyczał i zaczął się śmiać.

Jerry jednym prężnym ruchem dobył broni z kabury i wycelował w drwiącego z nich mężczyznę:

- Spokojnie, odłóż to – mówił, próbując opanować śmiech i jednocześnie wyciągając rękę w kierunku drzwi saloonu machnął kilka razy. Z mroku, który panował w środku wyłoniło się dwudziestu kompanów w długich, czarnych płaszczach. Wśród nich Asasyni zauważyli niedawnego więźnia, który uciekł podczas napadu bandytów. Stał teraz między swoimi towarzyszami i kpił z trójki mężczyzn. Próbował nawet dosięgnąć Georga kamieniem, lecz taka była z niego oferma, że nawet tego nie potrafił dobrze zrobić. Gdy tylko kamień upadł obok nogi rekruta, ten wyciągnął swoje rewolwery i wymierzył w stronę parszywego Templariusza. W jego ślady poszedł Terrenc, który wyciągnąwszy swoje pistolety wymierzył je w dwóch losowo wybranych przeciwników. Templariusze nie pozostali dłużni, zza płaszczy powyjmowali strzelby i rewolwery. Mieli ogromną przewagę, jednak Asasynom nie w głowie było uciekać. Stali teraz wszyscy, na środku głównej drogi, mierząc do siebie i czekając na pretekst do oddania pierwszego strzału.

- Chyba musicie się poddać. Może choć jednego z was oszczędzimy – wyrzucił z siebie ironicznie mężczyzna, który dotychczas stał z tyłu, nie ukazując swego oblicza. Teraz powoli przedzierał się przez zastępy swoich kompanów, aby osobiście skonfrontować się z dawnym znajomym.

- Falcone! Ty psie! – wykrzyczał rozwścieczony Jerry, widząc dawnego znajomego. Matt Falcone był imigrantem z Włoch. Jego rodzice przybyli na Nowy Ląd w poszukiwaniu pracy i azylu, gdyż w rodzimych Włoszech niejedna rodzina mafijna wydała na nich wyrok śmierci. Pechowy los często krzyżował drogi Jerrego i Matta. Wspólnie chodzili do szkoły, jako młodzi ludzie, a później… razem przechodzili trening i szkolenie w jednym z kompleksów treningowych Bractwa Asasynów. Oboje byli najlepszymi w swojej grupie i ukończyli szkolenie szybciej od innych. Ich drogi rozeszły się zaraz po tym, jak przydzielono ich do różnych okręgów na Nowym Lądzie. Jerry z przygnębieniem w głosie zapytał:

- Dlaczego?

- Jak to, dlaczego?! Dla władzy! Zawsze byłem w twoim cieniu. Podczas szkolenia to ty zbierałeś wszystkie pochwały, choć robiłem wszystko tak samo jak ty! To ty dostałeś ważniejszą funkcję i wyższą rangę! I to ciebie przydzielano do znaczących cokolwiek misji, podczas gdy ja miałem siedzieć w biurze, zajmować się papierkową robotą i wyszukiwaniem informacji dla innych Braci… Pewnego dnia przyszli do mnie. W długich czarnych płaszczach, bez broni. Zaproponowali mi władzę! Mi i kilku innym członkom Bractwa. Oni odmówili… ja nie. Niestety, później musiałem ich zabić – dorzucił ironicznie na końcu. – A teraz patrz, gdzie stoję! Masz jeszcze szansę. Ty i twoi kompani. Wystarczy, że odrzucicie swoje kredo i przystąpicie do nas! Przecież chcemy tego samego. Chcemy pokoju! A jak na świecie może zapanować pokój, skoro dwie najpotężniejsze organizacje wciąż ze sobą walczą?! To jak? – Zapytał, wyciągając rękę w stronę Jerrego.

- Nigdy. Splamiłeś swój honor i zdradziłeś nasze Bractwo. Zasługujesz na śmierć, a ja dopilnuję, żebyś dostał to, na co zasłużyłeś.

- No cóż… - Matt zabrał rękę z rozczarowaną, acz spokojną miną, po czym odwrócił się i ruszył na tyły swych oddziałów, mówiąc: Nie wiesz co robisz, Jerry. Zabić ich! Zabić Asasynów i odebrać im Całun!

Ludzie Matta nie zdążyli dobrze wycelować, gdy nagle echo zaczęło roznosić głośny okrzyk Indian. Na każdym dachu dookoła głównej drogi w mgnieniu oka pojawiali się Indianie z naciągniętymi cięciwami, a groty ich strzał wycelowane były w stronę Templariuszy. Kolejny okrzyk i kolejna fala Indian pojawiła się na dachach, tym razem z drugiej strony. Wcześniejsza przewaga Templariuszy stopniała w mgnieniu oka. Choć tubylcy wyposażeni byli tylko w łuki, to ich liczebność przeważała dwukrotnie, a jednoczesne wypuszczenie strzał przyćmiłoby słońce. Gdy już wszyscy łucznicy zajęli swoje pozycje, za plecami Jerrego zaczęła pojawiać się sylwetka znanej mu osoby. To Gracy. Wraz ze swoimi Braćmi z wioski przybyła na pomoc swojemu ukochanemu. Wódz, choć nie był zadowolony z pomysłu córki, nie mógł nic zrobić, gdyż zbyt wielu mieszkańców osady popierało jej decyzję.

Stanęła w odpowiedniej odległości od całego zajścia i tylko czułym spojrzeniem przywitała się ze swą miłością. Jerry, pewniejszy siebie, zawołał w stronę Matta:

- Jak widzisz, role się odwróciły! Przyznam, że przybyłem tu z chęcią zabicia wszystkich Templariuszy, jakich spotkam na swej drodze, lecz teraz nie chcę śmierci twoich popychadeł! Chcę pojedynku! Tu i teraz, pora jest idealna, niebawem wybije dwunasta. Przyjmujesz wyzwanie?!

Matt zawrócił, szyderczo uśmiechając się, po czym jednym gestem dłoni odwołał swoich ludzi. Wszyscy schowali broń i rozeszli się na boki, na ganki pobliskich domów, aby nie przeszkadzać w pojedynku, bądź aby nie dostać zbłąkaną kulą w czaszkę. Mięśnie Indian, choć wyćwiczone do granic możliwości opadały z sił, więc tubylcy nie widząc chwilowo zagrożenia również opuścili łuki, lecz bacznie obserwowali całą sytuację z góry.

Stali teraz we dwoje naprzeciw siebie. Skąpani w kompletnej ciszy i upale trzymali ręce nad kaburami, w których spoczywały śmiercionośne rewolwery. Obydwoje czekali na znak, który miał paść równo o dwunastej. Wskazówki zegara na kościelnej wieży zbliżały się do kluczowej godziny. Z sekundy na sekundę napięcie rosło, a twarze pojedynkujących się mężczyzn spływały potem z powodu stresu i upalnej pogody. Jerry stojąc w lekkim rozkroku drgnął ręką, aby sprawdzić refleks przeciwnika, który w ułamku sekundy odpowiedział tym samym. Koło głów rewolwerowców co rusz przelatywały muchy, bądź inne uciążliwe owady, lecz oni nie spuszczali siebie z oka, żaden nawet nie drgnął, dopóki zegar nie wybił południa. W końcu w powietrzu rozbrzmiał złowrogi stukot dzwonów. Jerry szybkim ruchem sięgnął do kabury, wyjął pistolet, wycelował i oddał strzał. Wszystko w ułamkach sekund. Rozbrzmiał huk, a z lufy rewolweru McKeana uciekał dym. Kula przedzierała powietrze z zawrotną prędkością. W końcu dotarła do celu. Przeszyła lewą pierś Matta i przeleciała na wylot, zostawiając za sobą zgruchotaną łopatkę. Przywódca Templariuszy ledwo trzymał się na nogach, a ludzie zebrani dookoła nie wiedzieli, który z rewolwerowców odniósł rany. Gracy ze łzami w oczach obserwowała wszystko z boku, lecz po kilku sekundach mogła odetchnąć. Matt upadł na ziemię niczym worek kartofli, wzbijając tym samym w powietrze kłęby kurzu, które w chwilę potem pokryły jego bezwładne ciało. Jerry odwrócił się i z ulgą zmierzał w stronę ukochanej, gdy nagle usłyszał strzał. Gracy złapała się za brzuch panicznie próbując zatrzymać uciekającą z organizmu krew. Asasyn szybko się odwrócił, lecz za nim leżał już nieżywy Matt, przebity tuzinem strzał. Templariusz po upadku zdołał ostatkiem sił, z drżącą dłonią oddać ostatni strzał. Strzał, który ugodził Jerrego bardziej, niż gdyby trafił w niego samego. Jeden z tubylców widział to wszystko i próbował temu zapobiec, lecz strzała wypuszczona przez niego spóźniła się o ułamek sekundy. Zdołał oddać strzał, a Gracy oszołomiona całym zajściem zachwiała się na nogach. Jerry szybko podbiegł do swej ukochanej i złapał ją, zanim zdążyła upaść na ziemię. Jej skórzane ubranie przesiąkło krwią, która nieubłaganie wydobywała się z rany.

- Lekarza! LEKARZA! – Krzyczał zrozpaczony Jerry, lecz nikt nie odpowiadał na jego wezwania. Twarz Gracy przybrała trupioblady kolor, a jej oczy zalane łzami powoli zastygały.

- Obiecaj mi… - Próbowała wydusić z siebie ostatkiem sił – obiecaj, że z tym skończysz.

- Z czym, moja miła? – ocierając łzy, zapytał łamiącym się głosem.

- Odejdziesz z Bractwa. To będzie twoja ostatnia misja.

- Obiecuję. Drogi Boże, nie pozwól jej umrzeć! Nie odchodź, moja miła! – pogrążony w rozpaczy ściskał ciało, z którego uchodziło właśnie najcenniejsze dla niego życie. Życie jego ukochanej. Gracy, która pozwalała mu zapomnieć o tym kim jest i odkryć swoje prawdziwe oblicze, oblicze kochającego mężczyzny.

- Żegnaj, mój miły. Kocham cię. – Wypowiedziawszy te słowa, Gracy odeszła do świata umarłych. Jej ciało opadło bezwładnie, a oczy zastygły w bezruchu. Była to jej wymarzona śmierć, śmierć u boku ukochanej osoby, lecz przyszła zbyt wcześnie.

Jerry podniósł ciało swej ukochanej i ruszył w kierunku granicy miasta. Oddalając się, słyszał za sobą świst strzał i kul. Tamtego popołudnia nie przeżył żaden Templariusz. Tamtego popołudnia odeszła najważniejsza osoba w życiu Jerrego.

***

Od tamtych wydarzeń minęły dwa lata. Dwa długie lata trwania w obietnicy. Lecz teraz, gdy największy wróg przebudził się z zimowego snu, Jerry znów musi dobyć ostrza i pędzić na ratunek całemu światu. To jedyne życie jakie zna, życie zabójcy.



<<< Poprzedni|Początek >>>

Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Przeznaczenie bogów wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (1)

1. Grzesio2117-03-2012, 22:19Swietne! Zadnego innego opowiadania nie czytalo tak dobrze!

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2019 zakon-ac.info • there is only ZAC
000
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#: