Zakon Assassin's Creed


Kroniki Nowego Jorku

11 maja 1931r.

Słońce wzeszło nad ulicami Nowego Jorku oświetlając całe miasto. Ludzie przechadzali się ulicami, taksówki sunęły ulicami. Wieżowce lśniły od światła. Miasto musiało wyglądać pięknie chyba tylko na pocztówkach. Baraki z Central Parku, śmieci i kartony z różnych ulic wcale nie nadawały temu miejscu jakiegoś szczególnego uroku. Ale jednak coś w tym wszystkim było. Coś magicznego.

Piękna pogoda zawitała nad porty na dolnym Manhattanie. Przez przejrzyste niebo widać było Liberty Island oraz brzegi New Jersey. W dokach KR Inc. rozładowano już statek 202. Zostało mało czasu.

- Wstawać, niewolnicy! – głos Clay'a niósł się po środkowym budynku. – Czas do roboty! Wstawać!

Clay skopał z koca jakiegoś biedaka. Jego towarzysze także poganiali niewolników. Spychali ich z posłań lub bili kijami. Po ich ucieszonych minach można było zgadnąć, że sprawia im to wielką radość.

- Słyszeliście? – kontynuował Clay. – Wstawać! Nie zniosę opieszałości!

- Na dwór! – krzyknął inny oprych. – Wydamy wam skrzynię i narzędzia.

Karol Mason podszedł do leżącego na ziemi staruszka. Byli na końcu Sali, więc Clay jeszcze ich nie zauważył.

- Nie! Nie! - krzyczał staruszek, trzymając się za głowę. – Dłużej tego nie zniosę!

- Odwagi, Mo – powiedział do niego szeptem Mason. – Pamiętaj, pomoc w drodze.

Biedacy wyszli na dziedziniec, który znajdował się między trzema budynkami ułożonymi w podkowę. Na środku stał Roosevelt, a za nim z dwudziestu oprychów w czarnych beretach. Każdy z nich miał przewieszony przez ciemny sweter karabin. Po bokach dziedzińca stało z czterdziestu oprychów w czerwonych beretach. Nie byli tak czyści jak tamci i nosili przy pasie tylko pałki lub deski.

- Ach, witajcie, niewolnicy. Gotowi do ciężkiej pracy? – spytał retorycznie szef Franklin. – Ale zanim zaczniecie, chcę, żebyście poznali…

Na beton przed nogami Roosevelta upadł Jack. Nie miał przy pasie swoich mieczy, ani rewolweru za pazuchą. Jego biały garnitur był pobrudzony i postrzępiony. Stracił też swój czerwony krawat.

- …waszego wybawcę! – dokończył Roosevelt swoją wypowiedź. Nie krył uśmiechu.

Karol i biedacy nie mogli dowierzać oczom. Ich jedyna szansa na wolność – przepadła.

***

Po ciekawym przedstawieniu na dziedzińcu, niewolnicy poszli wyładowywać statek 203. Czerwone Berety razem z nimi, aby przypilnować każdy ruch tych nieudaczników i w razie niebywałego szczęścia uderzyć jakiegoś kijem.

Natomiast Czarne Berety i Roosevelt razem z ledwo włóczącym nogami Jack'iem wrócili do budynku, w którym odbyła się wczorajsza rozróba.

Na środku hali przygotowano olbrzymią balię, w której znajdowała się woda z rzeki Hudson. Nad nią na uchwycie wisiała lina, do której przywiązano Jack'a. Drugi koniec wzięło w ręce trzech oprychów. Szef Franklin i John stanęli przed zbiornikiem. Oprych w fioletowej marynarce, zwany Smith wrócił do gabinetu znajdującego się nad wielką halą.

Roosevelt dał znać trzymającym linę. Jack znalazł się w balii. Kiedy zaczął się dusić, wyciągnęli go.

- Wiesz, co mi powiedział Smith? – zagadał do niego John, łapiąc Jack'a na chwilę za głowę. – Że tą twoją dziewczynkę dogonił i zarżnął.

Jack się zdenerwował. Spróbował ugryźć Johna w nos. Nie udało mu się.

- Zanurzyć go! – rozkazał Roosevelt.

Jack ponownie znalazł się w wodzie. Czuł, jak odpływają z niego siły. Zaczął mieć halucynacje. Zdawało mu się, że widzi Gabriel. Jego byłą dziewczynę. Potem zobaczył Georga. Jego zmarłego brata, uzdolnionego wynalazcę. Następnie przed jego oczami znalazły się dwie twarze. Jane. Mała dziewczynka, która zginęła przez niego. Drugiej twarzy nie rozpoznał. Należała do kobiety o pięknych fiołkowych oczach oraz bujnych kasztanowych włosach. Nagle został wciągnięty z balii.

- I co? – przyjrzał mu się Roosevelt, trzymając go za włosy. – Ciągle żywy? Twardy jesteś, Jack. OPUŚCIĆ GO! Powisi przez dzień, to zmięknie! – Po czym znów zwrócił się do Jack'a – Złamię cię! Obiecuję ci!

- Tak, szefie Franklin! – powiedział John, dając Czarnym Beretom prosty komunikat.

***

Karol Mason postawił skrzynie na ciężarówce. Ale ciężko. Zszedł z niej i zamierzał iść po kolejną, kiedy jego uwagę przykuło dziwne wydarzenie.

Z budynku przeznaczonego dla oprychów John wyniósł związanego Jack'a, za nim szło siedmiu zbirów w czarnych beretach oraz Roosevelt.

- Ruszaj się, zdrajco! – John popchnął związanego tak, że się przewrócił.

W Masonie wezbrało coś, czego nie odczuwał od bardzo dawna. Chęć obronienia Jack'a. Podszedł do Johna. Za nim ruszyło paru innych niewolników. Wszyscy zostawili skrzynie z rybami tam, gdzie przed chwilą stali.

- Uważaj no, niewolniku! - zwrócił się do Karola jeden z Czarnych Beretów. – Nie waż się nic uczynić!

- Chodź, łachudro! – zwrócił się John do Jack'a, sunąc nim po ziemi. – Masz szczęście, że jesteśmy dziś w dobrym nastroju! HA!

Wszyscy niewolnicy zebrani wokoło, przyglądali się, jak Jack ryje twarzą i ciałem po betonie. Najwyraźniej Johnowi ciężar zdrajcy wcale nie ciążył. Karol patrzył na to wszystko ze wstrętem. Wzbierał w nim coraz większy gniew. Przybyłeś, by nas ocalić, Jack, a my nic nie możemy zrobić, żeby ci pomóc. W dzień nosimy kajdany, a w nocy jesteśmy skuci ze sobą.

Przez maszt flagowy nad środkowym budynkiem oprychy przerzuciły linę, do której był przywiązany Jack. Podciągnęli go na tyle, aby nie dotykał ziemi, ale też aby można było go pobić kijem. John przywiązał drugi koniec liny do stalowych prętów wystających z ziemi.

Wokół wiszącego Jack'a i oprychów zbierał się coraz większy tłum niewolników i Czerwonych Beretów. Wszyscy byli ciekawi, co się dzieje.

- Ten nędznik wkręcił się między nas, żeby szpiegować! – Roosevelt przemówił do tłumu gapiów. – A jutro zostanie rozstrzelany i powieszony na widoku jako ostrzeżenie dla tych, którzy mnie lekceważą! Jeżeli ktoś spróbuje go karmić lub mu pomóc, podzieli jego los!

Odwrócił się od tłumu. Zbliżył swoją twarz do twarzy wisielca.

- I co ty na to, Jack? – spytał szef Franklin.

- Jesteś POTWOREM – to ostatnie słowo, Jack wypowiedział z dużym naciskiem.

- Złamię cię, łachudro! – Roosevelt uderzył wisielca w twarz. – Przynieście jego miecze! – rozkazał swoim oprychom.

- Oto one, szefie! – podał mu je Clay.

- Skąd masz takie piękne miecze? – spytał szef Franklin, wyciągając jeden z pochwy. – Hiszpańskie?

- Neapolitańskie! Nie dotykaj ich swoimi łapami! – krzyknął Jack.

- Myślę że je zatrzymam. – przypiął miecze do swojego pasa. Uśmiechnął się z satysfakcją do wisielca.

- Ty POTWORZE! Kiedy się uwolnię… ja…

- Ach, nerwy ci puszczają, co? – stwierdził Roosevelt. Wzrok Jack'a był jak u zbitego i osaczonego zwierza. Przerażający i dziki.

- A teraz, niewolnicy – zwrócił się do tłumu szef Franklin. – Do roboty! Macie skończyć rozładunek statku 203 do jutrzejszego południa! – spojrzał w oczy Karola Masona. – Albo WSZYSCY podzielicie jego los!

Niewolnicy i wszystkie oprychy rozeszły się do swoich zajęć. Został tylko Mason i szef Franklin. Patrzyli sobie w oczy z wzajemną wrogością.

- No jak, SZEFIE Mason, chcesz do niego dołączyć? – Roosevelt zwrócił się do Karola. Słowo „szefie” wypowiedział z odrazą.

Karol Mason nie odpowiedział. Odwrócił wzrok. Wrogość znikła z jego twarzy. Pozostał tylko zawód. Odszedł.

- Jesteś potworem! - wycedził Jack.

- Istotnie, chyba jestem – Roosevelt się uśmiechnął. – Biedacy drżą przede mną… nawet moi ludzie się mnie boją. A ty? Ciebie nie przestraszyłem. Dlaczego, zdrajco? Dlaczego się mnie nie boisz?

Jack patrzył mu prosto w oczy. Nienawiść, gniew i chęć mordu znajdowały się w jego spojrzeniu.

- Nie dam ci tej satysfakcji.

- Ależ dasz, Jack, dasz. Spójrz na słońce. Za kilka godzin zacznie przygrzewać. Naciesz się tym. Rozkoszuj się ciepłem, bo dziś czujesz je po raz ostatni – szef Franklin zaczął się oddalać do swojej kwatery.

- POTWÓR! – krzyknął Jack za nim. Roosevelt nie zareagował, tylko śmiał się pod nosem.

***

Południe. Słońce mocno grzało. Mason i paru innych niewolników pracowali przy załadunku skrzyń na ciężarówki.

- Musimy mu pomóc! – zwrócił się Karol do reszty.

- Wisielcowi? – spytał Mo. – Słyszałeś, co mówił szef Franklin, zabije nas, jeśli spróbujemy!

- Na nic im się nie przydamy po rozładunku ostatniego statku – powiedział Mason. – I tak nas zabiją! Nie mamy nic do stracenia! Poza tym, ten koleś wisi tam przez nas!

- Masz rację – zgodził się jakiś inny niewolnik.

- Powiedz wszystkim, Johnny, uderzamy na nich rano! – Mason załadował kolejną skrzynię.

- Uwaga! Strażnik idzie – ostrzegł ich Mo.

- Przestańcie gadać, bo powiem szefowi Franklinowi! – powiedział Clay stając przed nimi, w ręce trzymał kij.

- Oczywiście, ciężko pracujemy – odparł Mo. Inni kiwali głowami.

***

Roosevelt siedział w swoim wielkim, czarnym fotelu, pijąc kawę. Ze swojego okna widział pogrążonych we śnie oprychów. Było już bardzo późno.

- Przyniosłeś? – spytał szef Franklin, łypiąc na Smitha stojącego przed biurkiem.

- Tak, szefie – podał mu trzy arkusze papieru. Były stare i nadszarpnięte zębem czasu.

Roosevelt przeglądnął je. Pociągnął łyk kawy.

- Czyli TO jest w południowej części Nowego Jorku. A dokładnie gdzie, panie Smith?

Oprych w fioletowej marynarce potarł kark.

- Nie wiem, szefie. Z zapisków wynika, że bardzo często się przemieszczał. Przez wiele lat należał do Benjamina Franklina. Potem do prezydentów Stanów Zjednoczonych. Niedawne wydarzenia w Clarkson przekonały mnie, że ma GO Thomas Edison. Byliśmy u niego w mieszkaniu. Powiedział, że zabrał go jakiś asasyn…

- George… - powiedział szef Franklin, odstawiając na chwilę usta od swojej kawy. – Sprawdziłem go, ale nawet na łożu śmierci nie chciał powiedzieć, gdzie TO schował.

- Potem znaleźliśmy te akta na Brooklynie – mówił dalej Smith – wynika z nich, że ktoś trzeci schował TO w Nowym Jorku.

- Czyli musimy przeczesać dolny Manhattan, Brooklyn oraz te ziemie na południe od New Jersey.

- Staten Island – poprawił szefa Smith.

- Nie ważne. Teraz liczy się odszukanie tego artefaktu – szef Franklin wstał. – Wyślę Czarnych na poszukiwania. Te informacje będą odpowiednimi wskazówkami – Roosevelt wskazał arkusze na biurku.

- Tak jest, szefie – Smith się zawahał. – Ale czy nie lepiej zostawić ich tutaj, aby pilnowali niewolników?

- Nie – Roosevelt pociągnął ze swojego kubka – Przemyt jest tylko dla odwrócenia uwagi, w razie gdyby kogoś z moich ludzi złapano, posądzą go tylko o handel narkotykami. Nie dojdą do tego, co naprawdę robimy. Zresztą, ani Templariusze, ani Asasyni nie przeszkodzą w dziele, jakie stworzę.

- Dlaczego mi to wszystko mówisz? – spytał Smith.

- Bo już na więcej mi się nie przydasz, szpiegu Templariuszy.

Nagle Roosevelt wyciągnął coś zza pazuchy. Smith nie zdążył zobaczyć, co to było. W całym gabinecie rozbłysło światło, pokrywając wszystko i wszystkich w gabinecie. Kiedy zgasło, w pokoju został tylko Roosevelt stojący nad ciałem Smitha.

- Ja też byłem u Edisona – mówił szef Franklin do ciała. – Dowiedziałem się, co zamierzasz ty i twoi przełożeni, dlatego postanowiłem ci w tym przeszkodzić oraz przyśpieszyć moje plany. A i bym zapomniał, w przeciwieństwie do ciebie ja wiedziałem, że Thomas miał dwa artefakty. – Wypowiadając te ostatnie słowa, spojrzał na złotą kulę wielkości jabłka znajdującą się w jego dłoni.

***

Jack wisiał na maszcie flagowym, obserwując mały patrol Czerwonych Beretów chodzących po dokach. Strażnik, który został wyznaczony do jego pilnowania na noc, nie bardzo zajmował się tym, czym powinien. Siedział na skrzyniach tyłem do związanego i w najlepsze upijał się butelką whisky oraz zagryzał alkohol kanapką.

Jack spojrzał wzdłuż liny, którą był przywiązany. Maszt flagowy wyglądał na stary. Potem spróbował wymacać, jak jest związany. Po wielu godzinach wiszenia w takiej pozycji zdrętwiały mu wszystkie kończyny, więc zadanie było dość trudne. Przekonał się, że ręce ma przywiązane do szyi, skąd lina biegnie do masztu flagowego, a potem w dół do metalowych prętów. Zastanowił się przez chwilę.

Wisielec zaczął się kołysać z lewej na prawą. Bujał się coraz mocniej. W końcu maszt nie wytrzymał. Spadając na dół zerwał drugą część liny przywiązanej do prętów wychodzących spod betonu. Kiedy znalazł się blisko Jack'a, on ustawił się tak, aby maszt spadł mu na kark. Kiedy dotknął jego ciała, złapał go obydwoma rękami.

Podszedł do strażnika po cichu, po czym z zamachu przyłożył mu masztem, samemu robiąc pełny obrót. Oprych w czerwonym berecie wylądował na betonie. Pewnie kiedy się obudzi, będzie miał wielkiego guza.

Jack poluzował trochę liny swoim prętem. Niestety, to nie wystarczyło, aby użyć ostrzy do przecięcia sznura, ponieważ nie sięgał na tyle, by się uwolnić.

- Może ci pomóc, przyjacielu? – spytał cichy głos.

- Jane?! – zdziwił się Jack. – Smith mówił, że nie żyjesz.

- Czuję się całkiem nieźle, dzięki, że pytasz – Jane wzięła maszt z rąk Jack'a i zaczęła nim majstrować przy sznurze. Nagle coś pękło. Jack znów był wolny. Rozmasował sobie ręce.

- Weź wódkę tego łachudry, Jane – rozkazał. – Musimy się ukryć. – Powiedział to, obserwując kolejny patrol Czerwonych Beretów sprawdzających coś przy dokach.

***

Schowali się za ciężarówkami koło składu ryb z narkotykami. Jack rozmasowywał sobie obolałe miejsca, a Jane zjadła to, co znalazła w torbie koło znokautowanego oprycha.

- Wreszcie wróciło mi krążenie – oznajmił, polewając sobie rany alkoholem. – Jak udało ci się uciec Smith'owi?

- Cóż… - przełknęła kolejny kęs kanapki. – Szłam na posterunek, jak mi kazałeś, kiedy zobaczyłam, że mnie goni, zdołał się jakoś uwolnić.

Jack nie przerywał jej opowieści. Słuchał ze szczególną uwagą. Cieszył się, że ona w ciąż żyje. Ten cały smutek, jaki odczuwał, odkąd go wszyscy opuścili jakby zelżał.

- Biegłam co sił w nogach – skończyła całą swoją kanapkę. – Próbowałam go zgubić, więc po zewnętrznej klatce schodowej dostałam się na dach. Nie było stamtąd żadnego przejścia. Byłam w pułapce. Poczułam taki dziwny ucisk w gardle, nie ze strachu, tylko z czegoś bardziej instynktowego. Skoczyłam więc z dachu na drugi budynek. Nie doleciałam. Spadając złapałam się innej klatki schodowej. Była stara. Dolna część się odłamała robiąc potężny raban. Oprych w fioletowej marynarce, ten no… Smith, mnie nie widział, było ciemno, a obłok kurzu jaki wzbił się po zawaleniu się schodów wcale mu w tym nie ułatwiał. Pomyślał, że spadłam na samo dno i rozbiłam się o beton. Kiedy poszedł, postanowiłam wrócić tutaj i ci pomóc. Dobrze zrobiłam?

- Nie, Jane, powinnaś była zawiadomić policję… - powiedział to oschłym tonem, po czym dodał trochę weselej. - …ale mimo to cieszę się, że wróciłaś.

Jack wstał i się przeciągnął. Jane zrobiła to samo.

- Najpierw musimy uwolnić twojego ojca i innych biedaków.

Wyszli zza furgonetek i po cichu udali się do środkowego budynku. Po drodze zastało ich dwóch oprychów w Czerwonych Beretach. Jack znokautował obydwu. Jednemu z nich zabrał rewolwer. Kiedy dotarli do drzwi budynku, gdzie trzymano niewolników, Jack rozstrzelał strażników pilnujących wejścia. Weszli do środka.

- Tata! – krzyknęła Jane wskakując na ojca. Obudziła go.

- Jane! – Pan Mason przytulił córkę. – Dzięki Bogu! Myślałem, że nie żyjesz!

- Ćssssss… - uciszył go Jack. – Nie ma czasu. Obudź innych, ale cicho.

- A łańcuch? – spytał Mason wskazując na kajdany skuwające wszystkich w jedno ciało.

- To prosty zamek – Jack przyjrzał się zamknięciu. – Myślę, że wystarczy to. – Ze swoich rękawic wysunął ostrza.


12 maja 1931r.

Roosevelt zasnął w swoim gabinecie. Wydarzenia poprzedniej nocy trochę go osłabiły. Nagle jak rażony prądem wstał na równe nogi, przewracając fotel. Wyjrzał przez okno na halę. Do pomieszczenia przez różne otwory wpełzał szary dym.

- POŻAR! – krzyczał szef Franklin wybiegając z gabinetu. Oprychy w większości szybko się obudziły, te wolniejsze były przy okazji skopywane ze swoich posłań. W popłochu zaczęli uciekać z budynku. Pierwsi, którzy wybiegli drzwiami zostali potraktowani wózkami do wożenia towarów. Dostać czymś takim w brzuch mogło od razu powalić na ziemię i w tym przypadku też tak było.

- To pułapka!

- Roosevelt! Każ wyjść swoim bez broni! - krzyczał Jack stojąc wśród zastępów biedaków, którzy zrobili zwarty półksiężyc wokół budynku. Każdy oprych, który próbował wyjść innymi drzwiami także był powalany na ziemię przez byłych niewolników. Niektórzy biedacy zabrali broń palną Czerwonym Beretom. Pewnie nie wiedzieli jak jej używać, ale z pewnością mogło to przestraszyć nie jedną łachudrę.

- Zatrzymamy was do przybycia straży! – krzyczał dalej Jack.

- Podtrzymuj ogień, niech się tli, tylko nie podpal budynku – mówił Mason do biedaków pilnujących, aby dym przez nich wytworzony skutecznie wywabił zbirów z pomieszczenia.

Roosevelt rozkazał oprychom w budynku się uspokoić. Wywoływał w nich taki strach, że go posłuchali.

- Szefie! – do Roosevelta podbiegł John. – Biedacy są wolni, zdrajca też! Czekają tam, to pułapka!

- A więc robaki stały się wężami, co?

- Ech, ech, nie wytrzymamy tu długo – powiedział John kaszląc od dymu. – Co robić, szefie Franklin?

Roosevelt stanął na balkonie i przemówił do wszystkich.

- Weźcie każdą broń, jaką macie! - rozkazując im zza pazuchy wyciągnął złote jabłko. – Wyrżniemy ich i zadowolimy się tym, co już zdobyliśmy! Kto jest ze mną?!

- My! – wszyscy w sali zgodzili się z przywódcą. Każdy z nich patrzył na świecący przedmiot w ręce Roosevelta, po czym chwycili to co mieli blisko siebie i wybiegli na zewnątrz.

- Powinienem był ich zabić wczoraj – powiedział te słowa jakby do siebie szef Franklin, ale John też je usłyszał. – Jestem za dobry, ot co!

***

Na zewnątrz rozpoczęła się krwawa bitwa. Niewolników było więcej, ale oprychy miały lepszą broń i doświadczenie w mordowaniu. Walka toczyła się i toczyła. Obydwie strony traciły dużo ludzi.

- Ciężarówki! – krzyczał Clay zabijając kolejnego wieśniaka ze strzelby. – Przebijcie się do ciężarówek! Trzeba wywieźć towar!

Nagle oczom Clay'ea ukazała się postać w białym, podartym garniturze. Ich wzrok spotkał się. Jack wyciągnął swój nowy rewolwer. Clay wycelował w niego strzelbę.

- Już nie żyjesz, zdrajco! - krzyknął i wystrzelił w danej chwili kiedy Jack rozpoczął bieg w jego stronę.

Jack podskoczył, zanim kula go dosięgła. Wylądował na Clay'u przyciskając go stopami do ziemi.

- Nie sądzę – powiedział Jack, strzelając Clay'owi prosto między oczy z rewolweru.

Bitwa trwała dość długo, ale w końcu się skończyła. Biedaków zostało z czterdziestu, a oprychów z dziewięciu. Byli jedynymi, którzy się poddali. Inni zginęli.

Biedacy skuli ich w łańcuchy, w których kiedyś sami byli. Odebrali im broń i teraz sami celowali do swoich dawnych strażników. Teraz musieli poczekać, aż policja przyjedzie ich zamknąć i skonfiskować towar rozprowadzany w rybach.

- Gdzie Roosevelt? – spytał Jack Masona, opatrującego rany staremu Mo. Koło niego stała Jane.

- Zniknął, razem z trzema ciężarówkami i paroma ludźmi – odparł.

- Ech – powiedział Jack wypuszczając rewolwer z ręki. W tej bitwie zużył pięć magazynków.

- Nie martw się – pan Mason poklepał go po plecach. – Jeszcze go znajdziesz.

- Mnie nie zależy na dopadnięciu go – przetarł sobie czoło. – Tylko na zdobyciu TEGO przed nim.

- Czego?

- Nieważne. Co zamierzasz teraz zrobić, Karol? Wrócisz do baraków?

- Nie – Mason się roześmiał. – Odłożyłem pewną sumę na wyjazd do Polski. Zawsze czekałem na podobną okazję jak ta, aby uwolnić się od tego przeklętego miasta. Chcę pokazać Jane jej korzenie. Niech pozna trochę świata.

- Życzę wam wszystkiego dobrego – Jack uściskał Jane, a potem podał rękę Masonowi. – Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.

- Z pewnością, Jack! - Jane cmoknęła go w policzek.

Kiedy zostawił za sobą doki KR Inc. wyciągnął za pazuchy zwitek papieru, na którym był rysunek pochodni oraz napis „światło wskaże ci drogę”.

Jeszcze was wszystkich dopadnę Templariusze, ale póki co zdobędę ten artefakt przed Rooseveltem i odbiorę mu moje miecze!

<<<< Wstecz Dalej >>>>
  • Autor: Crash72
  • Data dodania: 10-10-2011
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Przeznaczenie bogów wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (3)

1. mateusz812313-10-2011, 12:13Przeczytałem całe opowiadanie i jest dobrze, bo nie ogarnęło mnie znużenie, jednak do rewelacji temu daleko. Do zarzucenia mam ze trzy błędy, które rażą: - Czemu ten asasyn używa mieczy zamiast broni palnej? Ja rozumiem, że stara się być szlachetny, etc. etc, jednak czemu używa mieczy w czasach broni palnej? Zrozumiałbym sztylety, ale miecze?... To dość dziwne, moim zdaniem; - Na przyszłość radziłbym jakoś oddzielać myśli bohaterów, bo gdy była przedstawiona myśl Roosvelta (który z tego co zrozumiałem walczy zarówno z asasynami jak i templariuszami?) nie dałeś niczego w stylu "pomyślał", przez co odniosłem wrażenie, że to była myśl narratora; - Niektóre dialogi bohaterów wydawały mi się irracjonalne, dziecinne i lekko naciągane. Oczywiście, to tylko moje wrażenie, jednak czasami wydawało mi się to trochę nierealistyczne. Ok, a teraz przejdę do plusów: + Czas i miejsce akcji - rzygam Eziem, Altairem, renesansem itp. W końcu jakieś porządne czasy z wyrazistymi postaciami; + Opisy - chodzi mi o sytuację ludzi, miasto, bo doskonale potrafiłem sobie wszystko wyobrazić. Świetna robota! + Klimat - ponury klimat świata przestępczego wciągnął mnie i cóż, mogę powiedzieć? Podsumowując: chętnie przeczytam kontynuację (jeśli takowa powstanie).
2. mateusz812313-10-2011, 20:36Z przyjemnością przeczytam trzecią część. Mam nadzieję, że powyjaśniasz kilka rzeczy i w interesujący sposób dokończysz opowiadanie :) Jeśli masz już gotowe to zrób ostateczne poprawki i prześlij Wedze, bo jestem ciekaw, co się dalej wydarzy ^^
3. Crash72713-10-2011, 20:58Dzięki za dobre intencje. Zrobiłem ostateczne poprawki cz.3 i cz.4 i już wysłałem. Mam nadzieje że przypadnie ci do gustu. :D

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2019 zakon-ac.info • there is only ZAC
000
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#: