Zakon Assassin's Creed


W samo południe

Wstęp

Zbliżała się godzina osiemnasta, słońce zaczęło chować się za widnokrąg tworząc tym samym pomarańczową poświatę na pustynnym piasku, rozgrzanym do czerwoności za dnia. Jerry jak co wieczór siedział na ganku w bujanym fotelu, żując tytoń i rozmyślając. Nieraz zdarzyło mu się uciąć drzemkę w tym jakże wysłużonym bujańcu, którą zazwyczaj przerywało pierwsze wycie kojota. Przebudziwszy się, wstawał powoli niczym panisko, choć wyglądem nie odstawał od innych chłopów w okolicy. Poprawił swój pas, przejechał palcami delikatnie i czule po kaburach rewolwerów tak, jakby były jego największym skarbem i stał tak chwilę, znów rozmyślając o sprawach ważnych… i tych mniej ważnych. Po kilku minutach splunął z pogardą, mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem i zniknął w mrocznych czeluściach swojej chaty.

***

W chacie usiadł przy stole, zapalił lampę naftową i wyciągnął spod stołu małe pudełko. W pudełku trzymał ścierkę z delikatnego materiału, wiele różnych długości i grubości pręcików i kilka flakoników z olejkami i innymi płynami. Wyciągnął rewolwery i położył delikatnie na płótnie z pudełka. Ująwszy w dłoń jeden z pistoletów i kawałek ścierki, zaczął dokładnie polerować swą broń. Robił to z taką dokładnością i czułością, jakby miast broni gładził nagie ciało pięknej kobiety. Wyczyścił już lufę, bębenek i zmierzał ku rękojeści. Tą część broni czyścił najdokładniej. Była pięknie zdobiona, nie byle stalą, lecz srebrem. Większości ludzi symbol na niej nic nie mówił, ale dzięki niemu samotny, nikomu nieznany chłop zyskał przydomek „Ej”. Po wyczyszczeniu swych Coltów rzucił okiem na stary kufer stojący w rogu chaty, lecz szybko odwrócił wzrok tak, jakby nie chcąc przywodzić na myśl starych wspomnień. Przygasił lampę, wstał od stołu i ruszył w kierunku łóżka. Przechodząc obok wspomnianego kufra nie wytrzymał. Rzucił się do niego, by go otworzyć… lecz gdy przekręcał masywny klucz w zamku... zwątpił. Położył się na łóżku i, pełen zadumy, zasnął.

***

Jerry McKean był typem samotnika. Nie miał rodziny ani przyjaciół. Choć panny zlatywały do niego tuzinami, gdy zjawiał się w mieście, on obdarowywał je zaledwie zwalającym z nóg spojrzeniem i dalej kroczył swoją ścieżką. Był niezwykle przystojnym mężczyzną, choć sam nie dbał o swój wygląd, oczy miał wielkie niczym naboje do dubeltówki, włosy krótkie, stojące na baczność niczym igły jeżozwierza, skóra jego była barwy porównywalnej do złota wyławianego w okolicznej rzece, a budową ciała nie ustępował młodemu, dobrze chowanemu bizonowi. Jerry wynajmował tylko kilku parobków za marne grosze do pilnowania i przeganiania bydła z pastwiska na pastwisko, bo tym właśnie trudził się McKean… przynajmniej chciał, żeby tak myślano.

***

Jego chata położona była na odludziu, kilka mil od najbliższej większej osiadłości Dodge City. Dodge City, niegdyś miejsce obozów wojennych… dziś, po doprowadzeniu linii kolejowych, jedno z większych miast zajmujących się handlem skórą bizonów. Lecz nie tylko skóra była często widywana w tych rejonach, wielu kowbojów dowiedziawszy się o szybko rozkwitającym mieście, zmieniło trasy przepędzania bydła z Albine do Dodge, przez co dochodziło tu do licznych sporów o ziemię i zwierzęta. Najczęściej takie spory kończyły się pojedynkiem w samo południe.



I

Skoro świt Jerry osiodłał konia, zwał go Alamut, i wyruszył do Dodge City, aby wynająć kilku chłopów do pilnowania bydła. Wokół ni żywej duszy, jedynie kłęby suchej trawy walały się po pustkowiu w tę i we w tę, również kojoty licznie występujące w tej okolicy postanowiły dłużej pozostać w swoich norach. Ranek był tak upalny, że jaszczurki, chcąc chwilę odpocząć, musiały przebierać nóżkami w miejscu, gdyż po dłuższym kontakcie z gruntem parzył je rozgrzany piasek.

***

Po kilku godzinach drogi dojechał do miasta. Wjechał do niego majestatycznie niczym król na swym najpiękniejszym rumaku. Na ulicy przebiegającej przez osadę było gwarno, jak zazwyczaj, a to ktoś przejeżdżał wozem załadowanym po brzegi skórą bawolą, co przyciągało dzieciaki, a to jakichś dwóch pijaczków zawzięcie próbowało dojść do porozumienia… Celem podróżnego był saloon. Właśnie tam najłatwiej było znaleźć kilku parobków na zlecenie. Jerry zostawił konia przy korycie z wodą, a sam nie tracąc czasu na zbędne rozważania wszedł do środka. Podszedłszy do baru zamówił szklankę whisky i jednym haustem wypił całą jej zawartość, po czym zamówił kolejną, przy której już jednak dłużej się rozczulał. Bacznie rozglądał się na boki, poszukując kogoś chętnego do pracy, jednak miał pecha, tego dnia siedziały tam same paniska, które z robotą mają tyle wspólnego, co kot z psem. Obserwował również trzech zakapiorów odzianych w długie, czarne płaszcze i równie ciemne kapelusze, siedzących przy okrągłym stoliku w rogu sali. Po kilku sekundach wpatrywania się w ich twarze odwrócił wzrok i zapobiegawczo sprawdził, czy ma przy sobie swoje ukochane… Inaczej być nie mogło, nigdy się z nimi nie rozstawał, a gdy ponownie spojrzał w kąt, w którym to siedzieli podejrzani mężczyźni, ich już nie było.

McKean zrezygnowany opuścił lokal. Zaraz po wyjściu nad głową zaświszczała mu jedna z pierwszych kul wystrzelonych dzisiejszego dnia. Szybkim i zdecydowanym ruchem uskoczył za beczkę znajdującą się nieopodal. Nie było to zbyt dobre rozwiązanie, jeśli chodzi o osłony, tym bardziej, że widniał na niej napis „PROCH”. Strzały ucichły, a na ulicę wyszli trzej mężczyźni w czarnych płaszczach. Jerry wiedział, o co chodzi. Wywrócił beczkę i mocnym kopniakiem posłał ją w stronę zbirów. Zobaczywszy to, rozpierzchli się w różne strony, co pomogło samotnemu strzelcowi. Ująwszy swe pistolety McKean zakręcił nimi na palcach, w słońcu błysnęły kilkakrotnie symbole na ich rękojeściach, i posłał dwie rozwścieczone kule w stronę beczki wypełnionej prochem. Gdy pierwsza z nich trafiła w obiekt, nastąpiła eksplozja, która wstrząsnęła całym miasteczkiem. Jeden z przeciwników, znajdujący się najbliżej drewnianej pułapki, kroczył właśnie ku światłu w tunelu, gdyż siła wybuchu pozbawiła go głowy za pomocą metalowego pierścienia, którym była opasana beczka. Sprawdziwszy stan naboi wiedział, że nie może pudłować, wymierzył kolejny strzał, lecz tym razem kula nie trafiła celu, gdyż na jej drodze stanęła gruba na trzy bizonie kopyta deska. Przeciwnicy, którym przyszło stawić czoła, znali się na swoim fachu, wychylali się zza osłon tylko wtedy, gdy zamierzali oddać strzał, co utrudniało ich ubicie. Jerry widząc szybko ubywające kule w bębenkach, postanowił zmienić taktykę. Otworzył ogień zaporowy w stronę zbirów, aby dobiec do konia i czmychnąć w bardziej przychylne dla niego tereny. Żwawo wskoczył na rumaka i popędził go mocnym uściskiem nóg. Koń, niczym strzała wypuszczona przez wprawionego łucznika, pognał przed siebie.

***

Dwójka podejrzanych mężczyzn z saloonu nie czekała długo na zaproszenie i czym prędzej ruszyła w pościg.

Jasne i przejrzyste niebo stało się teraz ciemne i zachmurzone. Wiatr, który do tej pory nie dawał o sobie znać, rozpoczął tańce z kłębami suchej trawy. McKean gnał konia ile sił w nogach, mknął w stronę domu, lecz nadkładając drogi, gdyż myślał, iż uda mu się zgubić pościg przed dotarciem na miejsce i tym samym uda mu się dotrzymać obietnicy danej dawno temu ważnej jego sercu osobie. Na razie nic nie wskazywało na to, iż jego genialny plan się powiedzie, nieprzyjaciele wciąż siedzieli mu na ogonie i z każdą chwilą zdawali się być coraz bliżej. Gdy już zbliżyli się dostatecznie, znów padły strzały, tym razem ze strony panów w czarnych płaszczach. Na szczęście uciekającego, strzały te nie były zbyt celne, większość kul lądowała w ziemi bądź zatrzymywała się na jakimś kamieniu.

Przejeżdżali właśnie przez wielki kanion, gdy jedna z kul w końcu, ku uciesze ścigających, trafiła w ramię Jerrego. Wrzasnął przeraźliwie, zachwiał się na siodle, zamroczyło go i na chwilę stracił kontakt z rzeczywistością, jednak szybko się zmobilizował i jeszcze mocniej pognał rumaka uderzeniem ostróg w boki. Alamut zarżał, zatrząsł grzywą i wyrwał przed siebie jak zaczarowany, dystans między obiema stronami pościgu powiększał się, aż w końcu udało się McKeanowi zgubić na chwilę bandziorów, wiedział, że to tylko chwilowa przerwa, wiedział, że wrócą.

Dotarłszy do domu, ściągnął zakrwawioną koszulę, aby zbadać ranę. Kula przeleciała na wylot. Bez opatrywania rany dopadł do kufra. Tym razem wiedział, że musi go otworzyć, niebezpieczeństwo wisiało w powietrzu i zbliżało się z każdą sekundą straconą na rozmyślanie. W końcu przekręcił klucz i uchyli potężne wieko strzegące największej tajemnicy samotnego rewolwerowca. W skrzyni znajdował się kapelusz zakończony szpiczastym „dziobem”, dwa dziwne mechanizmy zakładane na rękę i pas na broń. Wszystkie te przedmioty miały na sobie ten sam symbol, który zdobił rękojeści pistoletów, symbol w kształcie litery „A”. W skrzyni znajdowała się jeszcze jedna ważna rzecz, kawał materiału, który zwano Całunem. Materiał ten po włożeniu na ciało leczył wszelkie choroby, upośledzenia, jak i goił rany. Jerry spośród tych rzeczy szybkim ruchem wyjął Całun i owinął go wokół ramienia. Założył nową koszulę, przywdział pas z kufra i dwa mechanizmy, jeden na lewą rękę, drugi na prawą. Urządzenie na lewej ręce przypominało sztylet. Odchylenie dłoni powodowało wysunięcie ostrza, a kolejne – jego ukrycie, co pozwalało niepostrzeżenie eliminować swoje cele. Drugie z urządzeń było mniejszą wersją broni palnej. Ukryty pistolet był o wiele mniej hałaśliwy niż pełnowymiarowe bronie tego rodzaju, a tego właśnie potrzebował Asasyn w tej chwili. Testując starą, acz dawno nie używaną broń, usłyszał stukot kopyt nadjeżdżających koni. To oni. Znaleźli chatę. McKean wyszedł po cichu tylnim wyjściem i wszedł po drabinie na dach. Z góry miał doskonały widok na okolicę, oprócz dwóch osobników kręcących się koło chaty, nie było nikogo, nie zdążyli ściągnąć posiłków. Podszedł skrycie do krawędzi dachu, wyprostował prawą dłoń i mierząc w jednego ze zbirów – wypalił. Broń była tak cicha, że wystrzał nie zwrócił uwagi towarzysza, dopiero upadek ciała go zaalarmował. Zdezorientowany podbiegł do martwego kamrata, a gdy się odwrócił, ujrzał mężczyznę spadającego na niego z ostrzem wysuniętym z rękawa… Zdążył złapać za dłoń, do której przymocowane było ostrze. Przerzucił Asasyna przez ramię i cisnął nim ile sił o ziemię.

- Jesteś już zimnym trupem, Templariuszu! – wrzasnął Jerry i rzucił się na przeciwnika. Zwinnie wymachiwał swym ostrzem, lecz równie zwinnie ciosów unikał Templariusz.

- Czego znowu chcecie?! – wrzasnął podczas walki Asasyn.

- Tego, co kilka chwil temu uleczyło twoje ra… – zdanie zostało urwane przez ostrze, które przebiło krtań mężczyzny w czarnym płaszczu.

- Wiedzą, że to masz. Wiedzą gdzie jesteś. Jesteś trupem – wydusił z siebie konający.

Jerry popatrzył zatrwożonym wzrokiem na ciała… załadował je na konie, a te pognał strzałem w niebo z pistoletu, miał nadzieję, że przesyłka dotrze do adresata, Wielkiego Mistrza, który najwidoczniej znajdował się w okolicy. Wrócił do chaty, znów stanął przed kufrem, włożył kapelusz i stał, rozmyślając o osobie, której niegdyś dał słowo, słowo, które właśnie zostało złamane.

Wspomnienia wróciły…

A były to wspomnienia z tych, o których człowiek z całych sił stara się zapomnieć, jednak nie może. Jerry, niegdyś jeden z najlepszych i najskuteczniejszych Asasynów zachodu, teraz człowiek bez celu, bez chęci do życia, a wszystko przez wielką miłość i… jej nagłą utratę. Była piękną Indianką o ciemnych, długich i prostych włosach. „Wpadli na siebie” podczas jednej z misji Jerrego. Jego zadaniem było odeskortowanie artefaktu, znanego jako Całun, do krypty, która znajdowała się w miejscowości od kilku dekad należącej do Asasynów, do Denver. Droga prowadziła przez ogromny kanion. Przebyli już połowę swej wędrówki, właśnie przejeżdżali przez niego, gdy nagle Jerry spostrzegł kłęby ciemnego dymu.

- Panowie, nie jesteśmy sami – powiedział McKean do swych dwóch kompanów: Georga i Terrenca. Byli to dwaj początkujący Asasyni, a ta misja była ich pierwszą. W Denver mieli przejść odpowiednie szkolenia i inicjację.

- Bez gwałtownych ruchów, jedziemy powoli do przodu. Obserwują nas, trzech z lewej i pięciu z prawej, są zmęczeni… sapią jak woły. Najwyraźniej śpieszyli nam na powitanie – dorzucił arogancko.

- Skąd to wszystko wiesz? – zapytał zdziwiony Georg.

- Mam swoje… sposoby.

Przejechali w doborowym towarzystwie kilkaset metrów, gdy nagle najbardziej doświadczony z tej trójki członków Zakonu Asasynów spostrzegł niebezpieczeństwo nadjeżdżające z naprzeciwka. A jakże inaczej! Templariusze! Działający pod przykrywką prawa…

Jerry majestatycznie zawrócił konia i rzekł do kompanów:

- Panowie, oto wasz wielki dzień! Dzień, w którym po raz pierwszy będziecie bronić prawa do wolności ludzi na całym świecie. Właśnie po to powstał nasz Zakon! Aby położyć kres wyzyskowi i przemocy! Nasz największy wróg nadchodzi… nie każmy mu dłużej czekać! Naprzód, Bracia!

McKean jako pierwszy popędził konia, ruszył niczym strzała, a za nim dwaj towarzysze. Templariusze przeważali liczebnie i to znacznie, lecz nie budziło to strachu w sercach trójki Asasynów.

- Gdy inni ślepo podążają za prawdą, pamiętajcie… Nic nie jest prawdziwe! Gdy innych ogranicza moralność lub prawo, pamiętajcie… Wszystko jest dozwolone!

Zaraz po tych zachęcających do boju słowach Jerry, w pełnym pędzie, wyciągnął mały sztylet i rzucił go w kierunku jednego z przeciwników. Śmiercionośna przesyłka przecinała powietrze z prędkością pikującego orła tylko po to, by chwilę potem przebić czaszkę i rozgościć się w mózgowiu jednego z typów spod znaku krzyża.

Padły pierwsze strzały z rewolwerów. Kilku kolejnych padło trupem nim, ich towarzysze zdążyli zareagować. Grupa eskortująca Całun do Denver wbiła się niczym w masło pomiędzy zastępy wroga. Kilka sekund później kolejny Templariusz padł, tym razem z poderżniętym gardłem - Jerry w pełnym pędzie wyciągnął rękę na wysokość gardła mierzącego w niego z rewolweru typa i szybkim ruchem nadgarstka wysunął ukryte ostrze.

Trójka mężnych, przejechawszy na tyły wroga, zeskoczyła z koni i w mgnieniu oka schowała się za głazami, których w tej okolicy nie brakowało. Właśnie wtedy rozpętało się istne piekło. Templariuszom nie brakowało amunicji… Kule świszczały nad głowami Asasynów niczym opętane.

- Słuchajcie! Zostało ich już tylko dziesięciu. Możemy wyjść z tego bez szwanku. Mierzcie celnie, nie mamy zbyt wiele amunicji…

- Ale ja nigdy nie zab... – Nie dane było Terrencowi dokończyć tego zdania. Postrzał w klatkę piersiową zwalił go z nóg.

- Terrenc! Kurwa, kryjcie się! – Krzyknął rozwścieczony McKean, jednocześnie wychylając się zza głazu i oddając strzał, który powalił kolejnego z Templariuszy.

- George, wciągniesz Terrenca za głaz, gdy doliczę do trzech, a ja będę cię osłaniał. – Młody Asasyn kiwnął głową, który potwierdzał gotowość do akcji.

- Raz… dwa… teraz! – Jerry wychylił się zza osłony i otworzył ogień do zdezorientowanych chwilowo przeciwników, jednocześnie jego kompan wciągnął rannego w bezpieczne miejsce, po czym dołączył do odpierania wrogich sił.

Templariusze zaczynali nabierać przewagi, a grupce Asasynów zaczynało brakować amunicji. Na domiar złego stan Terrenca pogarszał się z minuty na minutę.

Po chwili ciszy, która pozwoliła odetchnąć przyciśniętym do ściany Asasynom, posypały się kolejne strzały. Jerry złożył palce i gwizdnął na konia, ten, nie bacząc na strzały, ruszył do swojego pana.

- Brawo, Alamut. Cii, spokojnie – szeptał skulony za głazem, po czym z tuby przypiętej do siodła wyciągnął Całun.

- Oby pomógł.

- Jak to, „oby”!? – rzucił zdenerwowanym głosem młody rekrut.

- Całun nie zawsze działa tak, jak powinien… to znaczy… czasami występują skutki uboczne, a czasami zupełnie nic się nie dzieje – tłumaczył ich Mentor, jednocześnie wkładając całun na rannego towarzysza.

- Jak długo jeszcze wytrzymacie!? Wyjdźcie z rękoma w górze, a może was oszczędzimy! Chcemy tylko całunu. Wasze nędzne żywota nam niepotrzebne! I tak już jednemu z waszych bliżej Boga!

W odpowiedzi McKean posłał kilka kul, po czym spojrzał na Terrenca. Żadnych efektów, kompletnie nic się nie stało.

- Chcesz Całunu, nędzny psie?! – Jerry odpiął tubę znajdującą się przy siodle i rzucił w stronę Templariuszy! – To bierz!

Templariusze rzucili się na tubę jak wygłodniałe szakale na padlinę.

- Co to za brak dyscypliny?! – krzyczał ich przywódca, przedzierając się do celu przez swoich pobratymców ze złowrogą miną.

- Dawaj to! – wrzasnął, jednocześnie wyrywając tubę jednemu ze swoich ludzi. – Nareszcie. Mistrz będzie zadowolony. – Mówił z ekscytacją w głosie, podczas gdy odkręcał wieko.

- Co do licha!? – Jedynie tyle zdążył wykrzyknąć, zanim został rozerwany na kawałki przez ładunek wybuchowy, który znajdował się w środku zamiast Całunu. Wielu rewolwerowców spod znaku krzyża odniosło ciężkie rany, jednemu odłamek przebił czoło wylatując potylicą i zostawiając za sobą ogromną dziurę. Innemu oderwał rękę, w której dzierżył pistolet, a z samego dowódcy nic nie zostało oprócz gdzieniegdzie spadających kawałków jego ciała. Jerry wraz z Georgiem wyskoczyli zza skały aby dokończyć to, co zapoczątkował wybuch. Sześciu wrogów wiło się już w agonii, dokonując swojego marnego żywota. Przechodzili obok każdego, lżej lub mocniej trącając ich ścierwa nogami.

- Mistrzu! Mamy tu żywego.

Jerry wiedział, co z nim zrobić. Z pomocą towarzysza posadził go na konia, ręce przywiązał do siodła, a nogi do strzemion. Podprowadził zwierzę do swojego wierzchowca i przywiązał.

- Przywiąż konia Terrenca do swojego, a ja sprawdzę, co z nim.

Gdy podszedł do leżącego nieopodal kompana, nie zauważył żadnej poprawy stanu, w jakim się znajdował od początku bitwy. Udało się zatamować krwotok z rany, ale stracił zbyt dużo krwi. Leżał blady jak ściana, w bezruchu, ciężko sapiąc. McKean zdjął lekko zakrwawiony Całun i włożył go z powrotem do tuby przy siodle.

- Trzymaj się, młody, wyciągniemy cię z tego – powiedział Asasyn, po czym wstał i udał się w kierunku miejsca bitwy.

- Wiem, że tam jesteście! Możecie wyjść z ukrycia! Nie mamy względem was złych zamiarów i mam nadzieję, że wy nie macie takich względem nas! Nasz towarzysz został ciężko raniony przez tych niegodziwców. Nie przeżyje dalszej podróży… nie bez waszej pomocy!

Jerry w odpowiedzi usłyszał kilka nic mu nie mówiących okrzyków. Najwyraźniej jakaś głębsza wymiana zdań. Po krótkim czasie z obu stron kanionu zaczęli schodzić Indianie. Ośmiu, jak na samym początku przewidział McKean. Trzech zbliżało się powoli, nieufnie, z wzrokiem wlepionym w najstarszego z Asasynów. Pozostała piątka ubezpieczała po bokach swoją „delegację”, trzymając łuki napięte i gotowe do strzału.

- Nie ma takiej potrzeby – powiedział Jerry, kierując swoje słowa w stronę strzelców. Nie uzyskał odpowiedzi ani najmniejszej reakcji.

- Kim jesteście? – zaczął Indianin z najokazalszym pióropuszem na głowie. Był mężczyzną w podeszłym wieku, ze strudzoną twarzą i długimi włosami spiętymi z tyłu za pomocą dziwnych koralików. Wyglądał na dowódcę komanda, bądź na samego wodza.

- Jesteśmy kupcami, jedziemy do Denver po towar.

- Czy handlarze potrafiliby się rozprawić w taki sposób z nieprzyjacielem? – rzucił podejrzliwie czerwonoskóry, wskazując jednocześnie ręką na szczątki leżące na polu walki. – A ten związany? Po co handlarzom jeniec?

- Improwizacja. Nie chcieliśmy umierać, a tego tam mamy zamiar postawić przed sądem, jak tylko dotrzemy do Denver. Proszę, odłóżmy to na potem, jeden z moich towarzyszy umiera, potrzebujemy waszej pomocy. – Oczywiście Asasynowi w głowie układały się całkiem inne plany, co do „pasażera na gapę”.

- Dobrze – zmrużył oczy starzec. – Waszym kompanem zajmie się nasz szaman. Ale zanim ruszymy do wioski, musicie oddać broń. Zwrócimy ją, gdy będziecie nas opuszczać.

Jerry nie miał innego wyjścia, musiał się zgodzić na warunki postawione przez tubylców. Cały ich oręż został przekazany w ręce czerwonoskórych przyjaciół. Jedynie podwójne ukryte ostrze, które nie zdradzało swego istnienia, gdy nie było potrzebne, zostało na swoim miejscu. Gdy już wszystko było gotowe do drogi – wyruszyli. Po kilkunastu minutach dotarli do miejsca, w którym McKean spostrzegł kłęby dymu. Słonce chyliło się ku zachodowi, gdy dotarli do wioski. Wódz wskazał im szałas szamana, a sam skierował się ku kręgowi, gdzie wokół ogniska zgromadzili się już wszyscy mieszkańcy. Powiedział coś do człowieka z dziwacznym pióropuszem i umalowaną twarzą, a ten ruszył w kierunku Asasynów, którzy właśnie położyli swojego kompana na desce przyścielonej bawolą skórą w szałasie szamana.

- Mahali! – krzyknął mędrzec. Choć Asasyni nie wiedzieli, co to znaczy, zrobili mu miejsce, rozchodząc się na boki. Starzec oglądał rannego. Przyłożył dłoń do jego rany, a drugą sięgnął po mieszek przywiązany do pasa.

- Kurudi roho wa mtu huyu, zaidi sana katika kuhifadhi kwa ajili yake. Mei miungu huruma kuokoa maisha yake. – Szaman wypowiadał te słowa, jednocześnie posypując ranę proszkiem z mieszka. Gdy już skończył się proszek, sięgnął do misy stojącej obok i wyciągnął z niej dziwaczne ziela. Namoczył je w wodzie, po czym przyłożył do rany i związał wszystko strzępem materiału z koszuli rannego. Gestem rąk wyprosił osłupiale wpatrzonych w rytuał kompanów Terrenca i wrócił do odprawiania modłów. „Kurudi roho wa mtu huyu, zaidi sana katika kuhifadhi kwa ajili yake. Mei miungu huruma kuokoa maisha yake.” „O miungu! Baada ya mapepo ya kifo!”.

Do zdezorientowanych Asasynów podeszła młoda Indianka, która miała zaprowadzić ich do namiotów, w których będą mogli spędzić noc. Jej ciemne, długie i proste włosy powiewały bezładnie na wietrze. Jerry przez dłuższą chwilę stracił kontakt z rzeczywistością, wszystko ucichło, a jego oczy wpatrzone były w jej twarz. Dopiero po dłuższej chwili wrócił do rzeczywistości.

- Jeszcze nasz więzień. Musimy się upewnić, że nam nie ucieknie.

Młoda kobieta patrzyła na niego z zadumą i zaciekawieniem.

- Ach… nie rozumiesz… - rozglądnął się po okolicy, chwycił za kawał sznura leżący nieopodal, po czym przeplótł go sobie przez dłonie składając je do kupy – wię-zień – Powtórzył wolniej.

Indianka uśmiechnęła się i wskazała palcem na klatkę skleconą z grubych patyków. – Tam jest – dodała na końcu i udała się w swoją stronę.

- Zaczekaj! – zawołał za nią Asasyn. – To ty wszystko rozumiesz?! Znasz nasz język?! – wołał bez skutku, Indianka nie reagowała.

Pełen zdziwienia udał się do szałasu wraz z Georgiem. Przed snem zwrócił się jeszcze do rekruta:

- Georg…

- Tak?

- Nie mów do mnie „Mistrzu”.

Położył się na stertę równo ułożonych bawolich skór. Przez całą noc miotał się na swoim posłaniu, na próżno starając odpędzić od siebie myśli o pięknej nieznajomej - sen nie przychodził. Dopiero rano wyczerpany organizm wymusił krótką drzemkę.



Następny >>>

Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
200
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza