Zakon Assassin's Creed


Granice Świadomości

- Niech spoczywa w pokoju.

Deszcz lał niemiłosiernie, a ja musiałem stać bez parasola. Zielona trawa ustępowała co jakiś czas miejsca niskim drzewom i oczywiście kamiennym nagrobkom. Nienawidziłem tego miejsca, tak samo jak nienawidziłem ojca. Tego samego, który zabierał mnie na mecze, opiekował się po śmierci matki, a teraz leżącego przede mną, w drewnianej trumnie.

Ksiądz stał nad wielką, prostokątną dziurą. Miał parasol. Szczęściarz. Czytał z małej książeczki modlitwy i od czasu do czasu sypał popiołem na trumnę. Oprócz niego i mnie nie było tu żywej duszy. Tylko zmarli. Nikt inny nie przyszedł na pogrzeb, bo właściwie, to nie miał kto przyjść. Teraz kiedy umarł ojciec nie miałem nikogo. Dwa dni temu przyszła do mnie jakaś pani z urzędu i obwieściła, że od teraz będę mieszkał w domu dziecka. Wyraz twarzy miała tak sztuczny, że pragnąłem przyłożyć jej z całej siły. Pewnie nie raz obwieszczała takie wieści. Dobrze wiedziałem, że nie obchodzi jej los dzieci, które doznały takiej straty, dla niej była to tylko kolejna strata czasu.

Ksiądz skończył ostatnią modlitwę i kiwnął głową na paru ludzi stojących przy karawanie. Wzięli łopaty i podeszli do dziury gdzie spoczywała trumna. Zaczęli ją zasypywać. Patrzyłem jak jasne drewno znika pod nawałem piachu. Kiedy skończyli, wrócili do wozu, wsiedli, a jeden z nich odpalił silnik. Czekali jeszcze na mnie i na księdza.

Nie ruszyłem się z miejsca. Zacząłem zastanawiać się nad tym co teraz zrobię. Wiedziałem, że jak wsiądę teraz do samochodu to prostą drogą moje życie i marzenia skończą tak jak ojciec – pod piachem.

- Nie wsiadasz synu? – spytał mnie ksiądz stojący koło karawany.

Pokręciłem przecząco głową. Zakonnik pewnie pomyślał, że chcę jeszcze pobyć nad grobem ojca. Ja jednak intensywnie myślałem o czymś innym.

Nie patrzyłem jak karawana wyjeżdża przez złotą bramę z cmentarza. Złapałem swój krawat lewą ręką. Zerwałem go z szyi i rzuciłem na ziemię. Przejechałem palcami po włosach. Deszcz już dawno zmył z nich żel. Spojrzałem przed siebie i nagle zamarłem. Parę grobów dalej, koło starego jesionu stała zakapturzona postać. Jej biały strój był poplamiony od… krwi. Jednak nie to zjeżyło mi włosy na karku, tylko jego mglisty wzrok i twarz, która wyglądała jakby została przejechana przez tira. Z jego ust, które ewidentnie nie miały wszystkich zębów wydobyło się tylko jedno słowo:

- Uciekaj – był to cichy rozkaz, może ostrzeżenie.

Zacząłem się powoli cofać. Nagle zahaczyłem o jakiś korzeń i upadłem lądując na plecach. Kiedy podniosłem głowę zakrwawionego kolesia nigdzie nie było. Przetoczyłem się na kolana, a potem wstałem. Miałem już wyjść z cmentarza kiedy coś chwyciło mnie za rękę. Wzdrygnąłem się myśląc, że to ta sama zakapturzona postać. Kiedy odwróciłem wzrok, aby na niego spojrzeć uświadomiłem sobie, że to nie on. Trzymał mnie jakiś mężczyzna w białym garniturze i równie jasnym krawacie, za nim stały dwie identycznie ubrane osoby, jednak ten, który mnie trzymał był o wiele starszy od tamtych.

- Pan Salvation – powiedział staruch lustrując mnie wzrokiem. – Czekaliśmy na pana.

- Na… mnie? – uścisk mężczyzny był silny. Wiedziałem, że nie chce mnie wypuścić.

- Otóż to. Mamy Pana zawieźć do domu dziecka – kłamał, zdecydowanie kłamał. Odczytywanie intencji z głosu dawno temu nauczył mnie ojciec i dobrze wiedziałem, że ten facet nie mówił prawdy. Lepiej przyjrzałem się jego ubraniu. Dopiero teraz zauważyłem mały czarny kształt włożony za pas, specjalnie zakryty marynarką.

Przypomniało mi się ostrzeżenie zakrwawionej postaci z pod jesionu. Poczułem jak czas powoli zwalnia. Mężczyźni sięgali po swoje bronie przy pasie. Wiedziałem co musiałem zrobić. Trzasnąłem starucha w skroń z pięści, obróciłem go i rzuciłem nim w pierwszego, który dobył pistoletu. Przewrócili się na ziemię. Trzeci jednak już miał palec na spuście. Lufa broni była wycelowana wprost we mnie. Wystrzelił. Kula leciała bardzo powoli. Wyminąłem ją i szybkim ruchem złapałem rękę trzeciego kolesia. Wykręciłem ją, a broń wypadła mu z dłoni. Uderzyłem go w tchawicę. Zachłysnął się, a ja wtedy podciąłem go i przewróciłem na dwóch już wstających mężczyzn w białych garniturach. Wszyscy padli na ziemię, a ja nie wiele myśląc, zacząłem uciekać. Ile miałem sił w nogach. Po prostu biegłem.

Kiedy się wreszcie zatrzymałem byłem już daleko od cmentarza. Czas biegł już normalnie, ale moje serce nie chciało wyjść z przyśpieszonego rytmu. Oparłem się o mur najbliższej kamienicy. Serce nie chciało zwolnić. Nie z wysiłku, czy tego zastrzyku adrenaliny, ale z powodu strachu jaki nadal odczuwałem. Kim byli ci ludzie w białych garniturach? I dlaczego próbowali mnie zabić? Co niby we mnie takiego wyjątkowego, aby mnie zabijać?

Myśli kotłowały się w mojej głowie. Wiedziałem, że muszę znaleźć jakieś bezpieczne schronienie. Tylko gdzie… Właśnie sobie coś przypomniałem, a raczej kogoś. Osobę, która mógłby mi pomóc właśnie w tej chwili. Powoli ruszyłem w stronę placu Garden Fools.

***

Drabinka schodów przeciwpożarowych była dość wysoko, ale już nie takie problemy pokonywałem. Wskoczyłem na śmietnik, a potem odbiłem się od ściany i złapałem za pierwszy szczebel. Podciągnąłem się, a potem zacząłem wspinać się po drabince. Dalej wszedłem po schodach na trzecie piętro. Znajdowałem się w dzielnicy Mission Bay. Wszystkie kamieniczki w okolicy były takie jak ta, po której aktualnie wchodziłem. Wysokie i wąskie, każda zbudowana z czerwonej cegły. Pamiętałem to miejsce z czasów kiedy jeszcze przychodziłem odwiedzić tu koleżankę. No właśnie… i tu zaczynają się problemy. Nie byłem pewien jak zareaguje na mój widok, ale miałem nadzieję, że przynajmniej nie trafi mnie prosto w twarz. Miała mocny prawy sierpowy. Była chyba ostatnią osobą na świecie, która mogła mi teraz pomóc.

Usiadłem na poręczy klatki przeciwpożarowej i spojrzałem w okno jej mieszkania. Jej pokój wcale się nie zmienił. Ta sama zielona tapeta i porozrzucane pluszaki po podłodze. Książki różnej wielkości i grubości walały się po całym pomieszczeniu zasłaniając duży dywan.

Nagle do pomieszczenia weszła ona. Nie trudno było ją poznać. Zwłaszcza po długich, falowanych, brązowych włosach i piwnych oczach. Była ubrana w piżamę i najwyraźniej miała się już kłaść. Nie zauważyła mnie. Na dworze było dość ciemno, a deszcz wcale nie pomagał lepiej widzieć.

Usiadła na łóżku. Zapukałem w okno. Ona wręcz podskoczyła. Trochę mnie to rozbawiło, ale uśmiech szybko zniknął z mojej twarzy. Jej piwne oczy spojrzały na mnie. Podeszła do okna i otworzyła je.

- Co ty tu do świętej Heleny robisz? – cieszyłem się na jej widok.

- Mogę wejść? – spytałem. Byłem już nieźle przemoknięty, więc nie chciałem dalej siedzieć na dworze.

- Tak… tak, jasne – gniew znikł z jej twarzy. Wpuściła mnie do środka. Kiedy stanąłem na jej dywanie, woda z mojego ubrania chlusnęła na podłogę.

- Przepraszam – powiedziałem.

Nie odpowiedział, tylko na mnie patrzyła. Zapewne oczekiwała wyjaśnień.

- Tato zmarł cztery dni temu… - powiedziałem.

- …współczuję… - chciała coś dodać, ale zobaczyła mój wzrok, dobrze wiedział, że nienawidzę fałszywego miłosierdzia. Wkurzało mnie to.

- Na pogrzebie zaatakowało mnie jakiś trzech ludzi… - przejęła się tym. - …próbowali mnie zabić.

Ona zawsze mi wierzyła. Nawet jak wygadywałem kompletne bzdury. Tak jak kiedyś w szkole opowiedziałem jej o dziwnej staruszce bez głowy, którą widziałem na stołówce. Wierzyła mi, ponieważ ja nigdy nie kłamałem, nigdy. Tylko często zdarzały mi się dziwne rzeczy, właśnie takie jak ta starsza pani ze stołówki.

- Powinieneś zadzwonić na policję… - powiedziała zdejmując ze mnie moją przemoczoną marynarkę. Rzuciła ją do kosza. Też wiedziałem, że nie nadawała się już do żadnego użytku.

- Policja tu nic nie wskóra. W końcu kto by uwierzył dzieciakowi, który niedawno stracił drugiego rodzica. Na dodatek pewnie zabraliby mnie do domu dziecka.

- A dlaczego przyszedłeś właśnie do mnie? – spytała, zazwyczaj od razu przechodziła do sedna sprawy.

- Chciałem cię prosić, abyś przenocowała mnie przez parę dni. Czekaj! – widziałem jej niezadowoloną minę. – Mogę spać na strychu, przysięgam nie będę przeszkadzał.

Zastanawiała się, a ja miałem szczerą nadzieję, że nie każe mi się stąd wynosić. Znów napadł mnie dziwny przypływ myśli. Moja ręka powędrowała do wisiorka na szyi. Było to oko o czerwonej tęczówce zrobione ze szlachetnych kamieni zawieszone na złotym rzemyku. Wisiorek był moją jedyną pamiątką po mamie, więc jak ktoś próbował mi go ukraść to wierzcie, że robiłem mu wtedy takie rzeczy, z których do tej pory nie jestem dumny.

- Zgoda – odparła. – Tylko powiem mamie. W końcu nie będziesz się ukrywał w moim domu.

Jej mama była fajną kobietą i wiedziałem, że nie będzie miała nic przeciwko, że tu przenocuję. Jedynie trzeba było przy niej trzymać język za zębami, ponieważ pani Travis przejmowała się dosłownie wszystkim, podobnie jak jej córka.

Odprowadziłem koleżankę wzrokiem do drzwi jej pokoju. Kiedy wyszła puściłem swój wisiorek.

- Wybór – usłyszałem chrapliwy głos jakieś osoby za mną. Odwróciłem się na pięcie. Stał naprzeciwko mnie jakiś wysoki mężczyzna z bujnymi wąsami i cylindrem. Był martwy. W pewnym sensie. Wiedziałem, że nie mógł być żywy z racji wielkiej dziury w brzuchu, ale jednak stał przede mną i palił starą, długą fajkę. Miał mgliste oczy i zaschniętą krew na czarnym fraku. – Wybór. – Powtórzył.

Zacząłem się cofać.

- Jaki wybór? – na chwilę spuściłem z niego wzrok mając nadzieję, że moja koleżanka już wchodzi po schodach. Kiedy znów spojrzałem na zjawę, jej już tam nie było.

- Wybór? – odezwał się głos za mną. Podskoczyłem ze strachu, ale po chwili uświadomiłem sobie, że to moja przyjaciółka. – O czym mówiłeś?

- O… niczym. Musiałaś się przesłyszeć – odparłem. Wiem, że nie powinienem wszystkiego zatajać, ale widzenie zmarłych nie należy chyba do norm społecznych. Wiem, że by mi uwierzyła, ale raczej nikt nie chciałby wiedzieć, że ma ducha w pokoju. – I co zgodziła się?

- Tak – odparła. – Powiedziała, że możesz spać w pokoju taty. Nie ma go odkąd wyjechał w delegacji do Nowego Jorku, więc będziesz miał cały pokój dla siebie.

- Dziękuję – uśmiechnąłem się. Odwzajemniła się tym samym.

Jej mieszkanie było największym mieszkaniem w tej części dzielnicy, dzięki faktowi, że pan Travis był wielką szychą w mieście. Zajmowało dwa ostatnie piętra kamienicy, ale i tak było ogromne. Na dole znajdowała się nowoczesna jadalnia, olbrzymia kuchnia połączona z przestronnym salonem, a na górę prowadziły stare, dębowe schody trzeszczące pod każdym moim krokiem. Drugie piętro składało się z pokoju mojej koleżanki, jej brata oraz osobnych pomieszczeń jej rodziców. Nie wiem dlaczego mieszkali w osobnych pokojach, ale dla mnie nie miało to większego znaczenia.

Wszedłem do pokoju ojca mojej przyjaciółki. Jak na pokój biznesmena, był bardzo przeciętny. Były tutaj tylko najpotrzebniejsze meble takie, jak łóżko, szafa, biurko i szafeczka nocna. Zamknąłem za sobą drzwi na klucz. Ściągnąłem mokre ubranie z siebie i położyłem w kącie pokoju. Zajrzałem do szafy i wyciągnąłem koszulę i dżinsy. Trudno było je znaleźć wśród masy garniturów. Idealnie na mnie pasowały, ponieważ byłem podobnej postury co pan Travis. Tylko nie byłem łysy. W szufladzie pod szafą znalazłem skarpety. Założyłem je.

Cały czas dręczyły mnie myśli. Głównie pytania dotyczące tych ludzi z cmentarza i zjaw. Nie lubiłem tego mętliku pod czaszką. Sprawiał wiele problemów.

Ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem je. Stała przed mną pani Travis. Ubrana była w czerwony, puchaty płaszczyk. Na nogach miała mechate kapcie. Włosy miała nie ułożone, ale nadal czarne jak noc na dworze. Jej mały nosek zdobiły wielkie, kanciaste okulary z posklejanymi noskami. Była od mnie niższa o głowę.

- Synku, dlaczego do nas wcześniej nie zadzwoniłeś, przyszykowałabym ci trochę ubrań mojego męża – dopiero po chwili zauważyła, że byłem już w nie ubrany. – Och… Jesteś może głodny?

- Właściwie to tak, proszę pani – odparłem.

- Mówi mi mamo.

- Wolę nie.

- Dobra – odwróciła się zamiatając płaszczykiem podłogę. – Chodź ze mną do kuchni.

Poszedłem za nią. Dopiero teraz uświadomiłem sobie jak jestem głodny.

- Zjadłbym konia z kopytami – uśmiechnąłem się na widok lodówki.

- Mam kabanosy – pani Travis roześmiała się. Wiedziałem, że kabanosy robi się z koni, ale ten żart jej się nie udał.

Kiedy zrobiła mi kanapki i podała abym je zjadł coś przykuło moją uwagę. Było to stare zdjęcie stojące na blacie koło umywalki. Przedstawiało wąsatego mężczyznę w cylindrze i czarnym fraku.

- Kim jest ten Pan? – spytałem panią Travis wskazując zdjęcie.

- To Wuj Ferdynand, pojechał razem z moim mężem do Nowego Jorku. Powinni wrócić za parę dni.

- Nie wrócą… - powiedziałem po cichu, sam do siebie.

***

Zapomniałem powiedzieć jak miała na imię moja koleżanka. Miała imię po swojej mamie, a brzmiało ono Lily. Po prostu Lily. Znaliśmy się praktycznie od przedszkola. Dawniej bawiliśmy się razem na placu Garden Fools, ale po śmierci mojej mamy wyjechałem z miasta razem z ojcem. Spotkaliśmy się dopiero po trzech latach, ponieważ oboje zaczęliśmy chodzić do tej samej szkoły. Właściwie to nadal chodzimy do tej samej szkoły. Tylko, że dopiero teraz pierwszy raz się do niej odezwałem od mojego powrotu. Nie wiem dlaczego tego nie zrobiłem od razu. Trudno powiedzieć. Bardzo trudno.

Następnego ranka wybraliśmy się razem do szkoły znajdującej się przy ulicy Churchilla. Był piątek, a ja wolałem nie zostawać w jej domu. Wczoraj wieczorem, po tym jak mama Lily zrobiła mi kanapki, zadzwonił telefon. Jakiś nowojorski policjant powiedział, że autobus, którym jechał jej mąż i wuj miał wpadek. Przeżyło czterech ludzi na ponad trzydziestu zabitych. Ci, którzy przetrwali byli w stanie krytycznym i nadal znajdują się w śpiączce. Policjant poprosił panią Travis aby przyjechała jak najszybciej potrafi. Mama Lily była tak załamana, że przez całą noc płakała w swoim pokoju, a z samego rana wybiegła z domu jeszcze zanim ja i jej córka się obudziliśmy. Zostawiła kartkę, na której napisała, że wyjeżdża na parę dni, napisała również małą adnotację skierowaną do mnie, że mogę zostać u nich w domu jak długo chcę. Nie napisała, co kazało jej wyjechać, ale ja dobrze wiedziałem. Nie musze wyjaśniać dlaczego.

Po odprowadzeniu młodszego brata Lily do przedszkola, sami powędrowaliśmy do naszej starej budy imienia Katariny Wex, pierwszej dyrektorki tej szkoły. Nie tęskniłem za tym miejscem, ponieważ tutaj po raz ostatni widziałem mamę. Popołudniu, po tym jak odprowadziła mnie tutaj do szkoły i wróciła do pracy wypadła przez okno, nie pamiętam jakiego wieżowca, ale wiem, że umarła na miejscu, więc ten budynek musiał być wysoki. Tato nie pozwolił mi iść na jej pogrzeb bo niby bym to bardzo przeżywał, a później już ani razu nic o niej nie mówił. Nigdy nie wspominał jak zginęła i czy w ogóle był to wypadek. Nie odpowiadał na moje pytania jakby był głuchy, aż w końcu przestałem mu je zadawać.

Lekcje w szkole przebiegły normalnie. W formie zwykłego letargu. Takiego jakby snu z otwartymi oczami. Nie ma co tego opisywać, bo było to tak nudne, że zacząłem sam ze sobą grać w kółko i krzyżyk.

Wreszcie wybił dzwonek na lunch. Wyszedłem z Lily ze szkoły. Nie mieliśmy zamiaru jeść w stołówce, wystarczy, że zaznaliśmy cierpienia na lekcji, nie chcę dodać do tego niezidentyfikowanego mięsa i czegoś żółtego, co każdy brał za ziemniaki. Dopiero później poznałem prawdę i naprawdę nie były to ziemniaki.

Weszliśmy do małej knajpki ulicę dalej od szkoły. Wybraliśmy stolik pod oknem, przy drzwiach. Restauracja wyglądała porządnie. Siedem stolików, dwie kelnerki, czysta lada i ozdoby wielkanocne.

- Co zamierzasz teraz zrobić, Salv? – spytała mnie Lily. Mówiła na mnie Salv. Skrócona wersja mojego nazwiska. Robiła to, ponieważ nie znała mojego prawdziwego imienia. Nikomu go nie podałem. Nawet w dzienniku szkolnym jest napisane tylko: Salvation.

- Nie wiem… chciałbym się dowiedzieć o co chodziło z tymi ludźmi na cmentarzu – powiedziałem. – I dowiedzieć się co oznaczają te wizje.

- Jakie wizje?

- No… widzę zmarłych – odparłem. Wiem, że każda inna osoba wyśmiała by mnie, ale nie Lily. Ona była inna.

- Tak samo jak wtedy na stołówce? – spytała. Zaczęła bawić się słomką w swoim piciu.

- Podobnie… tylko, że od śmierci ojca widzę ich coraz więcej – mówiłem na tyle cicho aby nie słyszał mnie mężczyzna czytający gazetę przy najbliższym stoliku. Twarz miał zakrytą czasopismem i niesamowicie śmierdział. Na początku myślałem, że jest jakimś bezdomnym, ale jakiego bezdomnego stać byłoby na obiad w takiej restauracji? – Ponad to cały czas przekazują mi jakieś ostrzeżenia i nie bardzo wiem co to może oznaczać.

- Dlaczego mówisz tak cicho? Kelnerki już dawno są na zapleczu.

- A ten mężczyzna z gazetą?

- Jaki mężczyzna? – odparła. – Nikogo oprócz nas tu nie ma.

- O, nie… – szybko spojrzałem na miejsce gdzie ostatnio widziałem mężczyznę z gazetą. Nadal tam był. Tylko, że teraz za czasopisma odezwał się chrapliwy głos:

- Idą tu, uciekaj – kiedy wymówił te słowa rozmył się w powietrzu razem z gazetą. Właściwie to raczej rozwiał się, jak proch rozsypany na wietrze.

- Musimy uciekać – odezwałem się do Lily wstając z miejsca.

- A obiad?

- Nie ma czasu. Musimy wiać.

Wyszliśmy z restauracji. Spojrzałem w prawo. Nagle stało się coś dziwnego. Wszystko dookoła zrobiło się niebieskie. Budynki, ulica, ludzie, zwierzęta oraz Lily. Tylko parę osób było wyjątkiem. Wśród niebieskiego tłumu zobaczyłem ludzi świecących na czerwono, co dziwniejsze, większość z nich okazała się ludźmi z cmentarza. Zmierzali w moją stronę. Złapałem Lily pod rękę i poszliśmy za róg restauracji. Gdybyśmy biegli od razu zwrócilibyśmy na nas uwagę facetów w bieli.

Znaleźliśmy się na węższej uliczce. Wzdłuż drogi ciągnęły się szare bloki. Nagle moją uwagę przykuł jeden budynek. Miał wielki neonowy znak ukazujący wywracającego się człowieka. Dochodziła stamtąd głośna muzyka, a ochroniarz z przed wejścia i tłum ludzi stojących niedaleko niego, utwierdził mnie w przekonaniu, że musi to być jakiś klub. Tylko dlaczego był otwarty w dzień?

Spojrzałem za siebie. Ludzie świecący na czerwono byli tuż, tuż za nami. Podjąłem decyzję.

- Schowajmy się w tym klubie!

Lily dziwnie na mnie spojrzała, ale poszła za mną. Szliśmy chodnikiem tak, aby być niewidocznymi w tłumie ludzi idących ulicą. W końcu doszliśmy do klubu. Znów spojrzałem za siebie. Teraz w naszą stronę zmierzały trzy grupki po siedmiu facetów świecących na czerwono. Jedni z lewej, drudzy z prawej, ostatni zagradzali przejście, którym tu weszliśmy.

Serce zaczęło mi mocniej bić, ale czas nie zwolnił. Podszedłem do drzwi klubu. Lily szła za mną. Ochroniarz nie zwrócił na nas uwagi, tak samo jak tłum stojący koło niego.

Kiedy znaleźliśmy się w środku uderzył w nas zapach zgnilizny.

- Salv… Dlaczego weszliśmy do tej rudery? – spytała mnie Lily.

Dla mnie nie wyglądała jak rudera, raczej jak zwykły klub. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Szliśmy dalej wymijając kelnerki i trochę wstawionych klientów. Znaleźliśmy się koło parkietu, ale nie tańczyliśmy.

- Chyba nas nie znajdą w tym tłumie – odezwałem się do Lily. Nie byłem pewien czy mnie usłyszała przez głośną muzykę dobywającą się z głośników.

- Patrz! – wskazała palcem na wejście. Stało tam dziewięciu facetów w bieli. Dla mnie nadal byli czerwoni, a otoczenie niebieskie. Szli w naszą stronę.

Nagle rozbolała mnie głowa. Ludzie w pomieszczeniu zaczęli krzyczeć i próbowali uciec z lokalu. Zobaczyłem jak płomienie powoli ogarniają pomieszczenie. Dziwne, ale ani Lily, ani faceci w bieli nie przejęli się tym, jakby tego ognia wcale tu nie było. Nagle ogień ogarnął już wszystko. Dziwne. Nie czułem wcale jego ciepła, nie wędrował również po moim ciele. Faceci w bieli dalej szli w naszą stronę, mieli już włożone ręce za pazuchę aby szybkim ruchem wyciągnąć pistolety. Ich ogień też nie dotykał w przeciwieństwie do ludzi, którzy wrzeszczeli ze strachu i miotali się aby ugasić płonące ubrania.

Nagle wszystko wróciło do normalnych kolorów. Ludzie z cmentarza już nie świecili na czerwono i co dziwniejsze ognia już też nie było. Tak samo jak klientów i kelnerów, a cały lokal wyglądał jak po pożarze, który odbył się tu lata temu. To musiała być wizja.

Faceci w bieli wyciągnęli pistolety. Wymierzyli je w nas, tworząc dookoła półkole.

- Nie próbuj uciekać Asasynie. Według paragrafu 344A mamy cię dostarczyć do Abstergo. Każdy akt sprzeciwu będzie traktowany jako zagrożenie i od razu tłumiony – powiedział jeden z nich wyciągając za pasa kajdanki.

- Asasynie? – powtórzyła Lily.

Nagle niebieski wzrok wrócił. Znów byłem w tym samym płonącym lokalu i słyszałem coraz bardziej makabryczne krzyki. Poczułem jak jeżą mi się włosy na karku i głowie, jak po palcach przechodzą małe płomyki. W pewnej chwili ogień, który widziałem na niebiesko zmienił kolor na swój oryginalny. Czerwone języki ognia ogarnęły pomieszczenie i facetów w bieli. Tym razem ogień był prawdziwy. Widziałem jak mężczyźni miotają się bezładnie, a ogień wędruje coraz wyżej po ich ciałach. Niektórzy padali na ziemię i próbowali ugasić płomienie. Bezskutecznie. Dziwne było również to, że ogień nie atakował mnie, ani Lily. Ona patrzyła z niemym strachem na płonących facetów w bieli, a ja czułem jakby to była moja wina.

- Uciekajmy – wziąłem ją za rękę. Świat znów wrócił do normalnych kolorów, ale ogień wcale nie zniknął. Pobiegliśmy w stronę wyjścia, które zagradzały nam płomienie. Machnąłem ręką, a one cofnęły się z przejścia. Wybiegliśmy z lokalu i uciekaliśmy ile sił w nogach. Nie zatrzymywaliśmy się. Nawet aby popatrzeć na pióropusze dymu wylatujące z klubu, ani na straże pożarne, które z jękiem syren śpieszyły się na miejsce pożaru.

***

- Nadal pasuje – zdziwiłem się przekręcając klucz w drzwiach. Myślałem, że zmienili już zamki.

Staliśmy na piątym piętrze w moim starym mieszkaniu mieszczącym się w podniszczonym bloku. Nie byłem tu od śmierci ojca, ale wiedziałem, że mieszkanie na pewno się nie zmieniło. Weszliśmy do środka. Ukazał się nam stary hol z żółtą tapetą na ścianach oraz schody prowadzące na drugie piętro. Z holu były dwa wejścia. Do salonu i kuchni. Łazienka i mój pokój znajdowały się na piętrze. Tato nie miał własnego pomieszczenia, ponieważ zbyt często przebywał poza domem. Czasami ze mną, czasami z niewiadomo kim. Jak już spał w domu, to na starej kanapie w salonie. Zawsze zasypiał przy włączonym telewizorze, więc płaciliśmy duży rachunek za prąd.

Lily usiadła w wielkim fotelu w salonie.

- Chcesz coś do picia? – spytałem ją. Przytaknęła.

Poszedłem do kuchni. Otworzyłem lodówkę. Prąd nadal był w mieszkaniu. Stwierdziłem to po zapaleniu światła w pomieszczeniu. Otworzyłem lodówkę. Były tam tylko stare jajka i sok pomarańczowy. Podniosłem go i spojrzałem na datę ważności. Minęła trzy dni temu, więc lepiej było nie ryzykować. Odstawiłem sok do lodówki.

Wróciłem do salonu.

- Nie ma żadnego… - umilkłem. Kiedy mnie nie było Lily włączyła telewizor. Leciały teraz wiadomości. Kamera pokazywała prezenterkę ze sztucznym uśmiechem na twarzy mówiącą do mikrofonu. Stała przed dobrze nam znanym budynkiem.

- „Jeszcze nie wiemy co było przyczyną pożaru, ale uważamy, że było to umyślne podpalenie” – mówiła spikerka. - „Policja nie potwierdziła domysłów, ale wyglądało to na walkę gangów. W środku znaleziono siedem spalonych ciał. Dziwnym zbiegiem okoliczności może być fakt, że w tym budynku wybuchł już kiedyś pożar, dokładnie dwa lata temu, kiedy to zginęło około czterdziestu ludzi…” – wyłączyłem telewizor i usiadłem na kanapie.

Zapadła cisza przerywana tykaniem starego naściennego zegara.

- Możesz mi to wszystko wyjaśnić Salv?! – odezwała się Lily. Jak do tej pory okazywała tak stoicki spokój, że ten wybuch mnie zdziwił.

- Sam tego do końca nie ogarniam – odparłem opierając swoją głowę na oparciu kanapy. Nogi położyłem na drugim jej końcu. – Jakaś grupa ludzi w bieli ściga mnie i próbuje mnie zabić. Widzę również zmarłych…

- A ten pożar? On po prostu się zmaterializował. Wyglądało to trochę jakbyś go wywołał wzrokiem – Lily nadal była przejęta, ale mówiła już trochę spokojniej.

- Bo tak miej więcej było. Za nim weszliśmy do klubu zacząłem wszystko widzieć na niebiesko. Ukazała mi się wizja przeszłości, tego momentu kiedy po raz pierwszy spłonął ten lokal i nie wiem jak ogień z tego wspomnienia przeniósł się do teraźniejszości – tak to przynajmniej zrozumiałem. Nie byłem tego wcale pewien.

- Dziwne… A ci faceci w bieli nazwali cię Asasynem? Jesteś jakimś zabójcą? – drożyła temat Lily.

- Nie! Na pewno nie. Nikogo nigdy nie zabiłem! Nie wiem dlaczego tak mnie nazwali – zastanowiłem się jeszcze chwilę. – Mówili, że są z jakiejś organizacji. Apstrego?

- Abstergo – poprawiła mnie Lily. – To firma farmaceutyczna, mająca też udziały w innych korporacjach, ale oni chyba nie mają prywatnej armii facetów w bieli, którzy nas ścigali.

- Hmmm… - myślałem. – Czy oni przypadkiem nie mają wieżowca w centrum?

- Mają. To ten biało-niebieski – odparła Lily. – Moja mama w nim pracuje razem z tatą.

Wstałem.

- To czas na małą wycieczkę.

- Co masz zamiar zrobić? – spytała Lily patrząc na mnie.

- Włamać się do tej firmy. Może się czegoś dowiem – miałem już zamiar wyjść, kiedy powstrzymała mnie Lily.

- To samobójstwo. Skoro chcą cię dopaść, tym bardziej powinieneś być jak najdalej od nich. Po za tym mają niesamowicie dobre zabezpieczenia. Jak chcesz się do nich włamać?

- Nie będą mnie chcieli złapać jeśli będą mnie brać za jednego z nich – odparłem tajemniczo. – W którym pokoju twoja mama trzyma kartę wstępu?

- Ech… Nie zatrzymam cię prawda?

- Nie – uśmiechnąłem się.

- Identyfikator trzyma w górnej szufladzie w swoim pokoju – odpowiedziała. Była smutna, ale wiedziała, że mnie nie powstrzyma.

Miałem już wyjść kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Oboje od razu pomyśleliśmy, że to faceci w bieli, ale po chwili zastanowiliśmy się, dlaczego po prostu nie wyważyli drzwi. To nie mogli być oni. Więc kto?

Podeszliśmy do drzwi. Położyłem dłoń na klamce. Nie było wizjera w drzwiach aby sprawdzić kto jest za nimi. Wziąłem głęboki oddech i otworzyłem wrota. Byłem przygotowany na najgorsze, więc zdziwił mnie listonosz.

- Eeee… dzień dobry, państwu – powiedział. Dziwnie się na nas patrzył. Ciekawe dlaczego? – Mam paczkę dla pana Salvation'a.

- To ja – odparłem. Człowiek, który podał mi paczkę na pewno nie był jakimś szpiegiem. Nie potrafię wam tego wytłumaczyć, ale po prostu to wiedziałem. Listonosz podał mi kartkę, a ja pokwitowałem odbiór. Podpisałem się jak mój tato, aby w razie czego nie wiedzieli, że to ja odebrałem paczkę. W końcu na pewno ściga mnie urząd do spraw nieletnich. Listonosz pożegnał się, a Lily zamknęła drzwi.

Wróciliśmy do salonu. Położyłem paczkę na małym stoliku przed kanapą.

- Co to może być? – spytałem. W końcu nie spodziewałem się dostać żadnego prezentu, a nie sądzę, że zmarli postanowili komunikować się ze mną za pomocą paczek. Zresztą jakby je wysłali?

- Przekonamy się jak otworzysz – odparła Lily. Aż ją korciło aby otworzyć. Nie umiała wytrzymać kiedy coś ją bardzo ciekawiło.

Rozerwałem taśmę na górze paczki i otworzyłem ją. Pierwsze co ukazało się moim oczom było jakimś białym ubraniem. Wyciągnąłem je z paczki. Była to biała bluza z czerwonymi akcentami. Na plecach miała wyszytego czarnego orła. Od razu ją założyłem.

- Ładna bluza – stwierdziła Lily.

Moja przyjaciółka sięgnęła do paczki i wyciągnęła dwie rękawice. Były cienkie i właściwie były tylko rzemykami z jakimś mechanizmem poniżej. Położyła je koło paczki. Nie wiedzieliśmy do czego mają właściwie służyć, więc lepiej nie było jeszcze ryzykować.

Ostatnie dwie rzeczy wyciągnąłem ja. Pierwszym czymś była pożółkła tkanina, a drugim ręcznie napisana notatka. Była krótka.

- „Przepraszam za wszystko. Uciekaj z miasta. Znajdą cię. J.S.” – przeczytałem na głos.

- J.S.? – spytała moja przyjaciółka biorąc pożółkłe płótno w ręce.

- James Salvation – odparłem. – Mój tata.

Wstałem. Notatka była dość prosta do zrozumienia, ale można było ją zrozumieć na dwa sposoby. „Znajdą cię” może odnosić się zarówno do ludzi w bieli, jak i kogoś innego.

Podniosłem rękawice i założyłem je. Były lekkie i łatwo ukrywały się w rękawach bluzy. Przy zakładaniu lewej rękawicy wykonałem pewien gest. Nagle wysunęły się z niej dwa ostrza. Oba srebrne z ładnym grawerunkiem nawiązującym do orłów. Kiedy ten sam gest wykonałem prawą ręką znów wysunęły się ostrza tylko, że tym razem z drugiej rękawicy.

- Fajne – powiedziałem chowając ostrza.

- Łatwo się domyśleć do czego służą – odparła Lily. Ja też się domyślałem.

- Masz dokąd pójść? – spytałem moją przyjaciółkę.

- Mogę iść do domu.

- Nie, faceci w bieli pewnie się kręcą gdzieś w okolicy – odparłem. – Mam na myśli miejsce, w którym ich nie spotkasz.

- Pójdę do cioci. Mieszka przy River Street.

- Dobra – odparłem podchodząc do drzwi. – Spotkamy się za dwie godziny.

Uśmiechnąłem się do niej i wyszedłem z mieszkania z dziwnym przekonaniem, że czegoś zapomniałem. Dotknąłem medalionu wiszącego u mojej szyi. Założyłem kaptur, ponieważ zaczęło padać na dworze.

***

Znokautowałem trzech facetów w bieli kiedy wszedłem do domu Lily. Było dość zabawnie. Jednego powaliłem drzwiami kiedy wchodziłem do mieszkania. Drugiego zrzuciłem ze schodów wchodząc na drugie piętro, a ostatniego podtopiłem w toalecie koło pokoju taty Lily, po czym udałem się do pokoju pani Travis. Jej pokój był mdląco różowy z mnóstwem ozdóbek. Może pracowała w poważnej firmie, ale jej pokój wcale na to nie wskazywał. Podszedłem do szafki koło biurka zagraconego papierzyskami i otworzyłem górną szufladę. Wyjąłem z niej identyfikator i schowałem do kieszeni. Potem wyszedłem z pomieszczenia. Stanąłem w holu jeszcze za nim zszedłem po schodach. Zastanowiłem się nad kwestią przebrania i wróciłem do pokoju pana Travis'a. On też pracował w tej samej firmie co żona. Tak właśnie się poznali. Zacząłem zastanawiać się nad tym, czy aby przypadkiem ten jego wypadek w Nowym Jorku wcale nie był wypadkiem, tylko dobrze zaplanowanym strąceniem ze stanowiska. Pan Travis był jednym z siedmiu szefów zarządu i często pokazywano go w telewizji. Ostatnim czasem zaczął prowadzić własną politykę poprawiającą jakieś tam metody w pracy, co bardzo nie spodobało się pozostałym szefom. Zapewne po to chcieli się go pozbyć. Zabawne w tym wszystkim było to, że pan Travis był na trzydziestym czwartym miejscu najbogatszych ludzi na świecie, a jednak mieszkał w starej kamienicy przy Garden Fools. Co prawda tak, jak każdy biznesmen, nie miał czasu dla swojej rodziny, ale to i tak zabawne.

Przeszukałem szafę taty Lily. Znalazłem to czego szukałem. Biały kitel. Założyłem go i zapiąłem tylko dwa guziki, tak aby zasłaniały moją bluzę. Z szafki nocnej zabrałem okulary i włożyłem do kieszonki na piersi. Identyfikator zawiesiłem na szyi, a wisiorek mojej mamy schowałem za kołnierz. Wyszedłem z pokoju pana Travis'a i zszedłem po schodach. Zobaczyłem jak jeden z facetów w bieli powoli się budzi. Znów przyłożyłem mu w skroń. Padł na podłogę. Zanim wyszedłem z mieszkania wziąłem parasol z wieszaka.

***

Deszcz uderzał o parasol. Stałem przed wieżowcem firmy Abstergo. Nad głównymi drzwiami znajdowało się ich logo. Trzy równoległoboki tworzące jakby trójkąt. Sam wieżowiec był trzecim największym budynkiem w mieście. Wyższe od niego były tylko budynki takie jak Transamerica Pyramid i 555 California Street. Duży i prostokątny z dwiema iglicami wychodzącymi ze szczytu. W miejscu, z którego wychodziły, aż do jednej trzeciej budowli znajdowały się szklane korytarze łączące lewą i prawą część budowli. Z tego co pamiętam, to od trzydziestego ósmego piętra, aż do szczytu mieścił się Mandarian Oriental Hotel, ale potem został wykupiony przez Abstergo. Tak samo jak piętra biurowe i część gdzie znajdowały się sklepy. Budynek został przerobiony na drugą siedzibę korporacji Abstergo jakieś dwa lata temu. Było o tym głośno w telewizji. Nie pamiętam gdzie mieściła się ich główna siedziba, ale chyba gdzieś na wschodzie.

Wszedłem do środka. Hol był olbrzymi. Za recepcją znajdowała się wielka fontanna, a dalej kolejne logo Abstergo. Po bokach, koło kolumn znajdowały się windy. W holu było dużo ludzi. Większość ubrana w taki sam kitel, który miałem na sobie. Gdzieniegdzie stali ochroniarze w niebieskich strojach z wysuwanymi pałkami przy pasach. Nigdzie nie było facetów w bieli. Zdziwiło mnie to, że w pomieszczeniu było około piętnastu kamer, a żadna nie patrzyła na mnie. Kiedy się przemieszczałem, one również to robiły tak aby na mnie nie patrzeć.

Podszedłem do pierwszej lepszej windy. Wcisnąłem guzik przy drzwiach. Czekałem. Nagle poczułem dziwny chłód. Zjeżyło mi włosy na karku. Spojrzałem w prawo. Stała tam ta sama zjawa, którą spotkałem na cmentarzu. Nadal był w białym stroju z kapturem, ubrudzony we krwi. Twarz nadal bezkształtna, a wzrok rozmyty.

- Masz szansę jeszcze się wycofać – odezwał się charcząc.

- Muszę poznać prawdę.

- Nic nie jest prawdą – odparła zjawa.

- Zakładam, że jesteś jednym z tych Asasynów – odparłem.

- Byłem. Tak samo jak twój ojciec i twoja matka. Nie popełniaj ich błędu. Odejdź – zjawa razem ze mną wpatrywała się w drzwi windy.

- Chcę poznać prawdę – nie dawałem za wygraną.

Kiedy to powiedziałem zjawa złapała mnie za fraki i swoim upiornym wzrokiem spojrzała mi prosto w oczy.

- Odejdź i chroń artefakt! – kiedy to powiedział zniknął. Drzwi windy otworzyły się.

Wszedłem do środka. Wcisnąłem guzik oznaczony czerwoną kropką. Na ekranie obok pojawiła się prośba: „Przyłóż identyfikator”. Zrobiłem jak głosił napis. Kiedy drzwi się zamknęły z głośników odezwał się głos: „Witamy pani Travis”.

Winda ruszyła w górę, a mi nie dawało spokoju to co powiedział duch. „Chroń artefakt!” Jaki artefakt? Dotknąłem swojego medalionu. Zacząłem zastanawiać się już nad wszystkim, bo wszystko mi się już plątało. Nie widziałem sensu w tym wszystkim.

W końcu winda stanęła. Znalazłem się na piętrze, gdzie wszędzie znajdowały się boksy z pracownikami. Tutaj faceci w bieli zastąpili ochroniarzy. Wyszedłem z windy. Nagle znów włączyło mi się to widzenie na niebiesko. Powinienem to jakoś lepiej nazwać. Tak czy siak, znów wszystko, co widziałem było niebieskie z wyjątkiem dwóch rzeczy. Facetów w bieli, którzy świecili na czerwono i drzwi na samym końcu sali, które świeciły na złoto.

Starałem się iść między boksami tak aby nie rzucać się w oczy. Łatwo było mi unikać facetów w bieli ponieważ ten niebieski wzrok sprawiał, że wszyscy zostawiali czerwone ślady w miejscach gdzie postawili krok. Dzięki temu wiedziałem jakie koło zataczali po pomieszczeniu. Wreszcie znalazłem się przy drzwiach. Koło nich znajdował się terminal z guzikami opatrzonymi dziewięcioma cyframi. Najwyraźniej te drzwi potrzebowały jakiegoś kodu aby je otworzyć. Kiedy się nad tym zastanawiałem coś dziwnego przykuło moją uwagę. Dziwna, niebieska, lekko przeźroczysta postać w białym kitlu idąca w moją stronę. Na pewno nie była zjawą, bo nie miała żadnych urazów wskazujących na to, że jest martwa. Podeszła do terminalu i wpisała pięciocyfrowy kod. Drzwi się nie otworzyły, ale ona przez nie przeszła. Teraz ja zbliżyłem się do terminalu. Wystukałem tę samą kombinację, która przed chwilą wbiła zjawa. Drzwi otworzyły się z pyknięciem. Wszedłem do środka, a one zamknęły się za mną.

Znalazłem się w wielkim pomieszczeniu, którego trzy ściany były ze szkła. Widziałem stąd centrum miasta i parę innych wieżowców pogrążonych w potężnej ulewie. Ciemne chmury całkowicie zasłoniły słońce. Na końcu pomieszczenia znajdowało się nowoczesne biurko, a za nim wygodne, czarne krzesło. Na środku podłogi wygrawerowany był znak Abstergo. Nagle zauważyłem tą samą wizję, która próbowała poprzednio otworzyć drzwi. Była teraz wyraźniejsza i mogłem stwierdzić, że była to kobieta. Stała dokładnie na znaku Abstergo. Nagle za biurkiem zmaterializowała się inna osoba. Był to ten staruch, który złapał mnie na cmentarzu. Mówili o czymś, ale niczego nie rozumiałem. Ich mowa brzmiała jak przytłumione dźwięki wydawane przez rozregulowany telewizor. Im dłużej kobieta mówiła tym bardziej staruch był niezadowolony. Zaczął krzyczeć. Wtedy kobieta położyła jakieś papiery na biurku. Staruch się uśmiechnął, ale to raczej przypominało drwinę. Nagle wyciągnął pistolet za pazuchy swojego kitla. Wycelował w kobietę. Zdawało mi się, że przez chwilę usłyszałem jej błagania o litość. Staruch pokazał pistoletem, że ma podejść do okna.

Kobieta posłuchała i stanęła przed wielką szklaną ścianą. Miała ręce lekko uniesione w górę. Powiedziała jakieś ostatnie słowa. Staruch jej odpowiedział po czym wystrzelił ze swojej broni. Pocisk trafił w czoło kobiety, a ona wyleciała przez okno. Oczywiście okno nie rozbiło się. Wizja zniknęła kiedy kobieta znalazła się w połowie drogi do ziemi. Widziałem jak staruch rozmywa się w powietrzu chowając notatki do szuflady biurka.

Według mnie to była najbardziej makabryczna rzecz jaką widziałem. Wiem, w horrorach można zobaczyć większą rzeź, ale kiedy wie się, że to wszystko wydarzyło się naprawdę to coś człowieka ściska w dołku. Niebieski wzrok zniknął, a świat odzyskał normalne kolory. Za nim jednak to się stało zauważyłem, że biurko zaczęło świecić złotym światłem. Podszedłem do niego. Otworzyłem szufladę, którą zamknął staruch. Dziwne było to, że te same papiery, które dała mu kobieta były w tym samym miejscu. Zacząłem je przeglądać.

Opisywały ostatnie poszukiwania jakiegoś mężczyzny. Opis był dość krótki: blond włosy mężczyzna ze skłonnościami do masowych mordów. Były tutaj również jego cztery zdjęcia. Przedstawiały to samo, ale zawsze innego dnia i o innej porze. Ukazywały jak ten blond włosy mężczyzna stoi przed moim mieszkaniem. TO było dość dziwne. Następne papiery były o mnie. Tutaj opis był szczegółowy, a zdjęć tyle, że założyli osobną teczkę. Od razu, bez przeglądania wrzuciłem je do kosza, wyciągnąłem zapalniczkę i wrzuciłem do środka. W koszu zaczęły tańczyć płomienie ogarniając informacje o mnie. Następna część papierów opisywała jakieś działania w okręgu Nowego Jorku i Las Vegas. Nie wiem o co chodziło, ale papierzyska wyglądały jakby miały z osiemdziesiąt lat. Ostatnia kartka przykuła moją uwagę. Był to skrupulatne opisy budowy jakiegoś mechanizmu. Tą kartkę schowałem do kieszeni.

Nagle usłyszałem pyknięcie. Podniosłem wzrok, a moim oczom ukazali się ludzie wbiegający do pomieszczenia. Jedenastu facetów w bieli. Wszyscy mieli karabiny, nie pistolety. Podniosłem ręce do góry. Teraz do biura weszły kolejne osoby, te się już nie śpieszyły. Pierwszym był ten staruch, a za nim szło trzech ochroniarzy, którzy trzymali…

- Lily! – krzyknąłem widząc moją przyjaciółkę.

- Witam, panie Salvation – odezwał się staruch wyciągając pistolet za pazuchy. Identycznie jak w wizji. – Miło nam, że dobrowolnie wszedłeś do jaskini lwa.

- Czego ode mnie chcecie? – spytałem.

- To oczywiste – odparł staruch. – Chcemy artefaktu. Dobrze wiemy, że ma go pan.

- Artefakt… - moja ręka powędrowała do medalionu. Nagle coś sobie uświadomiłem. Spojrzałem na wisiorek.

- Oddawaj go, chłopcze – powiedział staruch podchodząc do okna. Stanął dokładnie w tym miejscu gdzie wypadła ta kobieta z wizji.

- Chcesz go? – spytałem ironicznie. Szybko zerwałem medalion z szyi i ręką wybiłem szybę w wielkim oknie. Wystawiłem dłoń razem z wisiorkiem na zewnątrz. – To może po niego pójdziesz, aż na sam dół?!

- Nie! – tym razem widziałem, że staruch się przejął. Wiedział, że jeśli da znak swoim ludziom do oddania serii, medalion spadnie z trzydziestu metrów, a wtedy już go nie znajdą. – Oddaj go po dobroci, albo ona zginie!

Teraz staruch wskazał na swoich ochroniarzy. Przysunęli Lily bliżej niego, a on wycelował w nią z pistoletu. Strasznie się bała. Tak samo jak tak kobieta z wizji. Wizja! Coś właśnie sobie przypomniałem.

Skupiłem wszystkie swoje siły i myśli na tym strasznym wydarzeniu jakie odbyło się tu wcześniej. Czas zwolnił, a wszystko znów stało się niebieskie. Koło mnie pojawił się drugi staruch, a pierwszy stał dokładnie przed kobietą, która błagała o litość. Teraz słyszałem jej zawodzenia dokładniej.

- „Ja mam syna…” – stała się też wyraźniejsza i uświadomiłem sobie, że to moja mama.

Wezbrała we mnie olbrzymia złość i dziwne iskierki zaczęły wędrować po moich palcach. Nagle wizja stała się jeszcze wyraźniejsza. Nabrała kolorów. Starucha teraz nie można było odróżnić od tego, który celował do Lily i mówił coś do mnie, ale go nie słyszałem. Moja mama, również odzyskała kolory. Czerń swoich włosów, jak i czerwień swej sukienki oraz biel kitla. Zasłaniał ją staruch, więc nie mogłem się jej lepiej przyjrzeć, ale wyglądała tak jak ją zapamiętałem. Wezbrały mi łzy w oczach.

- „Przykro mi, pani Salvation” – odparła wizja starucha, po czym wystrzeliła. Kula powoli uderzyła w czoło. Nie w czoło mojej mamy, ale w czoło starucha mierzącego do mojej przyjaciółki.

Wszystko wróciło do normalnych kolorów, ale nie wszystko było normalne. Zobaczyłem jak faceci w bieli cofają się od ciała swojego szefa. Wszyscy opuścili broń. Ochroniarze puścili Lily, która od razu do mnie podbiegła. Najdziwniejsze jednak w tym wszystkim było to, że koło okna za ciałem starucha stała moja mama. Uśmiechała się do mnie. Widziała mnie. Nagle rozbłysło jasne światło, które ogarnęło całe pomieszczenie, rozświetlając jego mrok. Poczułem jak ziemia osuwa mi się z pod nóg. Moja świadomość też jakby odlatywała. Straciłem przytomność.

***

Obudziłem się w łóżku. Swoim łóżku. To było moje mieszkanie.

Wstałem. Byłem ubrany w zwykłą białą koszulkę i dżinsy. Jak przez mgłę przypomniałem sobie, co się działo za nim ogarnęło mnie jasne światło. Otworzyłem drzwi pokoju i wyszedłem na korytarz. Miałem nadzieję, że Lily nic się nie stało. Może to ona przyniosła mnie tutaj.

Nagle moją uwagę przykuło coś dziwnego. Na piętrze było o trzy pokoje więcej, a cały dom był czystszy. Po schodach zszedłem na dół i poczułem przyjemny zapach pieczeni.

- Obiad! – odezwał się dobrze mi znajomy głos.

Padłem do kuchni i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Przy stole siedział tata i czytał gazetę. Mama w szlafroku stała przy kuchence i z dużego garnka wyjmowała kotlety na talerz.

- Tato… Mamo… - ledwo wydukałem te słowa.

- O co chodzi, synku? – spytał tata opuszczając gazetę.

Trudno powiedzieć jak bardzo się cieszyłem. Przytuliłem się najpierw do taty, potem do mamy. Oni zdziwieni - patrzyli na mnie. Nie wiedzieli o co chodzi, ja też za bardzo nie rozumiałem.

- Jesteś chory? – spytał tata.

- Nie – usiadłem do stołu. Miło było znów zasiąść przy rodzinnym stole.

- Ty jeszcze nie ubrany? – spytała mama patrząc na mnie i nakładając ziemniaki na talerz ojca i mój. – Przecież po obiedzie umówiłeś się z Lily…

Zmieszałem się. Trochę trudno było się ze wszystkim oswoić i byłem ciekawy, czy Lily też pamięta wszystko, co się wydarzyło w wieżowcu Abstergo. Prawdopodobnie nie, z racji, że zmieniłem czasoprzestrzeń.

Obiad zjedliśmy spokojnie. Czasami żartując i opowiadając sobie co nam się przytrafiło w tym tygodniu. Ja cały czas patrzyłem to na jednego, to na drugiego rodzica. Widziałem w ich spojrzeniu, że zastanawiali się o co mi chodzi.

Po obiedzie przebrałem się w lepsze ubranie. Zdziwiłem się kiedy znalazłem w szafie swoją bluzę, którą dostałem paczką. Od razu się w nią przebrałem. W lewej kieszeni znalazłem plany tego dziwnego mechanizmu. Od razu schowałem je do miejsca skąd je wyciągnąłem.

Miałem jeszcze trochę czasu za nim przyjdzie Lily, więc poszedłem do salonu. Zmienił się nie do poznania. Można było zauważyć w wystroju wkład kobiecej ręki, ale nie to było dziwne, tylko to, że na stoliku leżała pożółkła tkanina, teraz mieniąca się w promieniach słońca. Podniosłem ją, a z niej buchnęły jasne promienie. Złote nitki ogarnęły salon. Rodzice z kuchni niczego nie zauważyli.

- Czyli to jest ten artefakt! – kiedy to powiedziałem, usłyszałem dzwonek u drzwi. Światło wydobywające się z płótna znikło. Odłożyłem je na stolik.

Podszedłem do drzwi i otworzyłem je. Moim oczom ukazała się Lily. Miała krótsze włosy związane w kucyk.

- Ładna bluza – stwierdziła Lily. – Idziemy?

- Jasne – odparłem. Kiedy zamykałem za sobą drzwi zobaczyłem białą postać siedzącą na kanapie w salonie. Była to ta sama zjawa, którą widziałem wtedy na cmentarzu. Na jej zakrwawionych ustach pojawił się uśmiech. A mgliste oczy wyglądały jakby się cieszyły. Pokazał mi kciuk do góry. Zamknąłem za sobą drzwi mieszkania.

  • Autor: Crash72
  • Data dodania: 09-01-2012
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (4)

1. Crash72710-01-2012, 14:38Wszystkim, którzy przeczytali opowiadanie i im się podobało proszę o dobry komentarz. Jeśli nie mogą go wstawić dziękuje za samo przeczytanie :D Jeśli wam coś się nie podobało lub czegoś zabrakło piszcie. Zależy mi na wskazania plusów i minusów opowiadania.
2. Nihilus10-01-2012, 23:20Dlaczego San Francisco? Dlaczego Zbawienie? Co to za FE? I DLACZEGO LILY MIALA KROTSZE WLOSY!? Clifhangery jak w oryginalnym AC... Swietnie przemyslane i przede wszystkim napisane opowiadanie!
3. rafik192021116-01-2012, 15:12super, niezłe opowiadanie.
4. NeroAquila719-06-2012, 20:48brawo,bardzo wciągające ;)

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
300
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza