Zakon Assassin's Creed


Kroniki Nowego Jorku

1 maja 1931r.

Nacisnął guzik, a całe Stany wstrzymały oddech. Nastąpiło oficjalne otwarcie najwyższego budynku świata.

Kamery rejestrowały cały czas prezydenta. Jego fałszywy uśmiech, przylizane włosy, ciemny garnitur i czerwony krawat. Siedział za wielkim biurkiem nadal trzymając rękę na przycisku. Z tyłu, przez okna do prezydenckiego gabinetu, wlewały się światła latarni sprzed Białego Domu.

Wygłosił orędzie. Wszyscy w pomieszczeniu słuchali jego słów, jakby była to ich wypłata, której w tych czasach tak brakuje. Dziennikarze, reporterzy, miliony rodaków siedzących przed telewizorami oraz On. Zakapturzona postać stojąca w cieniu, na uboczu. Niezauważalny.

Kiedy ludzie wyciągnęli wielkie statywy z pomieszczenia, a reszta wyszła, zostali tylko prezydent i On. Człowiek za biurka potarł ręce i wyciągnął jakiś arkusz. Zakapturzona postać wyszła z cienia.

- Witam, Panie Prezydencie – ukłon był zbyt przesadny.

- Jack – prezydent nie był zdziwiony. Oparł się o biurko.

- Wiesz, po co tu jestem – zakapturzona postać skrzyżowała ręce na piersi. Dopiero teraz można było zauważyć, że ma na sobie biały garnitur i czerwony krawat, jak prezydent. Zza kołnierza wychodził mu kaptur zakrywając oczy, czoło i nos. Tylko niewielki zarost nie pasował do tej schludnej postaci oraz dwa miecze przytwierdzone do pasa.

- Widziałeś to – prezydent się uśmiechnął. – Budynek, który ma 381 metrów. To… to jest przyszłość. Udowadnia to, że człowiek może zrobić wszystko…

- Nie, nie wszystko.

- Daj spokój, Jack.

- Nie dam do czasu, kiedy rozstrzygną się pewne sprawy, Panie Prezydencie – w jego ustach brzmiało to jak obelga, a nie najwyższy urząd w USA.

- Myślisz, że może być coś gorszego niż Wielki Kryzys?! – prezydent zrobił kółko ręką.

- Ja to wiem. Od znalezienia tego artefaktu zależy przyszłość całego świata, a nie tylko USA.

- Ech. – Prezydent podsunął arkusz bliżej stojącej postaci. – Nazywa się Franklin. Franklin Delano Roosevelt. 49 lat. To on spowodował ten zamach w Clarkson dwa miesiące temu. Przebywa aktualnie w Nowym Jorku.

Jack podniósł arkusz. Otworzył. Wyjął zdjęcie i wyrzucił resztę do śmietnika koło biurka.

- To mi wystarczy.

Prezydent odwrócił się przodem do okien. Wyciągnął starą fajkę i włożył ją w swoje usta. Nie lubił palić, ale robił to, gdy się denerwował.

- Jeszcze jedno, Jack, on zabił Georga… - odwrócił się. Zakapturzonej postaci nigdzie nie było. Tylko stary gabinet. Mocno oświetlony i gustowny.

Do pokoju weszło pięciu ochroniarzy.

- Panie Prezydencie Hoover, limuzyna czeka – powiedział jeden z nich.


9 maja 1931r.

Noc. Nowy Jork wcale nie pogrążył się we śnie. Żył i czekał. Żółte taksówki wolno sunęły słabo oświetlonymi ulicami. Drzewa z Central Parku stały się puszczą mroku. Gdzieniegdzie paliły się drobne ogniska, przy których siedzieli mali, szarzy, zmarnowani ludzie. Było ich zadziwiająco mało jak na ówczesne czasy.

Chłopiec biegł ile sił w nogach przez Central Park. Nie było to łatwe zważywszy, że miał kajdany na nogach. Baraki i prowizoryczne chaty co jakiś czas zagradzały mu drogę. Biedacy siedzieli po kątach. Żaden nie zwrócił na niego uwagi. Nagle chłopiec poślizgnął się i wpadł w kałużę błota. Podniósł głowę. Stała nad nim zakapturzona postać.

- Nie jesteś jednym z nich. – Dzieciak patrzył na dwa miecze przytwierdzone do pasa nieznajomego. – Pomóż mi! Nie pozwól im mnie złapać.

Zza drzew i baraków wyszło z czterech oprychów. Wszyscy ubrani w poniszczone swetry lub garnitury. Każdy z nich miał czerwony beret na głowie. Nad nimi przez gałęzie drzew widać było nowo otworzony budynek. Jasno oświetlony Empire State Building.

- Odejdź, łachudro, a nic ci się nie stanie! – powiedział największy, ubrany w pomarańczowy sweter poplamiony krwią. Inny, w fioletowej marynarce, wyciągnął pistolet. Reszta przyszykowała sobie jakieś deski jako prowizoryczne pałki.

- Ten chłopiec jest skuty, ale wy nie wyglądacie na policję – zakapturzona postać podniosła chłopaka na nogi. – Kim jesteście aby mi rozkazywać?!

- Zadajesz za dużo pytań, przybłędo! – powiedział duży oprych.

- Zabić go! – krzyknął ten w fioletowej marynarce strzelając wprost w nieznajomego.

Osobnik w białym garniturze i czerwonym krawacie lekko się ruszył sprawiając, że kula go ominęła.

- Stań za mną, chłopcze! – powiedział, wyjmując dwa miecze zza pasa.

Pierwszy, który zbliżył się do zakapturzonej postaci, padł na ziemię od cięcia szablą. Drugi stał się żywą tarczą przed pociskami łachudry w fioletowej marynarce. A ten w pomarańczowym sweterku stał się Panierowanym Mieczami Szaszłykiem.

- Zginiesz za to, przybłędo! – krzyknął ostatni oprych, mierząc pistoletem w zakapturzoną postać, która jeszcze nie zdążyła wyciągnąć mieczy z ciała swojej ofiary.

Nagle pojedynczy kamień trafił go w głowę. Łachudra osunęła się na ziemię.

- Dobry rzut, chłopcze – powiedziała biała postać, stając nad strzelcem. – Jestem Jack. A teraz, powiedz, o co chodzi. Zacznijmy od twojego imienia.

- Jestem Jane. Jane Mason. – Dopiero teraz Jack zauważył, że nie była chłopcem. Była tylko tak ubrana. – Pochodzę z tamtych baraków, z północnej części parku. Mój ojciec pracował przy budowie tego olbrzymiego budynku – wskazała Empire State Building.

Biedacy do tej pory nie zwracający na nich uwagi rozeszli się, jakby po drugiej stronie parku działo się coś ciekawszego. Zakapturzona postać zaciągnęła nieprzytomnego pod drzewo.

- Zdejmij pasy zabitych – rozkazał małej. – Mów dalej.

- Biedacy z całego Central Parku byli zatrudniani jako tania siła robocza do budowy tego obiektu – znów wskazała na najwyższy budynek Nowego Jorku, zdejmując jednocześnie pasy z ciał oprychów. – Po zakończeniu pracy znowu wszyscy zostali bezrobotni. Nagle przybył do nas jakiś dziwny człowiek. Nazywał się Franklin i powiedział, jak zaradzić temu problemowi. Powiedział, że w południowych dokach znajdą zatrudnienie.

Jack związał pasami bandziora. Bardzo mocno i dokładnie.

- Kiedy wchodziliśmy do zakładów, nikogo nie dziwiły wysokie mury zakładu – kontynuowała Jane. – Myśleliśmy, że chodzi o ochronę pracowników. Niestety, szybko Franklin i jego ludzie pokazali, do czego tak naprawdę były potrzebne. Uczynili z nas niewolników. Harowaliśmy przy wyładunku ryb od świtu do zmierzchu. A kiedy szliśmy spać, skuwali nas wszystkich jednym łańcuchem, abyśmy nie uciekli. Skończył się im alkohol, więc wysłali czterech ludzi i mnie jako zakładnika. No… bo mój tatuś jakby dowodził biedakami do czasu, kiedy nie znaleźliśmy się w tym porcie. Jakoś udało mi się im uciec, a oni za mną pobiegli. Tu. Do Central Parku.

- No, nareszcie masz wolne nogi – Jack pracował przy jej kajdankach od połowy opowieści. – Kiedy zacznie się rozładunek statku 203?

- Zacznie się lada dzień! – Jane rozmasowała sobie kostki. – Skąd wiesz, jaki numer ma ostatni statek do rozładunku?

Kiedy rozładują największy ładunek, niewolnicy nie będą im już potrzebni. Jack schował swoje miecze za pas.

- Co mam powiedzieć twojemu ojcu, aby mi zaufał? – spytała zakapturzona postać.

- Przypomnij mu dzień, jak pierwszy raz w życiu przyniosłam do domu więcej pieniędzy niż on zarobił przez cały rok – powiedziała. – To znaczy, że nam pomożesz?

- Zrobię co będę mógł. A teraz biegnij na komisariat i powiedz policji to samo, co mnie.

- Dziękuję, panie Jack.


10 maja 1931r.

Miły świt Jack'owi zepsuł smród ryb unoszący się w powietrzu. Powoli zbliżał się do południowych portów Manhattanu. Latarnie już zgasły, a brudne ulice zostały oświetlone blaskiem słońca. To miasto nigdy nie śpi, więc Jack'a dziwiło, że w tej części dzielnicy nikogo nie zastał. Nawet samochodu. Poprawił sobie miecze i sprawdził, czy nadal ma rewolwer za pazuchą. Zdjął kaptur i rozczochrał sobie włosy. Musiał wyglądać na kogoś trochę biedniejszego, niż w rzeczywistości był, aby jego plan zadziałał.

Zobaczył przed sobą bramę portu należącego do KR Inc. Przed nią stało dwóch bandziorów przyozdobionych czerwonymi beretami. Obaj przy pasie dzierżyli strzelby.

- Stój, nie zbliżaj się! – warknął pierwszy.

- Kim jesteś?! Czego chcesz?! – powiedział drugi.

- Jestem najemnitą. Słyszałem, że znajdę tu robotę – odparł Jack.

- To źle słyszałeś! Wynocha! – ten drugi wskazał mu drogę strzelbą.

- Może mnie zmusisz?! – Jack złowieszczo się uśmiechnął.

- Och, żesz ty…! Już jesteś trupem – nie zdążył wypalić z broni, ponieważ dziwnym zrządzeniem losu już znajdowała się w rękach człowieka ubranego w biały garnitur, który jednym ruchem powalił obydwu na ziemię.

- Nie dacie rady nawet jednemu! – przyłożył im jeszcze raz strzelbą. – A teraz prowadźcie mnie do szefa!

Nie odpowiedzieli. Jęcząc, wstali na równe nogi.

- JUŻ! – krzyknął Jack.

- Tak panie, już prowadzimy… - obydwaj kulili się ze strachu.

- Chodź za mną, zaprowadzę cię – powiedział drugi.

- Myślę, że jednak nam się przydasz – powiedział pierwszy patrząc, jak tamci odchodzą w głąb doków.

Cały kompleks składał się z trzech wielkich budynków, ułożonych w podkowę przed dokami, gdzie cumowały statki. Wszystkie zbudowane były z czerwonej cegły. Pierwszy z lewej służył jako hangar na ryby. Było to widać po ciężarówkach ze skrzyniami oraz stamtąd czuć było najgorszy smród. Drugi jako budynek dla niewolników. Wiedział to Jack, ponieważ był teraz opuszczony i najmniej zadbany ze wszystkich. Natomiast ostatni, oddalony jak najdalej od innych, służył jako dom dla bandziorów oraz zapewne dla ich szefa. Można było to poznać po tym, że był czysty oraz z szeregu oprychów stojących przed wejściami.

Bandzior poprowadził Jack'a do tego ostatniego budynku. Po schodach dotarli na balkon, z którego było proste wejście do małego pomieszczenia znajdującego się nad halą. Jack zza barierki widział niewolników ustawiających skrzynie w wielkie stosy. Na pięciu biedaków przypadało dwóch oprychów pilnujących każdy ich ruch. Jack i bandzior weszli do pomieszczenia.

Gabinet zawierał tylko dwie szafy i jedno biurko, za którym znajdowało się okno, z widokiem na całą halę oraz doki. Na wielkim, czarnym fotelu siedział chudy człowiek w eleganckim stroju. W lewej ręce trzymał kubek z kawą. Miał podłużną twarz i ulizane włosy. Wyglądał na smutnego, ale w jego oczach czaiło się jakieś zło. Takie jak u miejskiego chuligana, który odcina ogony bezpańskim psom.

- Jestem szef Franklin – powiedział Roosevelt, opierając łokcie o biurko. – Kim jesteś i czego chcesz?

- Nazywają mnie Jack, od Jack'a Rozpruwacza. Jestem najemnitą. Wpadłem na twoich czterech ludzi wczoraj wieczorem. Powiedzieli, że zawsze szukasz strażników do swoich robotników.

- To prawdziwy twardziel, szefie! – powiedział łachudra, który go tu przyprowadził.

- To, co mówisz, może być prawdą skoro wiesz, że tu jesteśmy. – Roosevelt pociągnął łyk swojej kawy – Chociaż, może przysłały cię tu WŁADZE!

- A na co byłaby ta cała maskarada? – Jack bardzo dobrze umiał naśladować oprycha, ponieważ robił to już wiele razy. – Czy nie prościej przysłać tu policję, aby wystrzelała was co do jednego?!

Szef Franklin zmierzył Jack'a wzrokiem. Zatrzymał się na chwilę przy jego mieczach. Znowu pociągnął łyk ze swojego kubka.

- Dobrze – powiedział oschle. – Na razie ci wierzę, Jack. Jesteś jednym z nas, ale jeśli zdradzisz, sam cię zabiję. Rozumiesz?

- Tak, szefie.

- Clay, zabierz go do doków – rozkazał Roosevelt stojącemu za Jack'iem łachudrze. – Pokarz mu wszystko!

Kiedy wyszli, szef Franklin wstał. Podszedł powoli do okna. Wziął łyk swojej kawy. Tamci wrócą za parę godzin, wtedy sprawdzę jego historię. Zaczął śledzić wzrokiem Jack'a i jego przewodnika. Znów pociągnął z kubka. Na razie będę miał go na oku. Jakoś mu nie ufam.

***

Do zmierzchu zostało jeszcze dziewięć godzin. Z portu widać było statki płynące po rzece Hudson oraz zgiełk New Jersey. Wielkie okręty zdobiły także doki. 202 i 203. Niewolnicy znosili ciężkie skrzynie, ze statków, wyładowane rybami po brzegi, a Czerwone Beret skrupulatnie ich pilnowały. Biedacy byli zmęczeni i ciężko pobici. Jack'a znów uderzył smród ryb.

- John! To jest Jack, szef go wynajął! – krzyknął Clay do strażnika przy dokach.

- Dobrze, każda pomoc się przyda – odpowiedział mu oprych zwany John. Był wielki, ubrany w białą koszulę i czarną kamizelkę. Przy pasie miał dwa pistolety. – Biedacy to takie nieroby, że cały czas trzeba im patrzeć na ręce! Musisz im pokazać, kto tu rządzi!

- Dobra! Który jest szefem? – spytał Jack, lustrując robotników.

- A ten tam, duży – John wskazał grubego, z bujnym zarostem staruszka znoszącego skrzynię z pokładu.

Jack wyminął Clay'a oraz drugiego oprycha.

- Co on robi? – spytał John bandziora stojącego koło niego, patrząc jaki ich nowy towarzysz zbliża się do statku 203.

Jack nie poczekał, aż ojciec Jane zejdzie z wąskiej kładki, tylko na nią wszedł.

- Obijasz się, larwo! – krzyknął skopując Pana Masona do wody. Bardziej zainteresowane bandziory stanęły koło John'a i zaczęły podziwiać ten niecodzienny spektakl.

Ojciec Jane próbował wyjść z wody po drabince koło pomostu. Kiedy na niej był, Jack schylił się nad nim i złapał go za fraki, po czym przyłożył mu rewolwer do czoła.

- Nie kombinuj, śmieciu! – krzyknął Jack mu prosto w twarz, po czym dodał ciszej. – Ty jesteś szefem biedaków z Central Parku?

- Wiesz, że ja! – Ojciec Jane nie starał się mówić cicho. Pewnie nie lubił mieć przytwierdzonej lufy do skroni.

- Przysyła mnie Jane – powiedział półszeptem Jack.

- JANE?! – Pan Mason prawie krzyknął.

- Ćśśśś… - uciszył go Jack przyciskając mu rewolwer do głowy, poczym dodał głośniej. – Właź na pomost, larwo!

Jack wciągnął Pana Masona jedną ręką. Kiedy szef biedaków podniósł się na nogi, Jack znów przyłożył mu broń do głowy.

- Jane jest bezpieczna, a pomoc w drodze – po czym dodał głośniej. – Zachowuj się, śmieciu!

- Dlaczego mam ci zaufać? – spytał półszeptem ojciec Jane.

- Powiedziała, bym przypomniał, ci jak raz przyniosła do domu więcej pieniędzy niż ty zarobiłeś przez cały rok. RUSZAJ SIĘ, KUPO ŁAJNA!

Pan Mason uśmiechnął się.

- Jaki ja wtedy byłem dumny… - rozmarzył się. – Nie opowiedziała by ci tego, gdybyście nie byli przyjaciółmi. Jestem Karol. To polskie imię. Co robimy?

- Musimy dotrwać do przyjścia policji. Do tego czasu, zrobię co będę mógł. BEZUŻYTECZNE ŚCIERWO! Lepiej wrócę do tamtych, za nim nabiorą podejrzeń. Pogadamy później. TO TYLKO OSTRZEŻENIE, JEŚLI JESZCZE RAZ ZOBACZĘ, JAK SIĘ OBIJASZ, OBETNĘ CI USZY!

- Tak, panie – Karol Mason nie mógł powstrzymać uśmiechu.

- A teraz przestań kłapać pyskiem i bierz się do roboty! NĘDZNY PIES!

Jack schował rewolwer za pazuchę i powrócił do małej grupki bandziorów, którzy obserwowali ich przez większość czasu.

- Dobra robota, Jack! – John klepnął go w plecy, a on prawie nie zwrócił płuc.

- Świetnie ci poszło! – pogratulował Clay.

- Jak mówiliście, trzeba pokazać im kto tu rządzi! – odparł buńczucznie Jack.

***

Noc zapadła na dworze. Światła Nowego Jorku świeciły przez okna hali, gdzie spotkały się wszystkie łachudry, aby zabawić się i trochę popić. Niektórzy tańczyli na skrzynkach i śpiewali jakieś sprośne piosenki. Inni jedli na umór, mając za nic dobre maniery. Hala była na tyle wielka, że jak dodało się jeszcze śpiewy pijanych czterdziestu ludzi, to odgłos był wprost ogłuszający.

Jack siedział na skrzyni jak najbliżej wejścia. Koło jego nogi leżała pusta butelka po whisky. Nagle podeszła do niego osoba w zielonej koszuli. Pytanie samo się nasuwało, czy to on był zalany w trupa, czy to trup był zalany w niego. Na pewno nie mógł prosto chodzić.

- Jak to dobrze, że niedługo przywiozą kolejną porcję wódki – powiedział, klepiąc Jack'a po plecach.

Jack uśmiechnął się. Wiedział, że dostawa nigdy nie dotrze.

- Zrobiłeś dobrą robotę, kolego! – pijak usiadł koło niego. – Naprawdę pokazałeś tym biedakom, gdzie ich miejsce!

Wyciągnął butelkę Burbona zza pazuchy. Pociągnął porządny łyk, po czym podał swojemu towarzyszowi. Jack nie napił się, tylko położył butelkę koło skrzyni.

- Jesteś w porządku! Dobrze, że do nas przystałeś, zanim stąd odejdziemy! – kontynuował pijak.

- Hę? O czym mówisz? – Jack dobrze udawał zaskoczenie.

- Musimy dowieść te skrzynie do roznosicieli. Bo widzisz, kolego. W tych rybach transportujemy kokainę.

- Koka-co? To jakiś rodzaj tytoniu?

- Nie. To coś o wiele mocniejszego i bardziej uzależniającego. Szef Franklin mówi, że dzięki temu całkowicie zmienimy rynek.

- A co zrobicie z biedakami?

- Wsadzimy ich do jednego budynku i podpalimy. Będzie to wyglądało na nieszczęśliwy wypadek. No… i nie będzie żadnych świadków.

Pijak podniósł swoją butelkę, wziął łyk i zataczając się wrócił do innych biesiadujących.

Kokaina. Ale gdzie jest ar…? Jack spojrzał na okna gabinetu powyżej sali. Wstał, poprawił swoje miecze przy pasie. Ruszył do schodów prowadzących na balkon. Nie musiał się ukrywać, w takim towarzystwie to jak jeść sztućcami. Odrażające.

Stanął przed schodami. Spojrzał w górę. Około sześciu oprychów stało na balkonie lustrując wszystko poniżej. Nie wyglądali jak reszta. Nie byli brudni ani upici. Nie mieli też czerwonych beretów, tylko czarne. Gdybym tam wszedł, zagrodziliby mi drogę. A nie wyglądają na zbyt rozmownych.

Jack wziął pierwszą lepszą, pustą butelkę po alkoholu i uderzył nią w głowę najbliżej stojącego obdartusa.

- ROZRÓBA! – krzyknął. Na chwilę zapadła cisza, po czym wszyscy rzucili się na siebie. Co to robi alkohol w połączeniu z dobrą zabawą.

Butelki, deski oraz zęby latały w powietrzu, jakby były rozjuszonymi muchami. Jack pośpiesznie wspiął się po schodach. Trzech pierwszych oprychów zrzucił z balkonu, zanim pojęli, co się stało. Nad jednym przeskoczył, w danej chwili, kiedy dwóch ostatnich skoczyło w jego stronę. Nie zdążyli wyhamować, więc wpadli na swojego kumpla.

Jack rozłożył ręce. Z obu rękawów wysunęły się ostrza. Po dwa z każdej rękawicy. Każde z nich było grawerowane i ze srebra. Przebił nimi leżących oprychów.

Podszedł do drzwi gabinetu. Wsunął ostrze do zamka. Przekręcił je i wyciągnął. Zabezpieczenia puściły, a Jack wszedł do środka. Gabinet był ciemny, ale przynajmniej niestrzeżony. Z okien można było podziwiać widok na piękną rozróbę poniżej.

Jack podszedł do szafki z naklejką „dokumenty”. Otworzył ją i zaczął przeglądać. Były tam jakieś akta, rozliczenia i wypłaty dla łachuder. Przeglądał dalej, aż trafił na dziwny arkusz papieru. Był na nim napis w jakimś dziwnym języku oraz rysunek pochodni. Poniżej już po angielsku było napisane „światło wskaże ci drogę”. Jack schował ją za pazuchę.

- Jack, mamusia nie uczyła cię, że nie powinno grzebać w nie swoich rzeczach?

Jack odwrócił się. W drzwiach stał Roosevelt. A przed nim dwóch, tych czystszych oprychów. Trzymali karabiny.

- Wróciła do nas pewna osoba, której nie spodziewałeś się ujrzeć żywej, Jack – kontynuował szef Franklin. Wyszedł z przejścia, odsłaniając oprycha w fioletowej marynarce.

- Powinieneś mnie wykończyć, kiedy miałeś okazję, łachudro – powiedział, wyciągając swój pistolet, oprychy podniosły broń.

- Zabić go! – krzyknął szef Franklin.

Bronie wystrzeliły. Dla zwykłego człowieka trwałoby to tylko sekundę, ale nie dla Jack'a. Adrenalina sprawiła, że dosłownie widział kule zmierzające w jego stronę. Zrobił to, co tylko mógł. Wyskoczył przez okno, unikając wszystkich pocisków.

Skok z takiej wysokości powinien połamać obydwie nogi zwykłej osobie. Jack nie był zwykłą osobą. Wylądował na dwóch oprychach, zwalając ich z nóg. Jemu samemu nic się nie stało.

Gdy tylko się podniósł, pobiegł w stronę drzwi. Nie było łatwo przedrzeć się przez stada bijących się łachuder. Nagle coś dużego przygwoździło go do ziemi. Był to John.

- Nie uciekniesz nam tak łatwo, pętaku.

Jack nie mógł się ruszyć. Powoli tracił powietrze z płuc. Dusił się. Nagle John podniósł go nad własną głowę, po czym mocno uderzył nim w posadzkę. Jack nie był wstanie się podnieść. Spojrzał w górę, w tej samej chwili kiedy John na niego skoczył. To była ostatnia rzecz, jaką zobaczył.

Dalej >>>>
  • Autor: Crash72
  • Data dodania: 10-10-2011
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (5)

1. Crash72713-10-2011, 21:02Wszystkim, którzy przeczytali opowiadanie i im się podobało proszę o dobry komentarz. Jeśli nie mogą go wstawić dziękuje za samo przeczytanie :DJeśli wam coś się nie podobało lub czegoś zabrakło piszcie.
2. Ellendil Sertanhil13-10-2011, 23:07Ogólnie dość ciekawe, mimo paru błędów...
3. Claudia_Auditore526-10-2011, 01:26Ej! Jak mogłeś uśmiercić Jacka? Foch!Po za tym opowiadanie bardzo mi się spodobało ^^
4. Raisman527-11-2011, 00:02Świetne! Gratuluje pomysłu.
5. Anders33309-01-2012, 20:51Stary... Powinieneś książki pisać! Ale część 3 trochę bez sensu

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
080
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza