Zakon Assassin's Creed


II

Późnym rankiem Jerry wstał ze swojego leża. Jego organizm był przeciążony całym wczorajszym zajściem niczym lokomotywa zaprzężona w dwadzieścia wagonów załadowanych po brzegi złotem. Przez wciąż przymrużone oczy Asasyn zauważył, że w szałasie nie ma już jego towarzysza, co w pierwszej chwili go zaniepokoiło. Szybkim ruchem zbliżył się do kapoty zasłaniającej wejście i zamaszystym ruchem odtrącił ją na bok. Promienie słoneczne, uderzające niemiłosiernie i bez ostrzeżenia w strudzoną twarz Jerrego oślepiły go na moment, a gdy już źrenice przyzwyczaiły się do ilości i natężenia światła, nerwowo rozejrzał się po obozowisku.

- Jestem zbyt przewrażliwiony – cicho szepnął do siebie po tym, jak zobaczył Georga siedzącego przed klatką, w której noc spędził ich „więzień”. Odwróciwszy się na pięcie Jerry podszedł do niedbale rozrzuconych po szałasie ubrań i zaczął niemrawie wciągać je wszystkie z powrotem na siebie. „Tydzień tych jeansów nie prałem” – pomyślał z niesmakiem, podciągając spodnie. Zanim założył koszulę, wyciągnął skrupulatnie zawinięte w nią dwa ukryte ostrza i ubrał na gołe ręce. „Ajjj! Cholera!” – zaklął w myślach z widocznym grymasem na twarzy. Rzemieniowe paski, które pozwalały umocować ostrza na nadgarstku wyrwały mu kilka włosów, gdy zaciągał je do zapięcia. Cóż, nie mógł zrobić inaczej. Obiecał wodzowi, że do wioski przybędą bez broni i musiał ukryć swych dwóch przyjaciół pod koszulą. Naciągnąwszy na siebie koszulę i skórzaną kamizelkę Jerry wyszedł i skierował się w stronę klatki, której od jakiegoś czasu pilnował Georg.

Georg, widząc swojego przełożonego, poderwał się spod drzewa, trąc skórzaną kamizelką po korze wysuszonego dębu. Wypluł dyskretnie żute od godziny źdźbło trawy i, zdejmując kapelusz, przywitał się z Jerrym mocnym uściskiem dłoni. McKean popatrzył na więźnia lustrującym spojrzeniem, po czym zwrócił się do kompana.

- Dlaczego tu siedzisz? Myślałem, że Indianie będą pilnować tego tam – powiedział, wskazując na zmarnowanego mężczyznę.

- Pilnowali, ale gdy tylko się przebudziłem, postanowiłem sam sprawować wartę. Dla pewności.

- Dobrze. Lecz pamiętaj jedno. Jeżeli ktoś proponuje ci swą pomoc, nie wahaj się jej przyjąć. Szczególnie po krwawej rzezi Templariuszy. – Ostatnie zdanie Jerry wypowiedział z lekkim zarysem uśmiechu, po czym dodał odchodząc. - Byłeś u Terrenca?

- Tak. To znaczy… Próbowałem. Ten stary głupiec siedzi przed swoim szałasem i nie wpuszcza nikogo do środka. Gdybym tylko miał Colta…

- To sprowadziłbyś na nas nieszczęście – przerwał rozgniewanemu rekrutowi.

Po tych słowach Jerry stanowczym, acz niezbyt szybkim krokiem kierował się ku szałasowi tutejszego znachora. Po drodze mijał różnych tubylców. Kobiety, niemal całkiem nagie. Mężczyzn doglądających swoich broni, czy to łuków, czy winczesterów. Co prawda strzelby miało tylko kilku wojowników, zapewne najbardziej zaprawionych w bojach. Mijał kolejnych mieszkańców, ale nigdzie nie mógł dostrzec kobiety, która wczoraj dała mu porządnie do myślenia. Szedł dalej przed siebie, uporczywie rozglądając się wokół. Wielokrotnie potykał się o różne rzeczy porozrzucane po całym obozowisku, lecz to go nie zniechęcało. W końcu dotarł do szałasu szamana i musiał przerwać „poszukiwania”.

- Kuacha! – Krzyknął mędrzec, wyciągając obie ręce przed siebie sugerując bladej twarzy, aby się zatrzymał, po czym dodał - Nini juu ya mikono yako?! – tym razem ręce skierował ku jednemu z nadgarstków Asasyna, jednocześnie spoglądając na nie z zaciekawieniem. Jerry cofnął szybkim ruchem ręce, spojrzał i faktycznie, koszula była trochę wybrzuszona w miejscach, gdzie zamocował ukryte ostrza. Natychmiast poprawił koszulę, aby zamaskować obecność czegoś pod spodem.

- Ugonjwa - Cho- ch- o- roooba – wyjąkał z trudem starzec.

- Nie. Wszystko w porządku. – McKean mówił powoli, jednocześnie gestykulując. – Nie wiem, czy mnie rozumiesz, ale czy mogę wejść do środka? – Mówiąc to, mężczyzna zaczął ruszać ku wnętrzu szałasu.

- Kuacha! Usiende! Wrong kufanya! – krzyczał mędrzec.

- Dlaczego nauczyłeś się tylko jednego słowa… – rzekł z ironią w głosie.

Nie bacząc na zakazy, Jerry wszedł do środka. Stary szaman wciąż wykrzykiwał za nim groźnie brzmiące słowa, ale on nie zwracał już na nie uwagi. W środku panował mrok, a jedynym źródłem światła była lampa naftowa umiejscowiona tuż nad leżącym na prowizorycznym stole Terrencem. Dookoła krzątały się dwie starsze panie, zapewne pomocniczki starca, które co jakiś czas zmieniały opatrunek z dziwnego ziela na ranie postrzelonego rekruta. Jerry położył dłoń na ramieniu swego kompana i powiedział szeptem. – Wyjdziesz z tego. – Gdy położył dłoń na jego ramieniu zauważył, że jedna z brwi podskoczyła niczym pchła we włosach zapuszczonego bandyty, co dało mu promyk nadziei.

***

Zbliżało się południe. Słońce grzało niemiłosiernie. Jerry postanowił pójść nad pobliskie, niewielkie jezioro, aby się odświeżyć i uwolnić od wszechobecnego gorąca. Zbiornik wodny był oddzielony od wioski małym skupiskiem drzew, lecz w tej okolicy zdawał się być potężnym lasem o bujnej roślinności. Przedzierając się przez zastępy drzew Jerry zdawał się coraz to bardziej niecierpliwy, coraz bardziej łaknął wody – zimnej, orzeźwiającej. Gdy dotarł nad brzeg jeziora, nagle się ożywił. Nie dlatego, że w końcu dotarł do upragnionego celu, ale z powodu obecności tajemniczej, pięknej Indianki, która wczoraj zawróciła mu w głowie. Wpadła na ten sam pomysł, co doświadczony Asasyn. Właśnie kolejny raz przemierzała odległość z jednego brzegu do drugiego, płynąc spokojnym tempem. Woda była przejrzysta jak niebo w słoneczne dni, a jej nagie ciało prezentowało się w niej wybornie i rozpalało Jerrego do czerwoności. Długie włosy, które woda targała w różne strony, były skąpane w promieniach słonecznych wpadających do jeziora przez niewielkie szpary między koronami drzew, a gracją, z jaką się poruszała, zawstydziłaby niejedną damę prosto z francuskiego dworu. Jerry po cichu zbliżał się do wielkiego głazu wchodzącego w pewnym stopniu w głąb jeziora, nie chciał być zauważonym przez młodą damę, nie chciał jej wystraszyć. Po cichu wspiął się na pokaźny głaz i rozsiadł się wygodnie na jego szczycie. Jeszcze przez krótką chwilę postanowił nie zdradzać swojej obecności i zachwycony młodą Indianką, podziwiał jej piękno oczyma fanatyka patrzącego na dzieło swojego umiłowanego artysty.

Minęła kolejna godzina, a Jerry wciąż siedział cicho, nie ujawniając się przed Indianką. Ta w końcu postanowiła wyjść z wody i wrócić do wioski. Gdy dopłynęła do brzegu i płynnym ruchem wyskoczyła z wody, ukazując przed mężczyznę piękno swego ciała - osłupiał. Po jej idealnym ciele wciąż spływały krople wody, a jej cała opalona i gładka skóra błyszczała się w słońcu niczym wypolerowana czarka ze złota. Nagle Jerrego ogarnął lęk. Zauważył zbliżającego się do ubierającej się dziewczyny kojota. Jego zachowanie nie było normalne, powinien uciekać przed ludźmi, a nie atakować. Po kilku sekundach dostrzegł, iż zwierzę toczy pianę z pyska. Był to sygnał do działania.

Kojot przyśpieszył. Jerry nie zastanawiając się, szybko zeskoczył z głazu i rzucił się w stronę dziewczyny, która nie zdawała sobie z niczego sprawy. Kojot przeskakiwał kolejne przeszkody z zawrotną prędkością i zwinnością, a Asasyn pędził na złamanie karku, nic w tej chwili się nie liczyło, oprócz powstrzymania dzikiego zwierzęcia. Był już blisko. W odległości metra od zwierzyny wysunął ukryte ostrze, dziurawiąc tym samym koszulę. Metaliczny dźwięk wysuwanego ostrza i przykry dźwięk rozrywanego materiału rozbrzmiały w całym lesie. Asasyn niczym tygrys, w ostatniej chwili, rzucił się na kojota zadając cios ostrzem w skroń. Odgłos kruszonych kości i skowytanie konającego zwierzęcia przyciągnęło uwagę dziewczyny. Już ubrana, stała osłupiała, wpatrując się w leżącego zakrwawionego mężczyznę i martwego kojota.

- Co ty tu robisz!? – wykrztusiła z siebie Indianka.

- Nie ma za co – skwitował wszystko mężczyzna, zrzucając z siebie truchło zdziczałego zwierzęcia i powoli się podnosząc, otrzepywał się z gałęzi i liści.

Dziewczyna, spoglądając na zakrwawioną dłoń mężczyzny zapytała:

– Jesteś ranny?! O mój Boże!

- Spokojnie, to nie moja krew, tylko jego – rzekł, wskazując na truchło napastnika.

- Ale czym ty go…

- Nie ważne czym, ważne, że skutecznie, i że Tobie się nic nie stało – wykrztusił lekko zakłopotany.

- Wracajmy do wioski. Po drodze wszystko sobie wytłumaczymy. Tylko mam jeszcze jedną prośbę, daj mi to – powiedział, wskazując na kawałek materiału, którym kobieta osuszała sobie włosy. – Muszę zakryć czymś zakrwawione ramię. Nie chcę niepokoić ludzi w wiosce.

Po chwili niekomfortowej ciszy Jerry postanowił wytłumaczyć swoją obecność nad jeziorem.

- Wybacz, że wcześniej się nie ujawniłem. Nie chciałem cię przestraszyć, a nad jeziorem znalazłem się zupełnie przypadkiem. Nie śledziłem cię – nieporęcznie tłumaczył mężczyzna.

- Postawiłeś mnie w bardzo niekomfortowej sytuacji. Widziałeś mnie nago, ale… uratowałeś mnie. Za co jestem ci wdzięczna.

- A więc jesteś moją dłużniczką – Jerry ogłosił z uśmiechem.

Dziewczyna zatrzymała się, zbliżyła się do mężczyzny i położyła dłoń na jego policzku. – Tak – powiedziała z uśmiechem, jednocześnie odrywając się od niego. – Ale tylko dlatego, że ja tego chcę. – Mówiła wciąż z uśmiechem na twarzy.

- Możesz tłumaczyć to, jak chcesz – dodał Jerry, również z uśmiechem na ustach.

Wymieniwszy słodkie spojrzenia znów zamilkli. Tym razem cisza im nie przeszkadzała. Co chwila spoglądali z uśmiechem na siebie. Chwile te były dla Jerrego bardzo ważne, poczuł się znów jak człowiek, jak normalny człowiek skłonny do miłości i poświęcenia. Para zbliżała się powoli do wioski. Z daleka do ich nozdrzy dobiegał zapach pieczonego bizona.

- Chodź – przyśpieszyła dziewczyna. – Polowanie się udało – dodała rozpromieniona.

Po dotarciu do wioski oboje dołączyli do osób zgromadzonych przy ognisku. W gwarze, jaki tam panował nie można było przeprowadzić normalnej rozmowy, więc mężczyzna i kobieta po prostu co jakiś czas wymieniali się spojrzeniami. Do Jerrego podszedł jeden z tubylców, który obserwował jego walkę z Templariuszami w kanionie. Mężczyzna z podziwem w oczach wręczył mu wielki kawał pieczonego mięsa, po czym poklepał po plecach uśmiechając się i mówiąc coś w swoim języku. Jerry zdezorientowany, nie wiedział za bardzo o co chodzi, ale że głód mu doskwierał, podziękował kłaniając się lekko i zabrał się do jedzenia. Łapczywie odrywał kolejne kęsy, aż do samych kości, a gdy już skończył, poinformowano go o tym, iż wódz chce się z nim widzieć. Jerry wycierając ręce w ręcznik zasłaniający jego prawe, zakrwawione ramię poszedł w kierunku swojego szałasu, tłumacząc ludziom przysłanym przez Wodza, że musi się przygotować do spotkania. Tak naprawdę jedynym, co musiał zrobić, to zmienić zakrwawioną koszulę. Idąc w stronę szałasu przechodził obok klatki z więźniem, a obok klatki wytrwale siedział jeden z rekrutów. Więziony mężczyzna od jakiegoś czasu wykrzykiwał rozmaite bluzgi w stronę kompana Jerrego, ten jednak nic sobie z tego nie robił. Od czasu do czasu uciszał go kamieniem, co działało na krótką chwilę, później pies znów zaczynał szczekać.

- Moi towarzysze tu wrócą! Słyszycie!? Wrócą po mnie, a wtedy wasz los będzie marny. Rozerwą was końmi na cztery strony świata, a to, co z was zostanie spalimy na stosie, aby zatrzeć ślady waszego marnego żywota! – odgrażał się więzień. Złapał dech w piersiach i po kilku sekundach znów dawał upust swoim nerwom.

- Nie powstrzymacie nas! Jest nas wielu, setki… setki tysięcy, a was zaledwie garstka – kończył zrezygnowany mężczyzna widząc, że Georg podnosi z ziemi kolejny kamień.

- Widzisz, Mistrzu, Templariusze są jak psy, trzeba poświęcić trochę czasu na trening, czasami nawet ugryzie, ale gdy już pojmie, kto jest panem, staje się posłuszny i potulny.

Jerry słysząc porównanie towarzysza lekko się uśmiechnął, po czym dodał nie stając w miejscu:

- Mówiłem, żebyś nie nazywał mnie „Mistrzem”.

Po dotarciu do szałasu Jerry szybko zrzucił z siebie kamizelkę i zakrwawioną koszulę, którą z kolei schował do jednej z toreb przyczepionych do siodła. Z tej samej torby wyjął nową koszulę. Gdy już się ubrał, pośpieszył na spotkanie z panującym nad tą wioską starcem.

***

Na miejscu Jerry spotkał trzech ludzi. Tą samą „delegację”, która wyszła mu na spotkanie w kanionie. Wszyscy siedzieli przy ognisku, paląc fajkę i rozmawiając między sobą. Gdy ujrzeli Asasyna, nagle ucichli, po czym głos zabrał wódz.

- Witaj, Strudzony Orle – po chwili zadumy wódz dodał – mam nadzieję, że nie będziesz chował urazy za to, że cię tak nazwałem.

Nie czekając na odpowiedź kontynuował:

- Ludzie w wiosce coraz to gorzej znoszą wasze towarzystwo. Złamanie naszych obyczajów mocno zdenerwowało starszych. A ostatnie zajście nad wodą nie uszło naszej uwadze. Jestem ci wdzięczny za uratowanie mojej córki, ale obiecaliście nie wnosić broni do wioski. A czym jest to, co masz teraz pod odzieniem, jak nie bronią?

- Przyzwyczaiłem się do tych dwóch ostrzy w takim stopniu, że często zapominam o ich istnieniu. Przybyliśmy tutaj z pokojowym nastawieniem i nic się nie zmieniło – próbował tłumaczyć Jerry.

- Przykro mi, Strudzony Orle. Decyzja została podjęta, jutro rano musicie opuścić naszą wioskę. Wasz kompan dochodzi do siebie i może zostać tu do waszego powrotu. Broń zostanie zwrócona jutro, jak będziecie odjeżdżać. Teraz możesz odejść.

Jerry nie wiedział, co powiedzieć. Posłał w stronę najstarszego lekki ukłon, odwrócił się na pięcie i wrócił do wioski. Idąc rozmyślał o młodej Indiance. Nawet nie wiedział jak ma na imię, a już musiał się z nią rozstawać.

***

Słońce powoli zachodziło za widnokrąg, a Jerry, jak często zwykł robić, postanowił udać się w ustronne miejsce i porozmyślać. Wychodził już poza granice wioski, gdy stojąca kilkanaście metrów z tyłu dziewczyna zauważyła go i postanowiła powoli ruszyć w jego kierunku. Podczas przedzierania się przez las poruszała się bezszelestnie, żadna gałąź nie śmiała pęknąć pod delikatnym naciskiem jej stóp, a śledzony mężczyzna ani na chwilę nie wykrył jej obecności, choć miał do tego niebywały dar.

Jerry kilkoma susami wdarł się na wielki głaz, z którego niegdyś obserwował pływającą czerwonoskórą. Teraz mógł patrzeć jedynie na przejrzystą taflę wody, od której odbijały się ostatnie pomarańczowe promienie zachodzącego słońca. Mężczyzna kilkoma szybkimi ruchami zrzucił z siebie ubranie i stając na krawędzi kamienia oddał skok, który gracją i szybkością dorównywał pikującemu orłu. Wszedł w taflę wody tak czysto i idealnie, iż plusk, który powstał na wskutek skoku był ledwo słyszalny dla dziewczyny, która skryła się kilka metrów dalej za wielkim dębem. Asasyn przez chwilę nie wynurzał się spod wody, po czym wyskoczył z niej jak pocisk wystrzelony z Gatlinga, trzepocząc średniej długości włosami na prawo i lewo. Gdy już ustabilizował swoje ruchy, obiema dłońmi odgarnął na boki włosy, odkrywając przed światem nową twarz strudzonego bojami Asasyna. W tej chwili był odprężony i zdawał się zapomnieć o wszystkich przykrych sprawach, a i jego skóra wydawała się krzyczeć z radości, gdyż znów mogła oddychać świeżością.

Kobieta cierpliwie i z determinacją przyglądała się wszystkiemu z boku. Po chwili z lekko ugiętymi nogami w kolanach ruszyła w stronę głazu wchodzącego w jeziorko. Wdrapanie się na niego zajęło jej więcej czasu, niż doświadczonemu zabójcy, ale w końcu udało się bez zdradzenia swojej obecności. Rozsiadła się nieopodal niedbale rozrzuconych ubrań McKeana, po czym przez chwilę spoglądała z zaciekawieniem na ukryte ostrza, sięgnęła dłonią w kierunku jednego z nich, lecz nie zdążyła go dotknąć:

- Uważaj! Możesz się skaleczyć – krzyczał z uśmiechem Jerry unoszący się na wodzie.

W jednej chwili kobieta spłonęła rumieńcem, a fala gorąca, która uderzyła nagle w jej ciało spowodowała lekkie zaćmienie przed oczami.

- Wybacz, nie chciałam ci przeszkadzać – wydukała nieśmiało, jednocześnie zasłaniając oczy.

- Nic nie szkodzi. Jesteśmy kwita.

Mężczyzna podpłynął do brzegu i wyszedł z wody. Stojąc za głazem zapytał:

- Czy byłabyś tak miłą i podałabyś mi moje rzeczy?

Indianka długo się nie zastanawiając, rzuciła ubrania jedną ręką, a drugą wciąż zasłaniała oczy, od czasu do czasu lekko zerkając na potężnie zbudowane ciało Jerrego. Słońce zaszło już jakiś czas temu, ustępując miejsca księżycowi, którego to blask oświetlał delikatnie każdy mięsień mężczyzny. Asasyn nie śpiesząc się za bardzo wkładał starannie ubranie na wciąż mokre ciało. Gdy skończył, wdrapał się na głaz. Siedzieli tak przez chwilę nic nie mówiąc, jedynie patrząc w odbicie księżyca na gładkiej jak stół powierzchni wody.

- To zajście z kojotem… ktoś nas obserwował. Złamałem słowo dane wodzowi i jutro skoro świt muszę wraz z mym towarzyszem opuścić wioskę – powiedział McKean.

- Wiem. Ja również musiałam wysłuchiwać gadki ojca, jaka to jestem nieodpowiedzialna.

- Zaraz… To ty jesteś córką wodza? – zapytał zdezorientowany.

- Tak – odpowiedziała krótko z widocznym niezadowoleniem rysującym się na twarzy.

Jerry jak najszybciej chciał zmienić temat:

- Jutro muszę wyjechać, a nawet nie znam twojego imienia…

- Blade twarze nazywają mnie Gracy. Podoba mi się to imię.

- To było tu więcej takich jak ja?

- Tak. Nie jesteś pierwszy. Do naszej wioski najczęściej trafiają zbłąkani wędrowcy i poszukiwacze złota podążający do Dodge City. Trafiają się również ciekawsze kąski, na przykład łowcy nagród szukający schronienia na noc, bądź obwoźni handlarze, tacy jak wy. – Ostatnie zdanie wypowiadała z wyraźnym uśmiechem na ustach.

Siedzieli tak razem do późnej nocy. Ich dłonie splotły się w jedność, a oczy wpatrywały się w siebie, świecąc jak dwie gwiazdy na nieskazitelnie czystym niebie. Przed nimi księżyc w pełni rzucał swe odbicie na spokojną powierzchnię wody, a świetliki nieopodal latały cichutko, brzęcząc podczas swych zjawiskowych podniebnych akrobacji. W oddali, gdzieś na szczycie kanionu, hoży kojot żegnał dzień i witał wieczór swym potężnym wyciem, które rozbrzmiewało po całej okolicy, a Indianie w wiosce gasili ostatnie ognisko. Nastała cisza… A oni wciąż siedzieli… Wciąż przy sobie, w miłosnym uścisku.

III

Z samego rana Jerry osiodłał Alamuta, zebrał wszystkie rzeczy, po czym ruszył wraz ze swym towarzyszem w kierunku zachodniej granicy wioski, gdzie czekała na nich broń. Za rumakiem Georga, na chudej szkapie siedział przywiązany do siodła, ledwo przytomny więzień, a jego zapał do zemsty na Asasynach zdawał się już całkowicie wygasnąć. Pierwszą rzeczą, którą chwycił doświadczony zabójca po dotarciu do punktu „odprawy”, były jego dwa rewolwery, na których rękojeściach znajdowały się insygnia Zakonu Asasynów. Omiótł je tęsknym spojrzeniem, po czym zakręcił oba rewolwery na palcach i płynnie włożył do kabur przy pasie. Gdy jego towarzysz odbierał resztę zarekwirowanego ekwipunku, Jerry zawrócił konia, rozejrzał się i w oddali spostrzegł swą umiłowaną Gracy. Oba boki Alamuta ugięły się pod potężnym uściskiem nóg Jerrego, po czym mężczyzna szarpnął lejce do siebie. Rumak stanął na tylnich kończynach, a wszystkie jego mięśnie napięły się z wysiłku ukazując jego niesamowitą budowę. Jerry próbując jak najdłużej utrzymać konia w tej pozycji zdjął kapelusz i patrząc tęsknym wzrokiem na dziewczynę, pożegnał się z nią. Widząc to, Gracy chciała podbiec do mężczyzny, lecz dwóch osiłków zaklinowało ją w potężnym uścisku na rozkaz wodza. Ze łzami w oczach i z poczuciem bezsilności patrzyła na niego, patrzyła, jak odjeżdża jej szczęście.

McKean, choć czuł to samo co młoda Indianka, nie odwrócił się ani nie uronił łzy. Odjeżdżał wolnym tempem wraz z resztą ku wschodzącemu słońcu z miną godną pokerzysty. Jego koń wydawał się bardziej przejęty całym zajściem, gdyż co chwila głośno parskał i machał łbem w kierunku osady tubylców. Gdy już wioska zaczynała powoli znikać, Jerry odwrócił się na ułamek sekundy, tęsknym wzrokiem dopatrując się swej ukochanej. Na próżno, z takiej odległości nie mógł jej zobaczyć.

Póki było w miarę chłodno, mężczyźni gnali swe konie ile sił w kopytach, aby jak najszybciej dotrzeć do pierwszego przystanku w drodze do Denver. Po czterech godzinach podróży dotarli do pierwszego miejsca postoju. Była to niewielka oaza na pustkowiu. Zatrzymali się tu aby napoić konie, ochłodzić samych siebie i odpocząć. Dzień był natarczywie upalny i konie odwadniały się równie szybko, co jeźdźcy. Asasyni podjęli decyzję, iż pozostaną w tym miejscu aż do wieczora, a wtedy wyruszą w dalszą podróż. Czekało ich jeszcze sporo drogi do przebycia, a tempo, jakie narzucała pogoda było nie do zaakceptowania. Zbyt wielki wysiłek, nagradzany zbyt małymi korzyściami.

***

Mało kto w tych czasach decydował się na podróż w nocy. Częste napady złodziei czy Indian wydłużały każdą podróż, gdyż jazda w nocy prawie zawsze skutkowała grabieżą, bądź nawet mordem. I tym razem nie było odstępstw od reguły. Trójka mężczyzn zbliżała się właśnie do rozciągłego wzniesienia, gdy nagle pod kopytami jednego z koni zaświszczała złowroga kula. Wszystkie rumaki stanęły dęba i zarżały jednocześnie, zrzucając z siodeł swoich panów. Przywiązany do siodła więzień upadł na nagrzaną ciepłem słonecznym ziemię, a szkapa, z której spadł, wyrwała przed siebie, ciągnąc go po szorstkim jak papier ścierny gruncie. Dwaj Asasyni nie mieli teraz czasu się nim zająć. Gdy tylko podnieśli się z ziemi, panicznie zaczęli rozglądać się po okolicy. Dokoła rosły kaktusy, a gdzieniegdzie stały potężne samotne głazy. Wzmógł się silny wiatr, który po całym pustkowiu poniewierał kłęby wyschniętej trawy. Padł kolejny strzał, a prześladowcy wciąż zostawali w ukryciu. Na chwilę sytuacja się uspokoiła, a zza pobliskiego głazu można było usłyszeć rozmowę dwóch złodziei:

- Mówiłem, żebyś strzelał celnie matole! I co teraz?! – wykrzykiwał jeden z nich.

- Spokojnie, ich jest dwóch, a nas sześciu. Mamy noże, poradzimy sobie z nimi – odparł drugi ze złodziei.

- Obyś miał rację, bo inaczej szef powiesi nas na klonie, a nasze ścierwa zostaną rozszarpane przez sępy! – Ciągnął gniewnym tonem pierwszy z nich, po czym wymamrotał pod nosem – Skurwysyn zmarnował dwie ostatnie kule…

Pewna siebie grupa rzezimieszków wyszła z ukrycia, ukazując swe parszywe oblicza. Trzech najmłodszych miało długie i cienkie sztylety, zaś pozostali, którzy wyglądali na bardziej doświadczonych, w dłoniach trzymali długie, metalowe i zardzewiałe ze starości pręty. Jerry widząc tak marnie uzbrojonych przeciwników uśmiechnął się i spojrzał na towarzysza:

- To Twój kolejny sprawdzian. Nie używaj broni palnej… i tak mamy przewagę.

Wypowiedziawszy te słowa, McKean ruszył w stronę złodziejskiego barachła. Po kilku sekundach znalazł się już przy pierwszym z nich. Biegnąc ile sił w nogach skoczył jedną nogą na skałę, a z niej odbił się wprost na bandytę. W locie wysunął ukryte ostrze. Rzucił ostatnie spojrzenie na twarz delikwenta, w jego oczach wyraźnie dominował lęk. Dopełniając formalności wbił ostrze w krtań mężczyzny i upadł na ziemię przygniatając go swoim ciężarem. Wszystko działo się bardzo szybko. Następny podbiegł już do Jerrego i próbował wyprowadzić celny, zamaszysty atak prętem, jednak Asasyn przetoczył się po ziemi jednocześnie zasłaniając się truchłem poprzedniego celu, w które to właśnie uderzył pręt gruchocząc kręgi i żebra. McKean zrzucił z siebie trupa młodego mężczyzny, po czym, wciąż leżąc, nabrał w garść piasku i rzucił nim prosto w twarz złodzieja z prętem. Mężczyzna upuścił pręt i panicznie przecierał oczy, podczas gdy Jerry sprężystym skokiem poderwał się z ziemi i silnym, zdecydowanym ruchem skręcił kark oślepionemu. Asasyn splunął, po czym spojrzał w stronę młodego rekruta. Dobrze sobie radził. Był nieosiągalny dla ciosów przeciwników, zwinnie unikał kolejnych razów wyprowadzanych przez bandytów, a sam wyprowadzał skuteczne i zabójcze ataki. Właśnie zablokował jedną ręką ramię przeciwnika, po czym drugą wyjął zza pasa sztylet i wbił go prosto w pierś rzezimieszka, którego ciało zwaliło się na ziemię niczym worek zboża. Jerry po sekundzie odpoczynku ruszył w stronę kolejnego, zbir rozpaczliwie machając rękoma próbował bronić się przed ostatecznym ciosem, lecz na próżno. Ostrze przebiło jego czoło, robiąc z mózgu sieczkę.

- Jerry! Jeden z nich ucieka! – wrzasnął Georg.

McKean wstał znad zwłok rzucając suche „spoczywaj w pokoju”, po czym sięgnął po Colta. Stając w lekkim rozkroku wymierzył z wyprostowanej ręki w czmychającego na koniu bandytę. Strzelił. Kula przedzierała powietrze z zawrotną prędkością, aż w końcu, gdy znalazła się przed głową adresata, on odwrócił się i wbiła się w czoło wylatując potylicą i zostawiając za sobą dziurę wielkości pięści.

Dwaj Asasyni, gdy już było po wszystkim, podeszli do swych koni, które spłoszyły się wraz z pierwszymi strzałami i uciekły kilkaset stóp od całego zajścia, wskoczyli na nie i kontynuowali podróż.

- Wspaniała walka – Jerry pochwalił Georga.

- Dziękuję, ale więzień uciekł… - wydusił z siebie rekrut.

- Miejmy nadzieję, że nie zdołał się oswobodzić i koń zajechał go na śmierć.

Dalsza część podróży była spokojniejsza, choć zmęczenie dawało się we znaki obydwu panom. Po dwóch dniach od tego zajścia dojechali do małej mieściny nieopodal Denver. Spędzili noc w tamtejszym saloonie i wstąpili do miejscowego szeryfa, wypytując o swojego niedawnego więźnia. Szeryf zdziwiony, odpowiedział, że nigdy nie widział takiego człowieka, ani nie słyszał o takowym. Cóż, pozostawały dwie opcje: albo jego organizm nie wytrzymał i padł przez rany odniesione podczas nieszczęsnego wypadku, albo oswobodził się i zdołał się ulotnić – wrócić do Mistrza Zakonu Templariuszy i zebrać posiłki...

Po przespanej nocy ruszyli w dalszą drogę. Od Denver dzieliło ich już zaledwie kilka mil, niebo było przejrzyste i nic nie zapowiadało jakichkolwiek komplikacji.

***

Denver. Prężnie rozwijające się miasto opanowane przez Asasynów. Codziennie wyjeżdżają stąd wozy z drewnem i deskami zaopatrujące inne mieściny w promieniu trzydziestu mil, wagony ze świeżo wydobytym złotem, które rozjeżdżają się na cały „Nowy Świat” i transporty bawolej skóry, które dopiero co przybyły z Dodge City i wyruszały w dalszą drogę, aż do San Francisco. Na ulicach miasta zawsze było gwarno. A to dzieciaki bawiące się w berka, a to jakieś dwie kłócące się gospodynie dawały pokaz na środku głównej drogi, przebiegającej przez środek miasta bądź, ulubiona rozrywka miejscowych, walki w samo południe. Najczęściej pojedynki bywały upozorowane. Miały wyglądać na zgodne z prawem, a tak naprawdę były egzekucjami na Templariuszach przeprowadzanych przez ich odwiecznego rywala. W mieście można było znaleźć wszystko, od saloonu, gdzie panie były nad wyraz chętne do opieki nad strudzonymi wędrowcami, przez kasyno, w którym patrzyli na nowo przybyłych zawistnym wzrokiem, jak na zwierzynę do obdarcia ze skóry, do posterunku szeryfa. To właśnie tam zmierzali Asasyni. Posterunek szeryfa z zewnątrz niepozorny, w środku zamieniał się na siedzibę jednej z najpotężniejszych organizacji tych czasów. W błędzie ten, kto myśli, że w całym mieście roiło się od symboli Asasynów, czy od publicznego ujawniania się zabójców. Działali skrycie, a symbole nie były widoczne dla oka zwykłego śmiertelnika, ba, insygnia nie były dostępne od razu dla każdego Asasyna, musiał on przejść najpierw odpowiednie szkolenie i inicjację, po której był wtajemniczany w historię i zamiary Bractwa, oraz wyposażany w odpowiedni oręż z symbolem na rękojeści.

Asasyni po kilku godzinach dotarli do celu. Było późne popołudnie, a na ulicach panowała głucha cisza, co zaniepokoiło Jerrego. Ani jednej żywej duszy, a w powietrzu unosił się zapach gnijącego mięsa. Z zaniepokojonymi wyrazami twarzy dwaj kompani przedzierali się w głąb miasta przez niepokojący smród i złowrogą ciszę. Gdy przejeżdżali nieopodal domów mieszkańców, mogli usłyszeć ciche szlochania i rozpacz żyjących tu ludzi. Mężczyźni, gdy tylko dostrzegali jeźdźców, szybko i zdecydowanie zatrzaskiwali okiennice, jakby lękali się kolejnego ataku. Po żywych niegdyś ulicach teraz walały się tylko kłęby suchej trawy i ziarna rozgrzanego piachu. Jerry zatrzymał na chwilę konia i w skupieniu rozglądał się po okolicy. Jego nagły zryw sugerował, iż coś wypatrzył. Gnał teraz nieporównywalnie do poprzedniego tempa podróży przez miasto. Najpierw główną ulicą, później mniejszymi, ciasnymi korytarzami między budynkami. Przeskakując przez różnego rodzaju popozostawiane rzeczy i omijając większe przeszkody dążył do swego celu, jak jego serce do ukochanej. Gdy dotarł na miejsce potwierdziły się jego najgorsze przypuszczenia. Istna rzeź. Wszyscy członkowie Bractwa wisieli w śmiertelnym bezruchu. Na szubienicy wisiało trzech mężczyzn, w jednym z nich Jerry rozpoznał Mistrza. Jego ciało zostało najbardziej zmasakrowane. Jego twarz była posiniaczona i opuchnięta od ciosów wymierzanych pięściami, nogami i kolbami strzelb, a reszta ciała nosiła na sobie ślady głębokich cięć sztyletami, podłużnych - wzdłuż żył i tętnic i głębokich w okolicach serca i szyi. Sztylet, który po raz ostatni przebił krtań Mistrza ciągle tkwił w jego szyi, a wraz z nim przybita doń kartka. Jerry wyrwał sztylet ciągnąc za nim strumień gęstej posoki i potwornego odoru, wyciągnął kartkę, po czym schował ją do kieszeni kamizelki. Dwaj obok to najbardziej zaufani ludzie Mistrza. Wbrew pozorom nie to było najgorszym widokiem. Tuż za szubienicą, na drzewach rozciągał się widok istnej masakry. Gałęzie uginały się pod ciężarem powieszonych na nich członków Bractwa. Kobiety, mężczyźni, młodzi, starsi… nikt nie przeżył. Jerry zeskoczył z konia, zdjął kapelusz i przez chwilę stał z głową pochyloną ku dołowi. Jego towarzysz zrobił to samo, po czym z należytym szacunkiem zaczęli odcinać swych Braci i Siostry. Miejscowi widząc, że nowoprzybyli to przyjaciele zaczęli się schodzić i pomagać w oswobadzaniu martwych ciał. Najpierw przychodzili mężczyźni, z minuty na minutę coraz więcej, później kobiety, które doprowadzały ciała do porządku, oczyszczały z zakrzepłej krwi i z brudu. Choć przybyło tak wielu kompanów, panowała zupełna cisza, niekiedy przerywana cichym szlochaniem kobiet, na widok swych bliskich i znajomych…

Zaczynało się ściemniać, gdy ciała poległych były gotowe do pochówku. Składano ich do osobnych jam w dębowych trumnach, a miejscowy pastor, przy blasku lamp naftowych, głośno odczytywał modlitwy. Po ceremonii pogrzebowej wszyscy ludzie wrócili do swych domów, aby w ich zaciszach kontynuować żałobę za swymi bliskimi. Jednak Jerry został jeszcze na cmentarzu, a wraz z nim, kilka stóp dalej, wciąż płacząca kobieta. Podszedłszy zapytał:

- Co tu się stało? – wydukał.

- Mężczyźni w czarnych płaszczach! Szeryf mówił, że kiedyś mogą się zjawić! Dziś rano przyjechali i wyciągali z chat każdego, u kogo zauważyli to znamię! – krzyczała zrozpaczona kobieta wskazując na znamię na palcu Jerrego – Mój syn! Mój syn! – kontynuowała w dzikiej rozpaczy.

- Wróć do domu. Robi się zimno, a w okolicy grasują kojoty chore na wściekliznę. Twój syn nie chciałby, żeby stało ci się coś przykrego. – doradził Asasyn, po czym odszedł od kobiety. Włożył ręce do kieszeni i oddalał się w kierunku posterunku, gdzie czekał na niego jego rekrut. Nagle, błądząc dłonią po kieszeni, natknął się na kartkę, którą zdjął ze sztyletu wbitego w ciało Mistrza, o której zapomniał podczas przygotowań do pochówku. Rozwinął niedbale złożony skrawek papieru i czytał z niedowierzaniem.

„To za karzdy kamień wymieżony w mnie czekamy w Dodge City.”

Niedbały charakter pisma i znaczna ilość błędów w tak krótkim zdaniu wskazywała na prymitywność człowieka, który to pisał. "To niemożliwe, żeby dotarł tu przed nami!" pomyślał McKean. Gdy tylko Jerry dotarł na posterunek i ujrzał Georga, powiedział:

- Jutro o świcie wyruszamy do Dodge. Po drodze zabierzemy Terrenca, mam nadzieję, że wyzdrowiał. Przyda nam się każda para rąk – mówił w ciągłym ruchu, trochę podenerwowany.

Georg poderwał się z krzesła i na znak zrozumienia kiwnął głową nie odzywając się ani słowem.

Tego wieczoru Jerry długo walczył z myślami. Myślał o wszystkich poległych Braciach i Siostrach, o cierpieniu, jakie Templariusze zadali wszystkim ludziom w wiosce i o zbliżającym się odwecie. Myślał również o swej ukochanej Gracy. Wyobrażał sobie jej twarzyczkę, uśmiech i nagie ciało skąpane w blasku księżyca, jej lśniące długie włosy i jędrne piersi, które to mógł obserwować pewnego pięknego dnia… Dochodziła pierwsza nad ranem, prycza na której leżał wydawała się być wygodniejsza, a powieki coraz cięższe… w końcu zasnął, a w snach kontynuował swoje wyobrażenia.



<<< Poprzedni|Następny >>>

Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Przeznaczenie bogów wydawnictwa Insignis

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2019 zakon-ac.info • there is only ZAC
020
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#: