Zakon Assassin's Creed


Pamiętnik Obiektu 18.

Dzień 1.

12 Lipiec 2013r.

Nazywam się Michael Rewor, lecz oni mówią na mnie Obiekt 18. Dwa tygodnie temu zostałem schwytany i uwięziony przez organizację, której istnienia nie byłem świadom. Organizacja ta nazywa się Abstergo. Tak, nie przewidziałeś się, ja również byłem pewien, że to tylko gra... Myślałem tak do momentu, w którym wyważyli drzwi wejściowe mojego domu i w środku nocy zgarniając mnie na wpół przytomnego z łóżka, wywlekli do furgonetki. Długo tkwiłem w przekonaniu, że to tylko sen, jednak teraz już wiem, że to rzeczywistość. Czuję chłód celi, w której zapewne przyjdzie spędzić mi ostatnie chwile mojego życia. Jest tu inaczej niż pokazywała to gra. Nie ma tutaj wygodnego, dwuosobowego łóżka, nie mam dostępu do prysznica czy szafy, jest tylko prycza, której sprężyny są tak zużyte, że już się nie odkształcają, wygląda tak, jakby na niej przede mną leżał cały oddział wojskowy. Nie ma nawet głupiego biurka, na którym mógłbym pisać swój pamiętnik. Pamiętnik... Tylko to mi zostało, tylko na to mi pozwalają, zapewne gdy już ze mną skończą, spalą go, żeby nikt się nie dowiedział o tym miejscu i o tym, co tu się dzieje. Krążą pogłoski, że komuś udało się stąd uciec... Mówili na niego Obiekt 17. Pierwsze nazwisko jakie przyszło mi do głowy, to Desmond Miles, lecz szybko przywrócono mnie do ładu metalową pałką, co było wyraźną wskazówka, iż to drażliwy temat wśród pracowników.

Dziś nie widziałem nikogo oprócz tych dwóch oprychów z pałkami, którzy cały czas mnie pilnują. Pomyślałem – pewnie podwoili straże po ostatniej, udanej ucieczce.Zatem szanse na moje przedwczesne zwolnienie z tego wariatkowa spadły niemal do zera. Chwilowo przerywając pisanie zauważyłem, że strażnicy o czymś mówią. Nie jestem w stanie nic usłyszeć, bo jeszcze mi szumi w głowie po ciosie wymierzonym pałką przez jednego z nich, ale z gestykulacji i zachowania obydwu można wywnioskować, że o coś się kłócą. Nagle ich dyskusja ucichła, jeden z nich zmierza w moją stronę, wyjmuje pałkę... Tekst nagle się urywa.

Dzień 2.

13 Lipiec 2013r.

Moja głowa... Czy oni nie wiedzą, że ofiara się gubi po uderzeniu w głowę? – pomyślałem. Gdy się ocknąłem pilnował mnie już tylko jeden strażnik. Ten „łagodniejszy”. Próbowałem wyciągnąć od niego jakieś informacje, lecz on milczał jak grób – przynajmniej nie okłada mnie pałką – przeleciało mi w myślach. Widząc, że moje starania idą na marne, zacząłem się zastanawiać czego oni tak naprawdę mogą chcieć ode mnie... Przecież nie jestem Asasynem, jestem zwyczajnym studentem medycyny. Moje rozważania przerwało wejście jakiegoś człowieka do celi, w której byłem przetrzymywany. Był on średniego wzrostu, włosy krótkie, postawione na żel, ubrany w czarne, garniturowe spodnie i białą koszulę. Musiał być kimś ważnym, bo na jego widok strażnik, aż podskoczył z krzesła, a minę miał taką, jakby zobaczył przed chwilą ducha. Zwracał się do niego „Panie Doktorze”, pomyślałem sobie – No nie, jeszcze tylko tego brakuje żeby mnie pokroili.

Przez chwilę rozmawiali o moim zachowaniu. Ponoć nie sprawiam kłopotów. Na usta, aż rwało mi się słowo „jeszcze”, ale wolałem to przemilczeć, w obawie o swoją głowę... W końcu nieznajomy podszedł do mnie, przedstawił się jako Dr Eric Suchy. Z lekką ironią zapytałem co u Warrena, a on, ku memu zdziwieniu ze stoickim spokojem odpowiedział, że większość nazwisk, które znam z gry zostały wymyślone tylko i wyłącznie na jej potrzeby, a sama gra stworzona została po to, by rozładować narastające napięcie i zainteresowanie firmą oraz prowadzonymi przez nią eksperymentami. Na koniec, już odwrócony do mnie placami powiedział – Niech Pan się dobrze wyśpi Panie Rewor, jutro pierwsza sesja.

Od razu pomyślałem o Animusie, lecz po tym czego się dziś dowiedziałem, niczego nie jestem już pewien. Po wyjściu doktora z celi, wrócił mój dobry znajomy... Pałkarz. Moje myśli nie dawały mi spokoju... Co to za sesja? Czego oni chcą? Byłem ciekaw, a zarazem bałem się. Nie mam zamiaru znów obrywać, lepiej położę się spać – pomyślałem.

Dzień 3.

14 Lipiec 2013r.

Trzeci dzień był dla mnie dniem wyjątkowym, jeśli można tak nazwać trzeci dzień pod kluczem... Dowiedziałem się kim jest mój przodek. Ale zacznijmy od początku, czyli od rana. Gdy się obudziłem, byłem w celi całkiem sam, tak jakby Eric nabrał do mnie zaufania. Chwilę później okazało się jednak, że to nie ma nic wspólnego z zaufaniem, po prostu zamontowali w celi dwie kamery podczas mojego snu. Nie było mi dane długo pobyć w samotności. Po chwili do "klatki", którą śmiem żartobliwie nazywać pokojem, wszedł Dr Eric - Dzień dobry Panie Rewor, zapraszam za mną - powiedział. Ruszyłem, towarzyszyła mi ciekawość, ale również i strach, sam nie wiem, co było silniejsze. W końcu trafiłem do pomieszczenia, w którym znajdował się Animus. Nie przypominał on tego z gry, wyglądał jak krzesło elektryczne. Długo stałem i patrzyłem na tę machinę, nie bacząc na to, co mówi doktor, aż w końcu wyrwano mnie z zadumania, i siłą posadzono na Animusie. Przywiązano nogi i ręce do krzesła, po czym w me nadgarstki wsunęły się dwie igły.

- Niech się Pan nie boi, pobieramy Pańskie DNA. - Powiedział Dr Suchy.

Gdy maszyna skończyła pobierać DNA, igły się wysunęły i oswobodzono mnie z więzów.

- Teraz wczytamy jedno ze wspomnień Pana przodka. - Kontynuował doktor.

Po załadowaniu wspomnienia nie mogłem uwierzyć własnym oczom... Cofnąłem się do roku 1304. Mój przodek był... Był Templariuszem! Nazywał się Hugo de Pairaud i był doradcą króla. Po akcencie można wywnioskować, że pochodzi on z Francji.Nie mogę w tej chwili napisać o nim czegoś więcej, gdyż maszyna, na której mnie posadzili była dopiero prototypem i podczas sesji wystąpiły problemy z chłodzeniem, co spowodowało wyrzucenie mnie z wirtualnego świata.Tak krótka chwila w Animusie wyczerpała mnie fizycznie i aż boję się, co będzie kiedy przyjdzie mi dłużej w nim siedzieć.

Dzień 4.

15 Lipiec 2013r.

Dzień zapowiadał się, na jeden z tych „lżejszych”. Poinformowano mnie, że cały popołudnie zajmie "ujarzmienie" Animusa. Ludzie stali się dla mnie milsi, w szczególności strażnicy, którzy już nie używają mojej głowy do testowania własnej broni.

Dostałem też większy pokój, który bardziej przypominał ten z gry. Wygodne łóżko, szafa, łazienka z prysznicem i nawet własny barek. Czy to zasługa przodka Templariusza? Powinienem się cieszyć, lecz daleko mi do tego. Osobiście wolałbym, żeby moim przodkiem był asasyn. Wolałbym stać po tej dobrej stronie... Ale kto wie jak jest naprawdę, może asasyni, to Ci źli? Dostałem większy pokój, lecz nie dostałem swobody, dalej jestem trzymany pod kluczem. Kolejną „zaletą” dzisiejszego dnia jest to, że poznałem pewną kobietę. Na identyfikatorze widnieje imię Klaudia, lecz wszyscy zwracają się do niej „Kali”.Przychodzi do mnie, aby sprawdzać jak Animus wpływa na moje zdrowie psychiczne. Dba o to żebym nie zwariował, ale po tym co zaobserwowałem, to chyba ona ma jakieś problemy. Podczas pierwszej wizyty najmniej czasu poświęciła mojej osobie, miałem wrażenie, że bardziej interesuje ją pokój, w którym jestem przetrzymywany niż to, co dzieje się w środku mojej głowy. Ona coś kombinuje. Tylko jeszcze nie wiem co.

Dzien 13.

24 Lipiec 2013r.

Dziś moje urodziny, wszystkiego najlepszego Michael. Animus już dawno naprawiony. Jestem już po kilku grubszych sesjach, co przyniosło za sobą coraz częstsze odwiedziny tajemniczej kobiety. Ponoć sesje nie wpływają negatywnie na moją psychikę, lecz ja odczuwam co innego. Często miewam koszmary i budzę się zlany zimnym potem. Na ciele pojawiły się dziwne symbole. Zaczynają się zaraz przy nakłuciach i z każdym dniem powiększają się. Uspokajano mnie, że to nic takiego, że to moje dziedzictwo... Dzięki Wam bardzo za takie dziedzictwo. Zawiodłem się, co do swojego przodka.

Był on w posiadaniu Fragmentu Edenu, bliżej znanego jako Jabłko. Dzięki niemu mógł manipulować królem, a ten będąc pod wpływem FE mianował Hugo swoim zastępcą jak i następcą. Hugo był nieudacznikiem, co potwierdza fakt, iż FE został mu skradziony przez jakiegoś Włocha... Nic ciekawego. W tym momencie zorientowałem się, iż nie jestem już potrzebny i po raz pierwszy poważnie pomyślałem o próbie ucieczki.

Pewności siebie dodał mi list, który znalazłem rano na stole. Osoba, która go napisała musiała być po przeciwnej stronie barykady, a jednocześnie mieć swobodny dostęp do pokoju, w którym „przebywam”, może asasyn? W liście było wyraźnie napisane, że niedługo będę wolny i poznam swe prawdziwe przeznaczenie. Po przeczytaniu musiałem spalić list, wedle życzenia adresata, na szczęście dołączył zapalniczkę. Dlaczego asasyni mają zamiar odbić templariusza? Na to nie jestem w stanie teraz sobie odpowiedzieć.

Dzień 15.

26 Lipiec 2013r.

Od dwóch dni nie miałem sesji w Animusie. Dr Eric przestał budzić mnie z rana, co akurat można zaliczyć na plus. Oni coś knują. Tylko jedna osoba odwiedza mnie dzień w dzień, bez żadnych przerw, to Kali. Jest bardzo ładna, ale małomówna. Każde pytanie z mej strony zostaje bez odpowiedzi. Lecz nie to jest najważniejsze, tego dnia wydarzyło się coś, co prawdopodobnie uratowało mi życie, a zarazem diametralnie je zmieniło. Z samego rana do pokoju wpadła Kali. Z miną poważną jak nigdy, ubrana była w obcisły, czarny kostium i okulary. Na łóżko rzuciła mi taki sam zestaw i kazała się szybko przebrać. Po tym, jak już się przebrałem, powiedziała, że to ona napisał list i, że właśnie nadszedł dzień, w którym poznam swoje prawdziwe pochodzenie.

Miałem tyle pytań... Lecz nie było czasu, musieliśmy szybko dostać się na dach, a za kilka minut Eric miał rozpocząć swój cotygodniowy obchód. Bez chwili zastanowienia wbiegliśmy do windy, która doprowadziła nas na sam dach, jednak po dotarciu na górę czekała na nas niespodzianka... Dr Eric Suchy... On już tam na nas czekał, nie sam, ale z całą zgrają strażników. Pozwolę sobie przytoczyć rozmowę między Klaudią, a Dr Suchym.

- Nie spodziewałaś się tego, co? Coś mi w Tobie nie pasowało, gdyby nie rozkaz z góry, nigdy nie przyjąłbym Cię do tej roboty, a wiesz czemu? Bo śmierdzisz szpiegiem na mile. Na przyszłość pamiętaj, że należy wyłączyć kamery przed próbą ucieczki... Lucy była mądrzejsza...
Klaudia z pewnością siebie odparła:

- Spodziewałam się Eric... Spodziewałam.

Wzniosła rękę do góry z zaciśniętą pięścią, a zza budynku naprzeciw wyłonił się helikopter.

- Biegnij! – krzyknęła do mnie Kali.

Nie zastanawiając się ruszyłem czym prędzej w stronę helikoptera. Głupi ten, kto pomyślał, że doktor stał i patrzył jak uciekamy. Wysłał swych ludzi aby Ci zagrodzili nam drogę, udało im się. Zostaliśmy otoczeni przez liczną grupę strażników, a doktor obserwował wszystko z boku, z uśmiechem na twarzy.

- No, Michael pokaż czego nauczyłeś się w Animusie. – powiedziała Klaudia.

Nie czekając na ruch przeciwnika, wpakowałem mu pięść prosto w twarz, po czym zabrałem pałkę i szybkim ruchem położyłem na ziemię kolejnego, nadbiegającego z tyłu. Szybko spojrzałem na moją wybawicielkę chcąc sprawdzić czy czasami nie potrzebuje pomocy, lecz wydawało się, że ona radzi sobie lepiej ode mnie.

Teraz Twoja kolej Eric – wykrzyknąłem.

W biegu, mocnym, zamaszystym ruchem pałki położyłem kolejnego ze strażników, coraz mniej ich stało na nogach, a coraz więcej leżało na dachu zwijając się z bólu. Suchy zaczął uciekać do drzwi prowadzących na klatkę schodową, krzycząc – To jeszcze nie koniec! Jeszcze się spotkamy Panie Rewor! – Ruszyłem za nim.

- Zostaw go, musimy uciekać – powiedziała Kali.

Helikopter nie mógł wylądować na dachu przez jego ukształtowanie, opcja była jedna, musieliśmy skakać. Nabrawszy rozpędu, odbiłem się z krawędzi biurowca Abstergo, to było niesamowite, lot trwał kilka sekund, lecz ja czułem jakby czas zwolnił. Przebierając nogami w powietrzu, myślałem „musi się udać”. Udało się, w ostatniej chwili chwyciłem za nóżkę helikoptera, od śmierci dzieliły mnie centymetry. Kali powtórzyła mój wyczyn bez większej fatygi. Gdy siedzieliśmy w helikopterze postanowiłem wypytać o pare rzeczy.

- Dokąd lecimy?

- Nie mogę Ci teraz tego powiedzieć, mogą nas jeszcze słyszeć.

- Jesteś asasynką?

- Tak.

- Dlaczego ratujecie templariusza?

- Nie jesteś templariuszem, przynajmniej mamy taką nadzieję. Mianowicie, Twój przodek, templariusz, w którego się wcielałeś, związał się z asasynką. Płynie w Tobie krew jednych i drugich, to do Ciebie należy decyzja, do których wolisz należeć, od Ciebie zależy kim się staniesz.

- Ratując mnie, w jakiś sposób, narzucacie mi, to kim mam się stać. Czyż nie?

- Nie, wyczułam w Tobie dobro, to czego nie wyczułam od żadnego innego templariusza.

Po tych słowach nasza rozmowa ucichła, resztę podróży spędziliśmy w milczeniu. Kali miała racje, czułem iż wolę zostać asasynem.

Po wylądowaniu musieliśmy porzucić helikopter na rzecz furgonetki, aby mieć pewność, że nikt nas nie śledzi.

- Teraz mogę odpowiedzieć na Twoje pytanie. Jedziemy do bazy znajdujące się w Egipcie, czeka tam na nas reszta naszej ekipy.

- Ilu nas jest?

- Nasza trójka plus dwoje w bazie. O właśnie, Michael poznaj Nihata, jest naszym zaopatrzeniowcem, kierowcą i tłumaczem.

Miły facet, lecz bardziej ciekawiło mnie dlaczego właśnie Egipt... Z tyłu furgonetki były dwa materace, postanowiłem położyć się i odpocząć, za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Nie spodziewałem się tego, że dziś przyjdzie mi przelać na papier ostatnie przeżycia związane z Abstergo, Dr Suchym i innymi templariuszami. Dobranoc.

Dzień 17.

28 Lipiec 2013r.

Miałem już zaprzestać pisania w tym pamiętniku, ale przywiązałem się emocjonalnie do tego cholernego zbioru kartek... Po dwudniowej, bezproblemowej podróży dotarliśmy na miejsce, do Egiptu. Jak dobrze było w końcu wyjść i rozprostować kości... Teraz siedzę w wygodnym fotelu przy biurku, a dokoła krzątają się członkowie ekipy. Jest nas pięcioro: Ja, Kali, Nihat, Jene i Masif.

Pierwszą trójkę już znasz, zatem przedstawię Ci Jene i Masifa. Jene to gadatliwy Francuz, technik-informatyk, ponoć jedyny ocalały z Paryskiej bazy, Abstergo zrównało ją z ziemią w kilka chwil, a Jene cudem uniknął śmierci, zdaje się, że on sam nie wie jak tego dokonał. Masif natomiast był jednym z obiektów, tak jak ja. Asasyni wykorzystali wspomnienia jego przodka do odnalezienia świątyni znajdującej się w Egipcie. Ponoć jesteśmy już blisko jej odkrycia. Na razie jeszcze nie wiem po co do tego wszystkiego ja na dodatek, ale mam nadzieję, że to się wkrótce wyjaśni. Baza nie jest jakimś super mega wypasionym kompleksem, najnowocześniejszą i zarazem jedyną „wypasiną” rzeczą jest Aniumus umiejscowiony na samym środku pomieszczenia.

Komputery, którymi dysponujemy są już przestarzałe, przydałoby się je wymienic. Wróćmy jednak do Bazy jako pomieszczenia. Jest ona owalna, wydaje się jakby była wydrążona w skale, posiada jedno jedyne wejście... A mianowicie do bazy można dostać się tylko przez ukryte przejście w podłodze chatki znajdującej się nad naszym schronieniem. Banalne nieprawdaż?

Dzisiejszy dzień był jednym z luźniejszych, czas na poznanie się, rozglądnięcie po bazie i odpoczynek przed jutrzejszym dniem, bo ponoć od jutra startujemy ze zdwojonymi siłami. W końcu Abstergo nie śpi, na pewno nas szukają, dlatego wprowadzono całkowity zakaz używania komórek na terenie bazy, nie możemy też wychodzić sami na zewnątrz. Musimy poruszać się w parach, po dwie osoby, w odpowiednich odstępach, lecz nie za dużych, by nie stracić drugiej osoby z zasięgu wzroku, to tak dla bezpieczeństwa. Jestem ciekaw jaka w tym wszystkim będzie moja rola, ale na odpowiedź na to pytanie przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać, teraz muszę odpocząć po podróży... Jak dobrze być z tymi dobrymi... Jak dobrze być wolnym.

Dzień 18.

29 Lipiec 2013r.

Dni w Egipcie są strasznie upalne... Bez klimatyzacji, w którą na szczęście zaopatrzona jest nasza baza, nie dałoby się tutaj normalnie funkcjonować ludziom takim jak ja, nieprzyzwyczajonym do tego klimatu.

Masif dzisiaj przeszedł swoją ostatnią sesję w Animusie. Dowiedzieliśmy się gdzie jest Fragment Edenu. Jabłko znajduje się w środku piramidy Cheopsa. Wszystko mogłoby wydawać się banalne, lecz nie do końca tak jest. Do otworzenia wrót strzegących artefaktu potrzebne są trzy klucze. Dobra wiadomość jest taka, że jeden z nich jest już w naszych rękach, a zła, że kolejne dwa trzeba odnaleźć. Są one ukryte w dwóch pozostałych piramidach znajdujących się w Gizie. Chodzi tu o piramidę Chefrena i Mykerinosa.

O ile odnalezienie klucza w piramidzie Mykerinosa nie powinno być dla nas problemem, gdyż posiadamy mapę z dokładnym opisem drogi i zaznaczonym punktem miejsca ukrycia klucza, to z kolejnym ostrosłupem nie pójdzie tak łatwo... Nie mamy mapy, ponoć kilka stuleci temu została ona zniszczona by nigdy nie odnaleziono tego klucza, a co za tym idzie, by nigdy nie otworzono komnaty z Fragmentem Edenu. Bóg jeden (a może kilku?) wie dlaczego nie zniszczono wszystkich map... Może ktoś zdążył ukryć jedną z nich? Może stwierdzono, iż „jedna jaskółka wiosny nie czyni” i nie widzieli zagrożenia w postaci jednej ocalałej mapy... Nie docenili nas, mamy zamiar odnaleźć wszystkie klucze i otworzyć skarbiec, w końcu świat sam się nie uratuje, trzeba mu pomóc.

Po ówczesnym zbadaniu terenu wyruszyliśmy po drugi klucz. W skład ekipy wchodziłem ja, Kali, Jene i Masif. Piramidy Mykerinosa pilnowało zaledwie dwóch strażników. Zaparkowaliśmy furgonetką tak, aby mieć czystą pozycję do oddania strzałów z karabinów załadowanych środkiem usypiającym. Jene miał zająć się monitoringiem i zabezpieczeniami. Gdy już wyłączył monitoring dał nam znak do rozpoczęcia operacji. Masif i Kali jednocześnie zdjęli dwójkę strażników. Nie mogli się pomylić, wszczęcie alarmu nie wchodziło w rachubę. Gdy teren był już czysty weszliśmy do piramidy, ciemności były iście Egipskie... Kali zdecydowanym tonem powiedziała Jene, by ten włączył oświetlenie wewnątrz budowli, po kilku chwilach tak się stało i mogliśmy kontynuować naszą misję. Korytarzy i ślepych zaułków było mnóstwo, ale na szczęście mieliśmy mapę, bez niej byłoby kiepsko, i wtedy właśnie po raz pierwszy pomyślałem, że odnalezienie kolejnej mapy będzie prawdziwą męką...

Penetracja piramidy przebiegała zgodnie z planem, ja na szpicy z mapą i pochodnią (w niektórych korytarzach nie było oświetlenia), a za mną Kali, która miała kontakt z Jene i w razie jakiejś niepokojącej sytuacji na zewnątrz mogliśmy wiedzieć jak zareagować, i Masif ubezpieczający tyły na wszelki wypadek. Gdy już stanęliśmy przed wrotami do skarbca... No właśnie... Nie wiedzieliśmy co dalej. Na kamiennych drzwiach wyryta była schematyczna podobizna Jabłka, więc pewne było, że to tu, ale nic poza tym... Żadnej klamki, dźwigni, żadnych łożysk mogących przesunąć twardo stojący kawał kamienia.

Zatrwożony i zdenerwowany poniekąd wysiłkiem, który poszedł na marna oparłem się dłonią o wrota. Gdy moja skóra nawiązała kontakt z szorstką powierzchnią kamienia, ten zaczął bić jasnym, niebieskim światłem. Wtedy odkryłem swoje przeznaczenie. Tylko ja mogłem otworzyć drzwi prowadzące do kluczy i zapewne do Jabłka, choć o tym przekonam się później. Tylko ja i moim przodkowie, drzwi musiały reagować na nasze DNA.

Po wkroczeniu do komnaty naszym oczom ukazała się góra złota i innych bogactw. Nas najbardziej interesowała skrzynka znajdująca się w centrum sali. Tak jak każdy z nas podejrzewał, znajdował się w niej klucz, odnieśliśmy kolejny sukces! Oczywiście zabraliśmy tyle złota ile nasza furgonetka była w stanie uciągnąć, w końcu musimy wymienić komputery. Po zabraniu części kosztowności, gdy już wszyscy przekroczyli próg komnaty, drzwi same się zamknęły, tak jakby czuły, że opuściłem pomieszczenie i wiedziały, że muszą strzec tego co w środku. Odchodziliśmy z myślą, że jeszcze niejednokrotnie tu powrócimy... Po „pieniądze na drobne zakupy”. Cała akcja zakończyła się po naszej myśli, a ja w końcu odkryłem moją rolę w tym wszystkim.

Dzień 20.

31 Lipiec 2013r.

Ten dzień przyniósł ze sobą kolejną przygodę związaną z kluczami, które są potrzebne po to, by wejść do skarbca z Fragmentem Edenu. Jesteśmy już w posiadaniu dwóch z trzech kluczy. Odnalezienie ostatniego zapowiadało się naprawdę nieciekawie, gdyż nie mieliśmy mapy z zaznaczoną dokładną drogą, jak to było w przypadku drugiego kawałka żelaza. Od samego początku byliśmy sceptycznie nastawieni do tej „wyprawy”, a po dotarciu na miejsce pewność siebie zmalała do ledwie zauważalnego stopnia. Chyba jedynie Jene był zrelaksowany i wierzył, że cała akcja się powiedzie... Co tu się dziwić, takiemu co siedzi i tyłka z fotela furgonetki nie rusza to łatwo. Na początku wszystko szło wręcz doskonale, nie było problemu z monitoringiem, który Jene wyłączył na samym początku akcji. Nie było również większych problemów ze strażnikami patrolującymi teren przed piramidą Chefrena, których to z kolei załatwili Masif i Kali środkami usypiającymi. Ja wraz z Kali i Masifem ruszyliśmy pewnym krokiem do przodu, Jene został aby kontrolować wszystko z furgonetki.

Gdy byliśmy już blisko wejścia, ku naszemu zdziwieniu, włączyło się zasilanie, które to nasz spec od technologii raczył wcześniej wyłączyć. Szybkim i zdecydowanym ruchem wraz z Masifem uskoczyliśmy za stróżówkę ciągnąc za sobą Kali. Włączenie zasilania pociągnęło za sobą włączenie monitoringu, a na wykrycie nie mogliśmy sobie pozwolić.

- Co jest do cholery? – zapytała niespokojnym głosem Kali.

- Spokojnie. Musiało się włączyć zapasowe zasilanie całego obiektu, daj mi chwilkę i wszystko wróci do normy. – Uspokajał Jene.

- Wcześniej o tym nie wiedziałeś?! Kamery mogły nas uchwycić, a Abstergo ma wszędzie swoich ludzi... To będzie ciężka noc.

Jene nic nie odpowiedział. Wyłączył zapasowe zasilanie piramidy i mogliśmy ruszać dalej. W środku nie mogliśmy korzystać z pochodni, jak w poprzedniej akcji. O wiele tańsze pochodnie musieliśmy zastąpić latarkami o dużym zasięgu, gdyż wewnątrz piramidy były zainstalowane czujniki dymu. Po ostatnim przypływie gotówki nie zrobiło to na nas wrażenia, wspomnę jeszcze tylko o tym, że nareszcie wymieniliśmy komputery w kryjówce! Ale wracajmy do tematu…

Po kilkunastu minutach błądzenia po ciemnych korytarzach napotkaliśmy pierwszą przeszkodę. Za pierwszym razem poszło nam tak łatwo ze strażnikami, że nie pomyśleliśmy o tym, iż mogą oni patrolować również wewnątrz ostrosłupa. Wyłączyliśmy szybko latarki i uskoczyliśmy do jednego z rozgałęzień korytarzy. Wychyliłem się zza rogu by sprawdzić ilu strażników stoi na naszej drodze... Całe szczęście, że był to tylko jeden osobnik rozpaczliwie próbujący przywrócić zasilanie w budowli. Jego zdezorientowanie i to, że był odwrócony do mnie plecami, dawało mi znaczną przewagę... Ruszyłem na niego. Jednym silnym i pewnym ciosem w tył głowy powaliłem go na ziemię lekko asekurując jego upadek by nie narobić zbyt dużo hałasu, bo kto wie ilu strażników jest jeszcze w środku... Po przemierzeniu następnych kilku korytarzy Kali zapytała Jene o nasze położenie. Jednak odpowiedź nie była taką na jaką czekaliśmy... Zamiast naszego kompana w słuchawkach usłyszeliśmy dobrze znany nam głos, głos Erica Suchego.

- Tak Panno Juszczak, wasze położenie jest nam znane, idziemy po was... O zapomniałbym, twój kolega postanowił sprawdzić jak mocny jest środek usypiający, którym potraktowaliście moich ludzi.

Po tym głos w słuchawce ucichł. Bez chwili zastanowienia roztrzaskaliśmy o ziemię nadajnik, który wskazywał nasze położenie. Od tego momentu nie było czasu na cackanie się, pomyślałem, że może gdy wytężę zmysły to uda nam się dotrzeć na miejsce zanim zrobią to Templariusze. Próbowałem się skupić ale nic z tego nie wychodziło, wtedy przez moją głowę przebiegła myśl, że coś takiego jak „Orli Wzrok” nie istnieje. Pomimo tego, że jestem asasynem nie potrafiłem przełączyć się na ten „tryb widzenia”. Błąkaliśmy się tak następne kilka minut, musieliśmy się śpieszyć, a jednocześnie zachować spokój i ostrożność, gdyż Templariusze byli już w jednym z korytarzy. Wychylałem się zza każdego rogu by sprawdzić czy aby czasami po pokonaniu zakrętu nie czeka na nas niemiła niespodzianka w postaci Ericka i jego ludzi. Przyznam, że jestem przeciwny jakiejkolwiek przemocy i porywam się do niej w ostateczności, więc wolałem na nich nie trafić... Ale czy to było możliwe?

W pewnym momencie dotarliśmy do ślepego zaułku. Zrezygnowany i zawiedziony uderzyłem plecami o ścianę i zsunąłem się po niej na ziemię, a moi kompani obserwowali dwa korytarze prowadzące do zaułka, w którym się schowaliśmy. Nie mieli ochoty na odpoczynek, chcieli ruszać dalej, lecz w pewnym momencie zauważyłem coś kontem oka, a mianowicie były to hieroglify przedstawiające ludzi w dziwnych nakryciach głowy atakujących o wiele wyższą postać trzymającą w ręku kulę, od której biły promienie światła. Postacie w nakryciach przypominających kaptur skojarzyłem z asasynami niemal od razu, ale kim była ta wyższa istota? Może to faraon? Faraon, na którego asasyni wydali wyrok... Jednak nie był to czas na rozmyślanie o starożytnych obrazkach. Szybko poderwałem się z ziemi i doskoczyłem do ściany z hieroglifami, moi przyjaciele widząc to, zbliżyli się w moją stronę. Bacznie przyglądałem się ścianie próbując znaleźć jakiś ruchomy kamień, dotykałem jej całej, aż do starcia naskórka z dłoni, jednak nic to nie dało, nie było tak jak w poprzednim przypadku. Musiał tam być wykorzystany inny mechanizm.

- No i po Fragmencie Edenu – powiedziałem załamanym głosem jednocześnie odwracając się plecami do ściany i gdy już chciałem opuścić to miejsce Kali złapała mnie za ramie.

- Patrz! Otwiera się!

Patrząc jak uchylają się wrota do skarbca odczuwałem radość i ekscytację, nie wiem które bardziej. Moja radość nie trwała długo, a przerwał ją głos Dr Suchego.

- O jak miło, że odwaliliście za nas całą brudną robotę, śledziliśmy was od dłuższego czasu, a wy nawet o tym nie wiedzieliście... Jakież to żałosne.

Nie mam pojęcia cóż za siła sprawuje kontrolę nad wrotami do skarbców, ale „słysząc” głos Templariusza zaczęły się one zamykać. Nasza trójka zdążyła wejść do środka, lecz wszyscy nasi wrogowie zostali za grubą ścianą.

– Rozwalić tę ścianę! – wywrzeszczał rozwścieczony Eric. To był ostatni dźwięk z zewnątrz jaki słyszeliśmy, po tym nastała głucha cisza.

Ten skarbiec nie był pełen przepychu, nie było w nim tylu kosztowności co w poprzednim lecz najistotniejszą rzeczą był dla nas klucz, który dumnie spoczywał po środku sali na podeście. Po zrobieniu pierwszego kroku posadzka pod nami zaczęła się zapadać, chyba doznałem lekkiego soku gdyż nie mogłem się ruszyć i stałem w miejscu aż do momentu, w którym podłoże przestało się zapadać. Nie myślcie, że tylko ja jestem taki bojaźliwy... Kali i Masif również stali bez ruchu z rozdziawionymi ustami. Z dołu było widać podest, na którym spoczywał klucz, a odległość jaka nas od niego dzieliła to jakieś 30 metrów. Ściany, które stały się naszym więzieniem były gładkie, tylko na podeście, który wystawał ze środka dziury jak Excalibur z kamienia, były wystarczająco duże szczeliny by wsadzić tam palce. Po chwili namysłu rozpocząłem wspinaczkę. Nie było to łatwe, gdyż starty naskórek z dłoni z każdym metrem był coraz bardziej uciążliwy. Po 15 metrach zacząłem odczuwać zmęczenie rąk a po 20 metrach praktycznie nie miałem już sił na dalszą wspinaczkę... Wyszedłem z wprawy przez to ciągłe siedzenie przed komputerem, a mama mówiła... „Idź na dwór, zostaw w końcu ten komputer”. Na moje szczęście ze ścian zaczęły wysuwać się podesty, tak jakby na wysokości tych 20 metrów był jakiś czujnik uruchamiający mechanizm. Ostatkami sił odepchnąłem się od słupa i pewnie wylądowałem na jednym z wysuwających się podestów. Długimi, mierzonymi susami ciąłem przed siebie jak mesereschmitt.

Dotarłszy na górę padłem na wąski kawałek posadzki i leżałem tak kilka chwil nabierając sił. W końcu podniosłem się i ruszyłem w stronę klucza. Gdy podniosłem ten kawałek żelaza podłoga zaczęła się podnosić na miejsce. Wyglądało to tak jakby, Ci którzy to zbudowali chcieli mieć pewność, że tylko asasyn zdobędzie najcenniejszy przedmiot w tym skarbcu poprzez wykazanie się swoją zwinnością. Mieliśmy już klucz, podłoga była na swoim miejscu, a wrota przez które weszliśmy stały nienaruszone. Suchemu nie udało się przez nie przebić. W jaki sposób wyszliśmy? Czym byłby tajny skarbiec bez tajnego wyjścia... Wyjście prowadziło na tyły piramidy, tam gdzie stała nasza furgonetka. Pilnowało jej dwóch oprychów. Nie wiem dlaczego każdy strażnik obraca się do nas plecami, ale mi to pasuje i ułatwia prace. Podbiegliśmy do nich z Masifem od tyłu i uderzeniem w tył głowy latarką powaliliśmy ich na ziemię. Kali dobiegłszy do furgonetki sprawdziła co z Jene.

- Żyje –powiedziała.

Wpakowaliśmy się do wozu i czym prędzej ruszyliśmy do miasta. Nie mogliśmy od razu wrócić do naszej kryjówki ponieważ mogli pod samochód podpiąć nadajnik GPS. W mieście porzuciliśmy nasz transport lecz ze względu na stan Jene nie mogliśmy pójść pieszo do naszej bazy, trzeba było podprowadzić jakiś wóz. Wybór padł na pierwszy lepszy stojący w okolicy. Zapakowaliśmy śpiącego kompana na tył i ruszyliśmy do bazy.

- Chwila, poczekajcie. – zwątpiła Kali – przeszukajcie go, mogli mu podrzucić nadajnik.

Dla spokoju i pewności zrobiliśmy tak jak chciała jedyna kobieta w zespole, ech te kobiety... Co byśmy bez nich zrobili? Zapewne zostali wystrzelani przez chłopaków z Abstergo, gdyż Jene w jednej z kieszeni płaszcza miał nadajnik. Wyrzuciliśmy to ustrojstwo przez okno i oddaliliśmy się „w stronę wschodzącego słońca”.

Dzień 21.

01 Sierpnia 2013r.

Budząc się dzisiaj rano nie myślałem o niczym innym jak tylko o Fragmencie Edenu. Mieliśmy już wszystkie klucze, a wczorajsza wyprawa dowiodła tego, że możemy stawać w szranki nawet z tak potężną "instytucją" jaką jest Abstergo Industries. Niektórzy mogliby stwierdzić, że sprzyja nam szczęście, ale przecież szczęście sprzyja lepszym... Jedno jest pewne. Nie możemy całkowicie się odprężyć i wyluzować. Taki zachowanie może nam przynieść tylko kłopoty, gdyż Eric i reszta na pewno nie odpuścili i dalej nas szukają. Mimo tego, iż nie mają żadnego klucza podejrzewamy, że wiedzą gdzie znajduje się FE. Czy nam się to podoba czy nie oni będą na nas czekać. Naszym celem jest piramida Cheopsa. Tam jest artefakt,. tam są odpowiedzi na nasze pytania i... tam jest nasz wróg.Z samego rana rozpoczęły się przygotowania do ostatecznej batalii między Asasynami, a Templariuszami. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Zabraliśmy to, co niezbędne. Musieliśmy się ograniczyć ze sprzętem, gdyż nasza furgonetka przepadła podczas poprzedniej wyprawy, a wóz, który podprowadziliśmy nie był tak pojemny jak nasz stary, czarny GMC. Zabraliśmy ze sobą trzy karabiny wyposażone w strzałki ze środkiem usypiającym i cztery "Makarovy", które były załadowane ostrą amunicją... Jene oczywiście nie miał zamiaru nigdzie się ruszać bez swojego komputera, dzięki któremu bez problemu załatwi nam czystą drogę do piramidy i swobodne poruszanie się po wnętrzu tego zabytku. Po skompletowaniu ekwipunku wyruszyliśmy do Gizy.

Poranek był nadzwyczaj chłodny, co w Egipcie jest bardzo dziwnym zdarzeniem. Był środek tygodnia, ulice, mimo wczesnej pory, powinny być już zapełnione, a było całkiem odwrotnie. Ulice świeciły pustkami, gdzieś w oddali rozbijał się jeden z przydrożnych kupców. Jego grymas twarzy mówił wszystko, był przerażony. Podszedłszy do niego zapytałem dlaczego nikogo nie ma i dlaczego on sam wygląda na przerażonego.
Drżącym głosem wykrztusił z siebie kilka zdań:

- Lu-lu-ludzie nie wychodzą z do-do-domów, bo w po-po-powietrzu wisi jakieś nieszczęście. Boją się, a ja mimo wszystko mu-mu-muszę dzisiaj coś sprzedać... M-m-mam chorą córeczkę, która potrzebuje leków, a j-j-jeśli dzisiaj nic nie sprzedam i nie będę mógł kupić leków, jej stan się po-po-pogorszy.

Widziałem przerażenie w jego oczach, ręce drżały mu jak pijakowi, który nie wypił ani kropli alkoholu przez tydzień. Chciałem mu podarować sumę, która pozwoli mu nabyć lek lecz on nie chciał się zgodzić, powiedział, że,a swój honor i jeśli chcę pomóc, to muszę coś kupić. Tak też zrobiłem, kupiłem zdobiony sztylet, który mimo niewysokiej ceny wydawał się być przedmiotem wartościowym.

Nie rozmyślając już dłużej nad losem kupca ruszyłem wraz z resztą ekipy ku piramidzie. Tym razem do środka ruszyliśmy całą grupą. Jene przejął obraz z monitoringu i na bieżąco informował nas o różnych podejrzanych zajściach na zewnątrz i w środku budowli. Karabiny ze środkiem usypiającym okazały się zbędne, gdyż do pracy nie przyszli nawet struże strzegący piramidy. Na wszelki wypadek wzięliśmy ze sobą Makarovy. Zdążyliśmy się przyzwyczaić do tego, że w każdej piramidzie jest ciemno... a my nie zabraliśmy latarek... Masif naprędce sklecił, z tego co było pod ręką, prowizoryczną pochodnie i ruszyliśmy naprzód.

Długo błądziliśmy po korytarzach lecz nie irytowało nas to tak jak ostatnio. Starannie przyglądaliśmy się każdej ścianie, każdą wyróżniającą się dotykałem w nadziei, że to tu, że to wejście do komnaty... Lecz wysiłek szedł na próżno. Nie poddawaliśmy się, zdecydowanym krokiem podążaliśmy dalej, i dalej w głąb piramidy. Im głębiej zanurzaliśmy się w jej wnętrzu tym większe ogarniało nas przerażenie, strach, a zarazem przekonanie, że musimy odnaleźć kryptę z artefaktem. W pewnym momencie podmuch wiatru swobodnie hulającego po korytarzach zagasił nasze jedyne źródło światłą...

- Aaa! Nietoperze! Zabierzcie je ode mnie, zapalcie światło! - Krzyczała zdesperowana Kali.

Oczywiście żadnych nietoperzy tam nie było, próbowałem ja uspokoić ale, jak to kobieta, ona wie lepiej... Nie było już materiałów by sklecić następną pochodnię, a palmtop, który mógłby nam choć trochę oświetlić drogę padł chwilę wcześniej... Jene tłumaczył, że nie spodziewał się tego, iż będziemy tak długo tułać się po piramidzie i nie zabrał zapasowej baterii. Nie mieliśmy ani światłą, ani wglądu do monitoringu, jednym słowem było coraz gorzej. Przeszedłszy kilka kroków po omacku moją uwagę zwróciły na siebie klucze, które Kali miała przypięte do paska, zaczęły się "żarzyć". Pomyślałem, że to oznaka tego iż jesteśmy już blisko. Wziąwszy klucze do ręki rzuciłem się przed siebie nie bacząc na przyjaciół. W końcu blask był tak jasny, że oświetlał bez problemu cały odcinek korytarza, w którym się znajdowaliśmy, stanąłem w miejscu, klucze zaczęły lekko drżeć, aż w końcu jakaś siła wyrwała mi je z rąk i z niebywałą szybkością wylądowały one w trzech otworach znajdujących się w ziemi.

Reszta ekipy dobiegła do mnie i ze zdziwieniem obserwowali jak trzy kawałki żelaza obracają się w otworach, same, bez naszej ingerencji. Masywna klapa zaczęła się podnosić w górę, a gdy ta już całkowicie odsłoniła przed nami wejście do niższego poziomu klucze bezwładnie z niej wyleciały. Zdecydowanym ruchem zgarnąłem wszystkie i zszedłem jako pierwszy po drabinie. Nawiasem mówiąc uwielbiam gdy Kali prosi mnie o pomoc przy schodzeniu po drabinie. He He.

Klapa, która nasz tu "wpuściła" o dziwo nie zamknęła się zaraz za nami. Zignorowaliśmy to, co nie było najlepszym pomysłem. Klucze nadal się żarzyły, co było pomocne gdyż oświetlały nam drogę. Przejścia na tym poziomie były bardzo wąskie, mieściła się w nich ledwo jedna osoba, a Masif, który był dobrze zbudowany musiał iść bokiem. Przejścia nie przecinały się tak często jak to miało miejsc na górze, mógłbym stwierdzić, że nie przecinały się wcale i prowadziły nas prosto do celu.

Po kilku minutach drogi usłyszeliśmy jakieś szmery dobiegające od strony włazu, stało się to, co przewidywaliśmy... Abstergo nas śledzi. Byłem wściekły an siebie, że nie zamknąłem pokrywy... może wtedy nie udałoby im się nas tak szybko odnaleźć. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba przeć na przód - pomyślałem. Chwilę później stanęliśmy przed następnymi drzwiami. Nie były zamknięte o dziwo. Po przejściu przez nie zaryglowaliśmy je, starą lecz wyglądającą na zdrową, belką w nadziei, że choć trochę spowolni ona oprychów z Abstergo. Byliśmy coraz bliżej komnaty, czułem to. Przedzierając się przez zapuszczone przejścia myślałem już tylko o jednym, o Fragmencie Edenu.

W końcu się udało! Weszliśmy do majestatycznej sali, której strzegły ogromne posągi stojące przy ścianach w równych odstępach. Ze sklepienia zwisał ogromny świecznik, którym kołysały podmuchy wiatru przy czym wydawał on lekkie skrzypienie. Natomiast samo sklepienie podtrzymywały pięknie zdobione kolumny. Marmurowa podłoga robiła wrażenie i wyglądała jakby była dopiero co położona, lśniła niczym świeżo wypolerowane meszty. Lecz to jeszcze nie tu przechowywane było Jabłko. To pomieszczenie to swojego rodzaju przedsionek. Na końcu Sali znajdowały się wielkie wrota, które w końcu doprowadziły nas do celu. Jak na rozmach i rozmiary „przedsionka” sala w której znajdował się artefakt wydawała się być… mizerną. Byłą małym kwadratem z wysoko zawieszonym sklepieniem, ale nie to w tym wszystkim się liczy… Najważniejszy był On. Fragment Edenu. Spoczywał majestatycznie na środku pomieszczenia. Leżał na błękitnej poduszce, która z kolei leżała na czymś w rodzaju małego ołtarza. Na ołtarzu znajdowały się wyryte nieznane mi symbole. Jene żałował, że nie zabrał aparatu ale mimo to wszystkie symbole dokładnie przerysował do notatnika.

Podszedłem do Jabłka… Wziąłem go do ręki i… rozczarowanie, irytacja… Nic się nie stało. Żadnej wizji, żadnych bożków… Nic. Wtem stało się to co najgorsze i nieuniknione… Do wielkiej Sali, która prowadzi do pomieszczenia z Jabłkiem, wszedł oddział Abstergo z Erickiem na czele. Tym razem bez zbędnych ceregieli i przemówień zaczęli od razu od mocnych argumentów, posypały się pierwsze strzały. Szybko doskoczyliśmy do kolumn, by osłonić się przed ich ogniem. Nasze skromne Makarovy wyglądały mizernie przy broni naszych wrogów, strzelali do nas z karabinów maszynowych AK-47…

Po krótkiej wymianie pocisków doszliśmy do wniosku, że nie wyjdziemy stąd żywi jeśli będziemy stawiać opór… Wziąłem Jabłko do ręki i wychyliłem je lekko zza kolumny w celu kapitulacji. Ku mojemu zdziwieniu stało się coś zupełnie niezamierzonego z wnętrza jabłka zaczęło bić jasne światło, a pracownicy Abstergo zastygli w miejscu, tak jakby czas zatrzymał się tylko dla nich. To była nasza szansa. Ruszyliśmy do wyjścia. Przy wrotach dostrzegłem linę, na której wisiał potężny świecznik. Szybko wyjąłem sztylet, który kupiłem od zdesperowanego mieszkańca Gizy i przeciąłem linę. Świecznik spadł z całą siła na naszych prześladowców. Po wydostaniu się na powierzchnie przez pewien czas nie mogliśmy otworzyć oczu, które przywykły do ciemności. W końcu minęło kilka dobrych godzin od rozpoczęcia całej akcji. Było już popołudnie, upalne jak zwykle ale na dworze nadal nikogo nie było. Po dotarciu do bazy poinformowaliśmy dowództwo o sukcesie całej akcji i ustaliliśmy miejsce ukrycia Jabłka. Postanowiliśmy ukryć je w najmniej spodziewanym miejscy… W Denver, a dokładniej w tamtejszej bazie Asasynów. Mam nadzieję, że to już koniec tego wszystkiego […]

.:***:.

- Doktorze, mamy zapiski obiektu 18.
- Doskonale… Teraz tylko pozostaje nadzieja, iż wszystko dokładnie tam opisał… włącznie z miejscem ukrycia naszego Fragmentu Edenu, przeszukać dokładnie to pomieszczenie, kto wie co tu jeszcze znajdziemy!

Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (14)

1. Aragorn_411-10-2011, 14:45Jej, ostatnio miałeś bardzo pracowity okres ;D
2. Ellendil Sertanhil11-10-2011, 17:04Ciekawe, ciekawe...
3. Shadokami11-10-2011, 20:26Brawo!... Doskonała robota!
4. mumia2011312-10-2011, 14:16Bardzo fajne. Czy będą jesz inne przygody obiektu 18?
5. Braveheart1012-10-2011, 19:20Możliwe. ;)
6. mumia2011312-10-2011, 22:43Super
7. niko14-10-2011, 23:23Świetna historia :) gratuluje pomysłu, historia nadaje się świetnie na scenariusz następnej serii AC :)
8. Asasyn PS3118-12-2011, 11:58Lol niezłe
9. DesmondEzio121-12-2011, 20:53Niezwykłe
10. ERMAC97505-01-2012, 18:09Masz wyobraznie i wiedzę jak widzać ;)
11. MiloszPolak11-01-2012, 18:23Świetne! Ten Michael Revor to ma poczucie humoru :D
12. asasyjun15113-01-2012, 16:06zaste świetne ale zalatuje mi tu assassin's creed 1 :)
13. Tris118-05-2012, 19:38fajne :) co do wyboru Egiptu jako miejsca ukrycia FE, to bardzo się ciesze ponieważ się interesuję straozytnym Egiptem :)
14. Azio Euditore227-01-2014, 22:25naprawdę świetne, aż chciałbym aby następna część rozegrała się w starożytnym Egipcie

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
0100
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza