Zakon Assassin's Creed


Banici

Nie ufaj obcym!

Pół roku temu zlikwidowałem dwa ostatnie cele. Andrzej Frycz Modrzewski, skazany na śmierć przez bractwo, za głoszenie irenizmu. Ciało jego przeniesiono do sanktuarium asasynów, utworzonego w podziemiach Warszawy, warsztat jego spalono. Na szczęście zachowałem jedno z jego dzieł. Nie wiedzieć czemu, książka ta przykuła moją uwagę. Na skórzanym grzbiecie tomiku wygrawerowano tytuł „O naprawie Rzeczpospolitej”. Dopiero teraz przeczytałem tę książkę i teraz zrozumiałem, dlaczego ów został skazany.

Drugim celem był szlachcic herbu Oksza. Mikołaj Rey. Skazany na śmierć przez bractwo za bratanie się z lutrami i kalwinami, za głoszenie antykatolickich prawd, oraz za rozpowszechnianie humanizmu. Mądrych kościół nie lubił. Został zabity w Okszy. Ciało, podobnie jak poprzednika, przewieziono do sanktuarium.

Ktoś taki jak ja wiedział za dużo. Zbytkiem łaski pozostawiono mnie przy życiu, zdeklasowano mnie do rangi zwykłego parobka. To był błąd bractwa. Przez ostatnie miesiące zdołałem odzyskać to, co cenne dla każdego asasyna. Dziś wróciłem do zajęć z przeszłości, z jedną subtelną różnicą, nie obowiązywał mnie kodeks.

Pierwsze zlecenie otrzymałem od szlachcica. Rzecz jasna, dotyczyło innego szlachcica. Pewnego Brodacza herbu Korwin. Filozof, pisarz, poeta. Nie wiedzieć czemu, ostrzeżono mnie przed nim. Mój zleceniodawca powiedział mi, że cel jest równie wprawny we władaniu mieczem, co w filozofowaniu.

Jest zima. Rok 1550.

Zakapturzona postać smagała dachówki gdańskich kamienic. Była noc, ale śnieżny płaszcz odbijający delikatne światło księżyca tworzył doskonałe warunki do obserwacji. Obiekt przeszedł na drugą stronę ulicy. Przebywający na szczycie zmuszony był do wykonania skoku, na dachy równolegle biegnących budynków po przeciwnej stronie brukowanej drogi. Dystans dzielący go od przepaści wykonał na rozbieg. Wybił się odpowiednio mocno i złapał się poręczy balkonu. Zamortyzował uderzenie ciałem, powstrzymując impet siłą wszystkich mięśni. Wdrapał się na dach kolejnego domku i kontynuował obserwację.

Opuściłem moje lokum w dzielnicy portowej. Odziany w strój zwykłego mieszczucha ruszyłem w poszukiwaniu celu. Z moich obserwacji wynikało, że naznaczony śmiercią przez mego chlebodawcę mężczyzna wraca od swojego przyjaciela, drobnego szlachetki, do swego domu. Jeszcze raz poprawiłem wiszącą u pasa szaszkę, sprawdziłem ułożenie lewaka w rękawie.

Lewak był moim osobistym wynalazkiem. Ciasna pochwa przytwierdzona do rękawów przyległego do skóry stroju. Przy gwałtownym wyprostowaniu przedramienia, osłaniana rękojeść sztyletu wysuwała się wprost w lewą dłoń, umożliwiając atak znienacka, lub szybką defensywę przed atakami przeciwnika. Wszystko działało jak należy.

Zbliżałem się do skupiska kamienic. Byłem blisko celu. Czułem to, wiedziałem to, a mimo wszystko odczuwałem jakiś niepokój ducha. Coś ciągle kazało mi wrócić do mojego schronu. Zabiłem w swoim życiu dziesiątki ludzi na zlecenie. Już dawno zapomniałem czym jest stres, jak działa i jak bardzo hamuje trzeźwe myślenie. Przystanąłem na chwilę, zrobiłem kilka głębokich wdechów i ruszyłem, powtarzając sobie, że jest to zapewne spowodowane działaniem na nowej ścieżce. Po chwili znalazłem się blisko celu.

Brodacz obracał chaotycznie głową na wszystkie strony, jakby szedł w obawie, że jest śledzony. Intuicję miał dobrą, ale ten strach przyniesie mu zgubę. Widziałem, jak rozglądał się za kolejnymi grupkami strażników i wędrował za nimi tak, aby w końcu znaleźć się bezpiecznie blisko domu. Postanowiłem nakierować go w odpowiednie miejsce. Pchnąłem jednego z przechodniów na innego, powstał ogólny zamęt, strażnicy ruszyli się w kierunku zamieszania. Mój cel nie ryzykował wplątaniem się w tłum, bał się ukrytych ostrzy, tak jak myślałem. Ruszyłem w boczną ścieżkę, by obejść naznaczonego i zajść go od boku.

Spacerujący po dachach obserwował maszerującego ścieżkami Gdańska szlachetkę. – Spokojnie, nic ci nie będzie - powtarzał w myślach komunikat, jakby miał nadzieję, że ten dojdzie w cudowny, telepatyczny sposób do adresata. Szedł równo z nim. Z prawej jego strony dostrzegł jakiś ruch. Delikatny, koci, niemal niedostrzegalny i pewnie niczego by nie zoczył, gdyby nie odbijający światło księżyca śnieżny kożuch. Przeszedł po kładkach rozmieszczonych między budynkami. Kładki te były niemal wszędzie. Tworzyły górne ścieżki dla kominiarzy i strażników, by ułatwić im przemieszczanie się po dachach. Niektóre stare, spróchniałe i diabelnie śliskie tworzyły ogromne zagrożenie dla niedzielnych poszukiwaczy przygód. Tajemniczy bywalec gdańskich dachów nie należał jednak do tych niezdarnych, którym czasem przyszło się tu zawieruszyć. On znał je na pamięć, w Gdańsku i wielu innych miastach. Teraz dostrzegł tajemniczą postać skrytą w mrokach późnej pory.

Stałem w ścieżce prostopadle przecinającej drogę mojemu celowi. Gwizdnąłem cicho, delikatnie, wydając z siebie zdławiony pół-gwizd. Szlachcic herbu Korwin spojrzał zaciekawiony w mroczny zaułek. Z typową dla filozofa, odkrywcy i każdego innego uczonego ciekawością, ruszył w zapraszającą swym mistycznym mrokiem uliczkę, chcąc sprawdzić jakież sekrety, skarby wiedzy i tajemnice będące kamieniami milowymi w jego badaniach może skrywać spowita ciemnistym całunem biegnąca od karczemnego wychodka ścieżka. Wyszedłem na wprost wścibskiego pisarza. Teraz jawił się przede mną jako sporawy mężczyzna o gabarytach młodego rycerzyka. Broda sięgająca niemal klatki piersiowej dodawała mu sędziwego charakteru. Pod nią jednak dostrzegłem młodą, żądną przygód osobę, rówieśnika. Bowiem tak jak ja nie liczył sobie więcej niż dwadzieścia wiosen.

- Ktoś ty? - Przez niewielką szczelinę, jaką pozostawiała zaciskająca się w przestrachu krtań, wydusił to mające brzmieć hardo pytanie.

- Kodeks uczył mnie - zacząłem z nutą sentymentu - że naznaczony śmiercią ma prawo znać imię wykonującego wyrok, ma prawo prosić o przebaczenie i je uzyskać, ale mnie kodeks już nie obowiązuje. - Sentyment uleciał, wyprostowałem gwałtownym ruchem przedramię dobywając lewaka. Stojący naprzeciw mnie nie czekał już dłużej, zrzucił z siebie płaszcz i dobył ukrytą pod nim szablę. Chciał uchodzić za nieporadnego. Na szczęście mnie przed nim ostrzeżono. Ja również dobyłem dłuższej broni, wciąż trzymając ostrze w lewej dłoni. Zblokowałem kilka silniejszych cięć i zwaliłem się pod kopniakiem wymierzonym w plecy. Przez chwilę leżałem na twardym bruku w pełnej konsternacji, próbując zanalizować to, co się stało. Role się zmieniły, mój cel miał mnie jak na dłoni. Wziął zamach szablą, chcąc odrąbać mi głowę. Ten, który wykonał kopniaka, dobył szybko lewaka i zblokował cięcie. Lewak! Używany w ten sam sposób, co asasyni. Schowany w pochwie pod rękawem, zupełnie jak u mnie.

- Kim jesteś? - spytałem najspokojniej, jak mogłem.

Spojrzał na mnie i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Kodeks uczył mnie, że naznaczony śmiercią ma prawo znać imię wykonującego wyrok, że ma prawo prosić o przebaczenie i uzyskać je, ale... - mówiący zawiesił głos i spojrzał na mnie ufnie - mnie kodeks już nie obowiązuje. Rok temu mnie i kilku innych braci skazano na banicję, teraz niczym sam Oktawian August starają się tępić wszystkich, którzy porzucili kodeks nasyłając nas na siebie. Uważaj, od kogo bierzesz zlecenia.

- Więc role się odmieniły - myślałem nad tym, co powiedzieć, nie wierzyłem w to, co słyszałem - role się odwróciły. Niegdyś wilk, teraz owca. Bractwo nie chciało zabić nas na oczach innych braci, więc okazali nam pozorną łaskę, by wyrżnąć nas poza oczami młodych asasynów, którzy wciąż są podatni na bunt. Czyż nie tak?

- Dokładnie – odpowiedział. - Powinniśmy się sprzymierzyć, działać razem. Wiedząc, kto jest wygnanym, unikniemy, zabijania się nawzajem i będziemy mogli przeciwstawić się bractwu. Pomożesz mi w tym?

- Przykro mi – odpowiedziałem - pracuję sam. - Spojrzałem na niebo, wszystkie zbrodnie przeleciały mi przed oczami, patrzyłem w gwieździste sklepienie wstydliwie, jakby, sam Bóg miał mnie skarcić. - Możesz mnie zabić – rzekłem, pokładając swoje życie w niewiele starszym ode mnie chłopaku.

- Wstań – odpowiedział, chowając lewaka do pochwy. - Idź do domu i przemyśl to coś usłyszał. Zabiję cię następnym razem, jeśli, rzecz jasna, podejmiesz nieodpowiednią decyzję.

- Będę bardziej ostrożny. – Wstałem. - Popełniasz ten sam błąd, co bractwo, puszczając mnie wolno. Drugi raz nie dam się zaskoczyć. - Szlachcic stał i rozważał wszystko, co zobaczył. Ruszyli razem w kierunku domu brodacza. Zostałem sam w ciemnej ścieżce karczemnego wychodka, która skrywała wiele istotnych tajemnic, a to, co się na niej zdarzyło, było kamieniem milowym w moim dalszym życiu.


... bo nigdy nie wiesz...

Poprzedni dzień przyszło mi podsumować na sienniku. Nie mogłem zasnąć całą noc. Dziś moje ego asasyna ucierpiało cholernie. Byłem nieostrożny.

Za czasów bractwa wszelka działalność była planowana na długo przed wykonaniem wyroku, mistrzowie niejednokrotnie sprawdzali strategie młodych zabójców, widać nie bez powodu. Byłem w bractwie od dziecka, żyłem zabijaniem, nigdy nie było miejsca na błędy, a tu nagle, gdy zerwałem się z łańcucha, albo raczej, spuszczono mnie z niego w brew mojej woli i zagubiłem się niczym owieczka, która opuszcza swoje stado. Niegdyś dumny wilk, teraz pieprzona owieczka! Idąc tym tropem, powinienem zacząć szukać pasterza lub psa obronnego - zaśmiałem się w duszy do siebie. - Może miał rację, może powinienem współpracować. Jeżeli ściga nas bractwo, to mnie znajdą i zabiją prędzej czy później, a księgi, które mają ujrzeć światło dzienne, znów zostaną skryte w katakumbach Warszawy. Co robić? Czasu jest niewiele. Skoro asasyni nasyłali na siebie banitów to… to prawdziwy zleceniodawca musi być gdzieś tu w mieście. Powinienem odnaleźć tego pieprzonego szlachetkę i wypytać go, od kogo dostał zlecenie. - Po chwili zastanowienia i ta myśl okazała się być bezsensowną. - Nie, zakon nie bierze byle kogo za powiernika swoich sekretów i nie naraża na śmierć tych, w których w czasie obecnym pokłada nadzieję. Powinienem obserwować mojego godnego pożałowania chlebodawcę, na pewno spotka się z wysłannikiem gildii. Tylko kiedy? Trzeba by im dać jakiś asumpt do spotkania, nie będą go aranżować bez konkretnego powodu tylko po to, żeby narazić się na wzrok wścibskiego wygnańca. Znów cała sprawa kieruje mnie na brodacza i jego dziwnego kompana-siepacza. Powinienem ich odwiedzić, możliwie szybko.

Ubrałem pospiesznie płaszcz i ponownie przytroczyłem leżącą przy wyjściu szaszkę, lewak ciągle był na swoim miejscu. Ruszyłem przez miasto pospiesznym krokiem. Ulice Gdańska jak w każdy czwartek przepełnione były ludźmi, okazja do kupienia towarów spoza miasta trafiała się w końcu raz w tygodniu. Justycjariusz na polecenie starosty generalnego wprowadził swego rodzaju blokadę. Wszelkie towary były kontrolowane.

Nagonkę prowadzono głównie na ludzi zaopatrujących zamtuzy w kobiety oraz na pisarzy i sprzedawców nowoczesnych urządzeń. Tych pierwszych ze względu na szalejący syfilis, tych drugich zaś ze względu na wzmożony ruch reformacyjny będący inspiracją dla wielu pisarzy i pisarczyków. Ostatni z drugimi był mocno powiązany. Po śmierci Floriana Unglera wszyscy działający w ukryciu drukarze chcieli otwierać własne przedsiębiorstwa, a każdy wynalazca znający arkana technik drukarskich chciał sprzedawać swoje matryce na całym świecie. Taki obraz sytuacji nie sprzyjał kościołowi, tak więc każdy przywożący do Gdańska takowe towary był ich pozbawiany i wkładany do aresztu lub odsyłany z kwitkiem, pod warunkiem, że justycjariusz miał dobry nastrój.

Przedarłem się przez tłum stojących na placu ludzi, otrzymując przez to kilka siarczystych określeń godzących w moją osobę. Nie miałem jednak czasu i ochoty odgryzać się szukającym zaczepki mieszczuchom. Po chwili marszu znalazłem się w pobliżu domu szlachcica.

Stanąłem uderzony mentalną pięścią w ciemne do tej pory zakamarki mojego umysłu. Kolejny błąd! Jeżeli zlecenie faktycznie zostało nadane przez asasyna z bractwa, to nie będzie on czekał na informacje od fałszywego zleceniodawcy, tylko sam sprawdzi czy zadanie zostało wykonane. Jeżeli to prawda, to albo jestem obserwowany, albo ów wysłannik już pędzi do warszawskiej siedziby z informacją o stanie rzeczy... nie, to też mi nie pasuje. Jeśli nie zabilibyśmy się nawzajem, to zrobiłby to wysłany asasyn, albo co gorsza cała grupa.

Muszę wywabić ich jakoś z domu. Stanąłem na środku placu i jąłem go taksować badawczym spojrzeniem. - Wpadłem na głupawy pomysł. Poszedłem kilka ulic dalej i zaczepiłem jakiegoś dzieciaka. Miał góra szesnaście wiosen. Wepchnąłem mu w łapę grubą monetę i poinstruowałem go, co ma zrobić. Byłem pewien, że ambitnego pisarza zainteresuje to, co usłyszy. Dzieciak stanął naprzeciw domu z wielkim szyldem, na którym widniał herb Korwin i jął krzyczeć:

- Baldwin Ungler, syn wielkiego Floriana Unglera, za zgodą starosty generalnego otworzył filię wielkiej drukarni Unglerów! - zaciekawieni ludzie zebrali się bezładną masą wokół krzyczącego niczym w amoku chłopca. – Pisarze, zrzućcie kajdany katolickiej ignorancji! - Tak jak myślałem, filozof opuścił swoje legowisko wraz z banitą. Chłopak nie przerywał. - Walczcie z nadużyciami kościoła! Wstąpcie do drukarni Baldwina! Rabat dla… - ludzie nie dowiedzieli się, kto może uzyskać rabat. Chłopak zwalił się na ziemię pod ciosem okutych buciorów straży. Kopali go i bili trzonami gizarm, aż utracił przytomność. Potem zabrali go ze sobą, zapewne do lochu. Sit tibi terra levis – pomyślałem - tak to już jest, że coś trzeba poświęcić, aby inne zyskać. Tłum gapiów rozpierzchł się w przestrachu. Wszyscy wracali do swoich czynności, udając ze nic się nie stało. Przerażające.

Ruszyłem pospiesznym krokiem w kierunku oczekiwanej dwójki. Chodźmy do karczmy – rzekłem. - Musimy omówić kilka istotnych spraw.

Szlachcina patrzył na mnie z wyrzutem, a jego wierny ochroniarz spojrzał szczerząc się w uśmiechu z wyraźną ulgą na twarzy.

- Ruszajmy - rzekł i skierował swoje kroki w kierunku wybranej karczmy.

Oberża prezentowała się całkiem miło. Już na sto kroków przed nią dało się czuć ostry zapach wędzonej szynki i boczku, pieczonego indyka i mocnego, chmielowego piwa. W izbie karczemnej siedziały zwykłe, portowe moczymordy. Ot, kilku śmierdzących wyrobników, którym nałóg nie pozwalał odłożyć paru monet na toczone dżumą nierządnice. W przeciwnej izbie siedzieli im podobni. Moi „towarzysze” wybrali miejsce w izbie gościnnej. Przebywający tam ludzie prezentowali się nieco lepiej, jako, że byli przedstawicielami uboższego mieszczaństwa i zaściankowej szlachty. Mimo to, widać było po ich twarzach zrujnowanie i zatracenie się w nałogach. Kilku facetów w kącie pomieszczenia grało w kości. Uboższa część tam przebywających patrzyła na „ryzykantów”, wygrzebujących z zapadniętych już w swoja pustkę sakw ostatnie wyszczerbione grosze. Inni siedzieli przy stołach, patrząc z nadzieją w pozbawione piwa dna kufli, że a nuż coś w nich pozostało przez niedopatrzenie lub doszukiwali się resztek mięsa na skrzętnie obgryzionych kościach.

Do takiej ruiny doprowadził Gdańszczan ich starosta generalny. Postarał się o otrzymanie przywileju propinacyjnego i nakładał wysokie ceny na produkowane piwo, a znaczna część dochodów trafiała do jego kieszeni. Facet sprytnie sobie to umyślił, bo dzięki wprowadzonej pod pretekstem walki z antykatolikami blokady mógł wstrzymać transport trunku spoza miasta. Żądni odurzenia mieszkańcy nie będący w stanie sprzeciwić się swoim nawykom popadali w ruinę, ale dzięki temu mogli cieszyć się smakiem mocnego, niechrzczonego piwa.

Stojący dotąd w progu siepacz wszedł w głąb izby i zajął miejsca na uboczu.

- Tutaj nikt na nas nie zwróci uwagi, możemy rozmawiać spokojnie.

Szlachcic skinął dłonią na urodziwą służkę. Ta podbiegła prędko z pchającym się już na ustach „co podać”, wzywający jednak uprzedził ją. - Dzban piwa i jakąś drobną strawę na przystawkę. - Kelnerka dygnęła i oddaliła się po chwili, by wnet powrócić ze sporą krużą, kipiącą chmielową wonią i wabiącą swoim alkoholowym jestestwem, spojrzenia złaknionych napitku gości. Otaksowałem chciwy tłum pogardliwym spojrzeniem, poprawiłem broń i szybko odwrócili pełne diablików oczy. Zebrałem się w końcu na jakąś konkretną kwestię, ale brodacz mnie uprzedził. Chyba lubił to robić.

- Kto wyznaczył ci zlecenie na mnie? - mówił cicho. - I za co miałem zapłacić życiem?

- Pretekst był banalny. Zazdrość. O co? O sławę, talent, bogactwa - zatrzymałem na nim wzrok - jakie zapewne skrywa wasz dom.

- Bogactwa? - zdziwił się. – Tu, w Gdańsku, mam jeno kilka regałów pełnych ksiąg rozmaitych, nic więcej. To tylko tymczasowe lokum - oznajmił nieco dumnie.

- Owe księgi są tym bogactwem, choć sądzę, że zazdrość była tylko pretekstem do zabicia was, panie.

- Co waść też mówisz? Jakim pretekstem?

- On chce powiedzieć - wtrącił siedzący do tej pory cicho zabójca - że owemu szlachcicowi zlecono przekazanie dyspozycji. Ten zaś przekazał je dalej za opłatą od gildii. Zapewne bractwo wybrało kogoś, kto żywi do ciebie jakiś uraz. - Spojrzał na swojego pana, kompana, przyjaciela czy kim tam dla niego był, po czym odwrócił wzrok na mnie. - Powiedz nam, Morganie. Kim jest twój chlebodawca? - Patrzyłem na niego chwilę, nie wiedząc co odpowiedzieć, starałem się ukryć emocje, nie dać po sobie nic poznać, niech nie czuje, że ma nade mną przewagę.

- Maciej Ustrzyc herbu Przestrzał.

- Ha! Można się było domyślać, że ten dureń złapie się każdej okazji, byle tylko utorować sobie drogę, do Karoliny. Niech go tylko dorwę, to nakarmię go własnymi jajami. - Nawet tak prymitywne słowa w ustach tego szlachcica brzmiały dość poetycko. Zaskakujące. - Powinniśmy złożyć mu wizytę i przypiec nieco boków, żeby zdradził nam miejsce pobytu tego waszego pobratymcy.

- To na nic - powiedziałem, a mój towarzysz w wygnańczej doli skinął głową, na znak, że się ze mną zgadza. - To się raczej nie uda. Wydaje mi się, że asasyn sam wyznacza miejsce i termin spotkań, że obserwuje owego Macieja. Myślałem o czymś innym - spojrzeli na mnie w oczekiwaniu. - Mógłbym dać mu jakiś dowód, że cię zabiłem. - Spojrzałem na zabójcę. - Wtedy wysłannik bractwa na pewno zechce się skontaktować z Ustrzychem. Zakon nie lubi pozostawać dłużny. - Milczeli przez chwilę oboje. Pierwszy przemówił rękodajny poety. - Myślę, że mój miecz wystarczy na dowód tego, że mnie zabiłeś. - Zdziwiło mnie nie co to, że skrytobójca dobrowolnie pozbawia się narzędzia pracy, ale nie miałem zamiaru protestować. - I jeszcze jedno – dodał. - Mów mi Igor. Jeśli mamy współpracować, to tak będzie nam łatwiej.

- Ja zaś - wtrącił szlachcic - nazywam się Jan. Jan Kochanowski. - Wygiąłem nieznacznie kąciki ust w geście wdzięczności za obdarzenie mnie dostatecznym zaufaniem. Kelnerka powróciła do nas. Na stół wjechała taca z wielkim bochnem pieczonego jasnego chleba, słój smalcu ze skwarkami i kiszone ogórki. Przez chwilę przegryzaliśmy smakołyk, popijając piwem. Po czym Jan, najwyraźniej gnany ciekawością zapytał:

- Co zrobimy, kiedy znajdziemy już asasyna?

- Jeżeli mamy narazić się gildii, potrzebni nam będą sprzymierzeńcy - mówił Igor. - Wypytamy go o imiona kolejnych banitów ich lokacje i podsunięte im zabójstwa.

- Ilu może być takich wygnańców, którzy zechcą walczyć z zakonem, który nie dość, że ma uszy w każdym większym mieście, to jeszcze cieszy się poparciem Juliusza trzeciego.

- Masz rację, ale od czegoś trzeba zacząć. Ponadto znamy brudne sekrety gildii, jeżeli uda się je jakoś naświetlić, stracą na poparciu.

- Być może. Nie zapominajmy, że wygnańcy to tylko wysocy rangą skrytobójcy. Na takich nie wysyła się jednego informatora, lecz małą grupkę rekrutów, albo kilku wprawionych w robieniu mieczem adeptów.

- Jeżeli pełnił funkcję informatora, to powinien być sam, ale takich zleceń nie przekazuje się byle komu, więc może być kimś naszego pokroju. - Twarz Kochanowskiego wygięła się, porażona prądem iluminacji.

- Eureka! Jeżeli wtyka bractwa to ktoś równy wam, to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że to jego ostatnie zadanie i wkrótce sam pewnie zostanie wydalony i wskazany jako cel dla innych.

- To całkiem prawdopodobne – przyznałem. - Co prawda wątpię, żeby bractwo było tak rozrzutne w kwestii manipulowania swoimi ludźmi, ale to może być prawda.

- W takim razie zlokalizujemy go - zaczął Igor - ale co dalej? Złapiemy go, zapędzimy do piwnicy, po czym zaoferujemy dozgonną przyjaźń?

- Coś w tym stylu - zaśmiałem się - zapolujemy na niego oboje. Co prawda nie uśmiecha mi się współpraca, ale na dłuższą metę sam nie dam rady, więc warto by sprawdzić, jak działamy razem. Zapędzimy go w jakiś kozi róg i tam go przekonamy słownie, jak nie wyjdzie, to go zabijemy.

- No cóż - odpiął szablę od pasa i wręczył mi go. – Janie, mam nadzieję, że na czas walki z obecnym wrogiem, a być może przyszłym sprzymierzeńcem, pożyczysz mi swoją szabelkę.

Wysunąłem lekko z pochwy. Całkiem szerokie jak na szable ostrze wychodziło gładko. Przejechałem palcem po siecznej części. Z palca pociekła kropla krwi. Cholernie ostre. Rękojeść była owinięta kocim futrem, idealnie wpasowywała się w dłoń, którą chronił jelec w kształcie węża opuszczającego głowę z prawej strony, tak że chronił palce w uchwycie. Wygiąłem ostrożnie ostrze, początkowo delikatnie, później coraz mocniej. Nawet nie zapowiadało się na to, żeby miało się złamać. Ta broń kosztowała fortunę. - Co to jest?

- Talwar - odparł Igor. - Szabla będąca zwieńczeniem perskiej i mongolskiej sztuki, wykonana ze stali damasceńskiej przez najlepszego kowala Damaszku. Ponoć.

- Skąd to masz? - nie mogłem powstrzymać ciekawości. Cholernie dziwiło mnie to, że dał mi tę broń bez problemu. Chyba wierzył, że bardzo potrzebuję jego pomocy. Chyba miał rację, skoro zdobył się na coś takiego. Chyba.

- A ty nie ukradłeś nic na odchodnym? - uśmiechnął się chytrze. - Nie zdziwiłbym się, gdyby ścigali nas bardziej za to co zabraliśmy, niż za to, co wiemy - zaśmiał się.

- O tym nie pomyślałem. - Ja również zaśmiałem się, raczej dla towarzystwa. – Tak, też coś mam, ale o tym później. Czas już na mnie. Dziękuję za poczęstunek. - Wyciągnąłem z sakwy srebrną monetę i położyłem przed poetą. Spojrzał na mnie z wyrzutem.

- Nie ośmieszaj mnie, chłopcze. Nie będę brał pieniędzy za wyżywienie przyjaciela. - Teraz dla odmiany się rozpromienił. - Oby to jedzenie pozwoliło ci zachować trzeźwość umysłu, bo głód całkiem zmienia nawet najszlachetniejszych w bestie. - Początkowo myślałem, że próbuje mi dogryźć, ale gdy spojrzał jednoznacznie na „mieszkańców” karczmy, zrozumiałem, co ma na myśli.

Kiedy już uporamy się z przebywającym tu asasynem – rzekłem - powinniśmy przemówić do rozsądku chciwemu staroście. Tak w ramach konkurencji dla gildii.

Opuściłem szynk i ruszyłem z Talwarem w ręku, czując grozę emanującą od schowanego w pochwie ostrza.

- Dlaczego oddałeś mu Talwara? - spytał poeta, nie kryjąc zdziwienia.

- Noblesse oblige - wyrzekł ufnie Igor.

Postanowiłem zajść jeszcze na targ, korzystając z czwartkowej sposobności do uzupełnienia zapasów. Przeróżni rzemieślnicy, coraz głośniej, coraz bardziej panicznie, z widoczną dozą rozpaczy w głosie, wymyślali najrozmaitsze oferty swoich godnych pożałowania towarów. Byle tylko sprzedać, byle coś wypełniło kiesę, byle było za co wrócić do domu. Oczywiście niewielu klientów dało się nabrać. Wszyscy wiedzieli, że towar to felerny, a niejednokrotnie i feralny, jako że często kradziony lub pochodzący od szabrowników. Przybywający tą porą do Gdańska handlarze nie mieli wyjścia. Miecze, obrazy, niedziałające eliksiry miłości, rozrobione z wodą dekokty, stare garnki a nawet ubrania mogli sprzedać tylko zimą, licząc, że znajdzie się klient w potrzebie, którego niemożność czekania na wyższej klasy dobra przygna do nich z całą masą potrzeb wszelakich. Nikogo nie przygnało.

Obejrzałem po raz ostatni to, co targ miał do zaoferowania, kupiłem trochę chleba, sera i mleka od chłopów i już zbierałem się na powrót do domu. Moją uwagę przykuł młody chłopak. Ten sam, którego widziałem dziś rano. Nie wiem, jak się z tego wykaraskał, ale obita twarz zdawała się być opatrzona przez dobrego doktora. Młodziak wcale nie mitrężył czasu na dojście do siebie, wręcz przeciwnie. Stał teraz z naręczem talii kart do gry, ludzie tłoczyli się wokół niego, rzucając do sakwy grosze i biorąc od sprzedawcy szatańskie nasienie hazardu. Poczułem ścisk w sercu. Jak mogłem skazać na śmierć kogoś tak przedsiębiorczego? Będzie mu dane daleko zajść w życiu. Podszedłem rzuciłem srebrną monetę i wziąłem jedną talię. Nie zobaczył mojej twarzy. Był zbyt oblegany. Rozłożyłem talię i porównałem ją z tymi, które nabyli inni klienci chłopaka. Karty były identyczne. A więc tu w Gdańsku istnieje jakaś zakonspirowana drukarnia, a ja dałem mu jedynie asumpt do zareklamowania jej. Ten Baldwin Ungler, jeśli faktycznie tak się nazywa, może okazać się całkiem przydatny w kwestii obalenia kościoła, a tym samym bractwa.

Powoli zmierzchało. Z każdą chwilą plac targowy ubożał o kolejne kramy. Cichło coraz bardziej. Atmosfera przybierała już spokojną piątkową formę.

Ruszyłem do domu. Schronienie było w dzielnicy portowej. Ot zwykły zbity ze starych beli czworościan, taki sam jak setki innych. Niczym się nie różniący od sąsiadujących budynków. I o to właśnie chodziło, nikt nie zwracał na niego uwagi, a ja mogłem się cieszyć w nim spokojem. Przynajmniej tymczasowo - pomyślałem. Nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że jestem obserwowany.

Położyłem zakupiony towar na stole. Nalałem do kubełka mleka, urwałem kawałek chleba i położyłem się na sienniku. Spod ubogiej w wypełnienie poduszki wydobyłem Commentariorum de republica emendanda, autorstwa świętej pamięci Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Po raz kolejny od czasów wygania otworzyłem najciekawszy rozdział, czwarty. Szkoda, że tak późno dostrzegłem mądrość autora i słuszność zmian, jakie chciał wprowadzić. Najmędrsze przesłanie odnośnie naprawy kościoła niesie ze sobą rozdział dwudziesty szósty księgi czwartej „O zmianie papieża”, w którym to autor twierdzi, moim zdaniem słusznie, że zmianę kościoła należy zacząć od zmiany głowy państwa papieskiego i sposobu jego wybierania, gdyż to od niego zależy jacy będą biskupi, księża, a nawet cały Kościół. Ostatnie słowa tegoż rozdziału przesycone są prawdą: „Zaprawdę, jeśli się nie zmieni sposobu wybierania papieża, nigdy nie wypleni się z Kościoła Bożego żądzy władzy, nigdy tyranii, nigdy zuchwalstwa gorszego niż cyklopowie”. Gdyby Modrzewski jeszcze żył, można by mu podszepnąć to i owo o środkach, po jakie sięga kościół do zwalczania kacerstwa… tak upadek opinii kościoła przyczyniłby się do zubożenia skarbca zakonu. A gdyby tak dać Kochanowskiemu tekst Modrzewskiego do przeredagowania? - Na tę myśl skarciłem się w duchu. – Nie, to zagorzały katolik. Po za tym należy się chociaż odrobina szacunku zabitemu…

Nie byłem w stanie dłużej myśleć nad tym, jak zaszkodzić kościołowi. Mimo wczesnej pory, byłem diablo zmęczony. Powinienem się porządnie wyspać. Jutro przyjdzie mi odwiedzić Macieja Ustrzyca i być może spotkać asasyna działającego na zlecenie zakonu.

Igor siedział w sąsiedniej do pokoju Jana izbie. Wykonywał drobne ćwiczenia, chcąc pozostać w formie. Rozgrzał dobrze mięśnie, dobył szabli pożyczonej od przyjaciela i wykonał kilka szybkich ósemek, a potem serię cięć i uników przed atakami wyimaginowanych wrogów. Ćwiczył każdego dnia, ale od czasu spotkania Morgana, gdy uświadomił sobie, że czas stawić czoła niebezpieczeństwu, że trzeba wyjść z ukrycia, wzmógł trening, powodowany poniekąd siedzącym gdzieś na dnie podświadomym strachem. Wykonał jeszcze kilka cięć i parad lewakiem.

- Samemu to nie ma sensu – westchnął. - Janie. Pozwól na chwilę.

Brodacz wszedł mozolnym krokiem do pokoju, zmęczone oczy patrzyły spod leniwie opadających powiek. - Słucham cię - mruknął ospale i przeciągnął, niczym wyrwany z długiego snu kot. Igor rzucił mu szablę. - Po co to? – pytał, wciąż nie mogąc zrozumieć, czego chce od niego przyjaciel.

- Chcę trochę potrenować, a walka z wyobraźnią raczej nie pomoże mi w starciu z prawdziwym przeciwnikiem. Ponadto tobie też przyda się trening, choćby po to, byś odpoczął trochę od tych swoich wierszy.

- Niech ci będzie. - Szlachcic wywinął młyńca i stanął w pozycji. - Broń się! - warknął na pozostającego jedynie z lewakiem Igora. Atakował serią pół-cięć tak, by nie dać przeciwnikowi czasu na kontrofensywę. Banita blokował wszystkie ciosy bez większego trudu. Jan starał się wprawić przeciwnika w rutynę, co chwilę powtarzając cięcia, by nagle zaatakować od góry. Igor zbił cięcie szabli, jelcem lewaka do dołu, obdarzył przyjaciela kułakiem w brodę i kopnięciem w udo. Chwycił zwalonego na kolana za przegub i przyłożył doń ostrze sztyletu, wyrażając spojrzeniem pewną gotowość do przecięcia żył. Uśmiechnął się z szacunkiem i pomógł wstać przyjacielowi. Tym razem brodacz atakował nieco wolniej, starał się analizować pozycje przeciwnika, jednocześnie ograniczając rozmyślanie do minimum, by ciało mogło działać bardziej intuicyjnie. Na twarzy Igora pojawiło się uznanie dla pomysłowości przeciwnika, choć, rzecz jasna, nie przyniosło to spodziewanych efektów. Kochanowski ją atakować coraz szybciej tym razem dbając o to, by cięcia były pełne i mocne. Igor, jakby porażony piorunem odskoczył pod okno i nakazał kompanowi gestem, aby przestał. Chwilę nasłuchiwał, po czym wybiegł z pokoju, by zaryglować drzwi i wrócił do towarzysza.

- Chyba znudziło im się czekanie na nasz krok - mówił szybko - mamy gości. Słuchaj uważnie, bo nie ma czasu na powtórzenie. Weź garłacza i tyle śrutu ile zdołasz, schowaj się w piwnicy i czekaj tam, aż wrócę, trzymaj swoją szablę, ona też może ci się przydać. - A… a co z tobą? - Jan nie mógł opanować szalejących emocji.

- Pobiegnę po Morgana, obserwowałem go dziś, wiem, gdzie mieszka. Nie daj się zabić - uśmiechnął się ufnie, otworzył okno i wyskoczył przez nie.

Gdyby przechodnie patrzyli w górę, zapewne dostrzegliby skaczący po dachach budynków cień przemieszczający się z nadludzką zwinnością. Nikt jednak w górę nie patrzył. Wszyscy snuli się niczym nieznające spokoju duchy, ze spojrzeniami wbitymi w tworzoną przez bruk mozaikę.


Obudziło mnie rozpaczliwe pukanie do drzwi. Chwyciłem za szaszkę, wpiąłem lewaka pod rękaw koszuli i wyszedłem do gościa. Okazał się nim Igor.

- Zbieraj się, asasyni wyszli z kryjówki, bierz moją szablę i ruszajmy. Jan został w domu, nie utrzyma się za długo.

Nie czekałem ani chwili, dłużej przerzuciłem przez prawe ramię szyty na dawną słowiańską modłę płaszcz i porwałem Talwar ze stolika. Stanąłem gotowy w drzwiach, Igor porwał wręcz swoją broń i zerwał się do biegu. Był szybki jak na swoją posturę, ale nie szybszy ode mnie. Ludzie patrzyli na nas jak na oszalałych. Wyglądaliśmy zapewne tak, jakby sama śmierć nas goniła, mimo że nikt nie podążał naszym śladem. Dosłownie chwila minęła i byliśmy już u celu naszej „podróży”. Kompan wskoczył przez uchylone okno do domu, dobywając szabli, ruszyłem jego śladem. Na podłodze zoczyłem rozwaloną klapę. Z dołu dobiegał poetycki krzyk szlachcica.

- Nie weźmiecie mnie żywcem, skurwysyny!

Zbiegliśmy stromymi schodami na dół. Nie czekając ani chwili, rzuciliśmy się na dwójkę asasynów. Mieli zamaskowane twarze, nie byłem wstanie określić ich wieku ani tego, kim są, ale mieczami władali całkiem wprawnie, choć nie byli w stanie dotrzymać nam kroku. Walcząc, zerkałem co chwilę na Igora. Był cholernie silny, jego oponent tracił gardę pod każdym uderzeniem Talwara. Mój z kolei był silniejszy ode mnie, ale ograniczał się jedynie do obrony, nie był w stanie przejść do ofensywy, był zbyt wolny. Dobrze dobraliśmy sobie przeciwników. Dałem mu w końcu chwilę na atak, bronił się skutecznie, szkoda było siły tracić siły nadaremno. Zaatakował mnie od góry swoim katzbalgerem. Zblokowałem cios dobytym naprędce lewakiem, szaszka trzymana w prawej dłoni przeszła gładko, tnąc pachę przeciwnika. Nawet nie syknął, ciął dalej, zachowując pełen spokój. Spokój, albo otępienie.

- Są naćpani - krzyknąłem do Igora. - Tnij po kończynach albo po tętnicach.

Przytaknął jedynie. Ciąłem dalej, zadając drobne rany przeciwnikowi, ale nijak nie zanosiło się na to, że się podda. Igorowi szło nieco lepiej, przeciwnik trzymał miecz coraz niżej, opadał z sił. W końcu wygnaniec zaatakował od góry, młody asasyn wystawił szablę do bloku i całą piwnicę wypełnił szczęk łamanej stali i trzasku uderzającego o posadzkę fragmentu stalowej głowni. Drab zwalił wroga na ziemię i przycisnął swoim ciałem. Nieprzyjaciel walczący ze mną zdawał się mieć nieskończone zapasy krwi. Ciął mnie od prawej strony, zrobiłem unik pod ostrzem katzbalgera i pozbawiłem go dzierżącej miecz dłoni, to go pozbawiło animuszu. Upadł na ziemię jak długi, leżał chwilę, a krew wylewała się zewsząd coraz mniejszym ciśnieniem, wzmaganym przez coraz wolniej bijące serce. Podszedłem do niego i zdjąłem mu owinięcie z twarzy. Z trudem przełknąłem ślinę. Chłopak miał góra piętnaście lat. Widać bractwu nie powodziło się zbyt dobrze, skoro wysłali na dwóch doświadczonych zabójców parę dzieciaków. Chyba, że są tu pod czyimś patronatem, albo miał być to rodzaj inicjacji, która wymknęła się spod kontroli. Podszedłem do przytłoczonego do ziemi pobratymcy zabitego. Jemu również zdjąłem okrycie. Grdyka zacisnęła się tak mocno, że nie mogłem przez chwilę złapać powietrza. To ten sprzedawczyk kart z placu targowego. Ten, któremu kazałem rozkazałem krzyczeć o drukarniach. Faktycznie, zaszedł daleko. Niech go szlag trafi!

- Zwiąż go. Niech dojdzie do siebie, później z nim pogadamy. - Igor przytaknął. Powędrowałem wzrokiem po piwnicy, dopiero teraz zobaczyłem broczącego krwią Jana. Dostał tuż nad biodrem. Rana płytka, ale krwawiła cholernie. Poszkodowany strasznie zbladnął. Zerwałem rękaw z trupa i owinąłem nim zranione miejsce.

- Wezwę doktora.

Po chwili poszukiwań wróciłem z lekarzem na miejsce wypadku. Facet odziany był w strój, który miałby go chronić przed dżumą. To jest: długi czarny płaszcz, przylegający do głowy skórzany kapelusz z wysokim rondem. Na twarzy miał stożkowatą maskę z wmontowanymi na stałe okularami. Maska ta przypominała do złudzenia ptasi dziób. Nowoprzybyły patrzył przez chwilę w skupieniu na okaleczone miejsce. Wydobył z przytroczonej do pasa kaletki jakiś flakonik, wstrząsnął nim, po czym uronił kilka kropel na kawałek przyłożonej do rozciętej skóry tkaniny.

- Będziesz pan żył - rzekł bezuczuciowo. - Ten płyn, którym polałem opatrunek, zdezynfekuje ranę. Unikajcie, panie, zakażonych jak ognia, zaraza łatwo przenosi się przez krew.

- Ile potrwa gojenie? - spytał ledwo otwierający usta Jan.

- W takim stanie? Dwa tygodnie. Chyba, że ma pan wystarczająco dużo środków, żeby je przyspieszyć - rzekł chytrze.

- Ile? - wtrącił Igor. Lekarz zacierał ręce potem, splótł je na piersi i wyrzekł ufnie:

- Dwojak wystarczy. - Wręczył mu monetę i odprowadził pospiesznie do drzwi. Gdy zszedł z powrotem do piwnic, zwróciłem się do niego.

- To nie wszyscy - konfrater patrzył na mnie w oczekiwaniu na wyjaśnienia. - Nie wysłaliby dwóch dzieciaków na zabicie nas. Chyba, że odpowiadali jedynie za dostarczenie zlecenia. Nie wiem, ale wydaje mi się, że działają pod protektoratem kogoś bardziej doświadczonego.

- Chyba, że - zastanawiał się chwilę - chyba, że bractwo skończyło już czystki i zostali im tylko młodzi rekruci. Mało prawdopodobne, ale nie można tego wykluczać. Możliwym też jest, że przewidzieli, iż zechcemy przekabacić wysłannika na swoją stronę. Młodzi fanatycy nie dopuszczają do siebie słów prawdy, a nawet jeśli, to zakon nie odczuje ich starty. To jednak w żaden sposób nie odpowiada na pytanie, jak tych dwóch miałoby nas zabić. Naćpani nie daliby rady w pełnowymiarowej walce, a w starciu dwóch na dwóch nie mieli najmniejszych szans, o czym się przekonali. Twoja opcja zdaje się być najbardziej zasadna. Jesteś pewny, że chcemy szukać tego asasyna?

- Nie wiem, dobrze byłoby go zgładzić i opuścić miasto. Pozostawiając go przy życiu nie pozbędziemy się ogona, gdziekolwiek byśmy się nie udali. Jest jednak pewne „ale”. Jeśli chcemy go zlikwidować, to musimy to zrobić jeszcze dziś. Minie ćwierć wachty, zanim ten tutaj -wskazałem na młodego - dojdzie do siebie. Myślę, że nie będzie w stanie sprawić większego oporu. Gdy poda nam lokum swojego patrona, sprawa będzie praktycznie załatwiona. - Na chwilę przerwałem. - Macie jakąś kuszę?

- Ciche zabójstwo? - zdziwił się. - Tak, tak, kuszę mamy, ale nie podoba mi się ta myśl. Lepiej mieć go po swojej stronie.

- Lepiej mieć martwego, niż przeciw nam - odgryzłem się. - Jeden z nas ukryje się, drugi będzie z nim rozmawiał, kiedy przyjdzie mu się buntować, zestrzelimy go.

- Nie jestem zbyt dobry w strzelaniu - zażenował się.

- Za to ja tak – odparłem. - Przygotuj broń i podgrzej kleszcze. Potrzebne nam jakieś argumenty w rozmowie z chłopakiem.

Minęło ćwierć wachty, zanim chłopak odzyskał trzeźwość umysłu. Siedział teraz przytroczony do masywnego, stalowego krzesła nieznoszącego sprzeciwu. Szarpał się i giął na wszystkie strony, ale siedzisko ani drgnęło. Obok znajdował się mały, drewniany stolik z całym arsenałem nieprzyjemnie wyglądających szpikulców, skalpeli, szczypców, szczypczyków, wszelkiego rodzaju noży i jeszcze kilku innych narzędzi, których przeznaczenia nie był w stanie odgadnąć. Pod przeciwległą do chłopaka ścianą siedział Jan, dociskając opatrunek do ranionego boku. Rana zaszła limfą. Ta szybko wysychając, zamieniła sączącą się krew w jeden wielki strup.

Igor jeszcze raz napompował miech powietrzem i wpuścił je z dużą siłą do stojącego w rogu piwnicy starego i spowitego rdzą pieca. Ogień wzniecił się po raz wtóry pod naporem skumulowanego powietrza, a ciepło dmuchnęło w ociekającą potem twarz Igora.

- Chyba już wystarczy – powiedział, patrząc na święcące czerwienią rubinu końce kleszczy – Morganie, bądź tak miły i przynieś z góry sól, ocet i jakąś szklanicę.

Na twarzy Morgana pojawił się grymas zdziwienia. Patrzył chwilę na swojego kompana nie wiedząc, co powiedzieć. Obrócił się i poszedł przynieść to, co mu kazano. Po chwili pojawił się znów w ciemnej piwnicy. Dopiero po zejściu na dół, kiedy poczuł różnicę w temperaturze między dołem a górą domu, zorientował się, że jest tu diablo gorąco. Igor odszedł od pieca, trzymając przez grube rękawice rozpalone do czerwoności kleszcze. – Połóż to wszystko na stoliku obok naszego młodego towarzysza – powiedział to tak czule i wdzięcznie, jakby mieli zaraz zasiadać do dzbanka piwa w jednej z gdańskich karczm. Jeniec patrzył na zbliżające się uosobienie wszystkich mąk. Cały zlany potem wykrzykiwał jakieś słowa, które zaraz po opuszczeniu ust, traciły swoje znaczenie rozbijając się o zawiniętą na buzi, nasączoną moczem szmatę. Oprawca odkręcił powolnym ruchem butelkę octu i równie powolnie napełnił nim szklankę. Wszystko robił powolnie, z tym samym wyrazem wdzięczności na twarzy. Wyglądał niczym lokaj usłużnie obsługujący gościa w domu swego pana. Podstawił napełniony kubek pod lewą rękę obsługiwanego, po czym skinął znacząco na stojącego naprzeciw Morgana. Ten unieruchomił rękę trokami w taki sposób, żeby nie mogła się wydostać ze szklanki. Igor odczekał chwilę po czym posuwistym krokiem przeszedł do ręki prawej. Chwycił za szczypce, podniósł je do góry, rozwarł szeroko. Młody chłopak zalał się kolejną falą potu, do oczu napływały łzy, coś krzyczał patrząc na kleszcze, ale nie rozpoznano jego słów. Igor zobaczył jego przerażenie, zwrócił wzrok jeszcze raz na szczypce i rzekł z zatroskaniem – no patrz, wystygły. Morganie, bądź tak miły i podgrzej je trochę. Proszony uczynił, co trzeba. Igor w tym czasie stał obok stalowego krzesła i patrzył spokojnie na ofiarę. Morgan powrócił do swojego sadystycznego kamrata i wręczył mu kleszcze. Ten jeszcze raz otaksował narzędzie ufnym spojrzeniem po czym powiedział przyjaźnie do młodego zabójcy - gdyby bolało, mów. – Przyłożył szczypce do dłoni, po czym delikatnie przejechał po powierzchni skóry. Torturowany jęknął. - Będzie mi znacznie łatwiej, gdy będziesz precyzował swoje myśli - mówił oprawca. - Następnym razem staraj się mówić nieco wyraźniej. – Uśmiechnął się, po czym chwycił kciuk w szczypce. Przeciągły krzyk wypełnił całą piwnicę i odbił się lekkim echem od obojętnych ścian. – Nic z tego nie rozumiem, przyjacielu - zabrzmiał spokojny głos, rzekłbyś, z niekłamaną uprzejmością. Kleszcze zaciskały się coraz mocniej na drobnym, oparzonym kciuku. Krzyk wzmagał się wraz z uściskiem, a apogeum osiągnął, gdy połowa palca spadła na ziemię. Igor sięgnął po słoiczek z solą, po czym mozolnym ruchem obtoczył broczący palec w białym proszku.

Łzy ciekły nieustającym potokiem z twarzy torturowanego. Nawet w kącikach oczu Jana pojawiły się pojedyncze, postanowił jednak się nie wtrącać. Ufał przyjacielowi. Morgan wziął kawałek szmaty, po czym owinął nim pozostały kawałek palca. Igor chwycił do ręki długie i cienkie jak igły szpikulce, nasączył je w spadających ze starej szmaty, pojedynczych kroplach krwi i zatopił w soli. Zaczął wbijać je z precyzją rzeźbiarza pod paznokcie pozostałych palców. Długo i powolnie. Skazany wił się jak opętany targany spazmami bólu. Krzesło stało niewzruszone. Morgan spojrzał gniewnie na Igora i szepnął przez zaciśnięte zęby – informacje!

- Ach tak, tak. Byłbym zapomniał – rzekł, po czym ściągnął knebel z ust ofiary. – Powiedz mi, przyjacielu – udawał, że stara się ostrożnie dobierać słowa – co cię sprowadza do tego smutnego, szarego miasta? Co cię zmusiło, żeby zimą wizytować w mieście portowym? Ktoś cię tu przysłał? Powiedz nam, jakiż to okrutnik skazał cię na tak bezcelową podróż, a obiecuję - przyłożył rękę do piersi – na Boga klnę się, że znajdę go i przemówię doń w twoim imieniu.

- Pierdol się - wykrztusił dławiony szlochem chłopak.

- No nic - odpowiedział niewzruszenie Igor. - Poznajmy się bliżej, może będziesz bardziej skory do wyznań – podszedł do nasączonej w occie ręki, biedny chłopak nie wiedział, czego ma się spodziewać. Tym razem zabójca w roli kata podniósł ze stolika mały, drewniany młotek. Uderzył nim delikatnie w środek dłoni, coś delikatnie chrupnęło. Przerażenie wykrzywiło twarz młodzieńca, sine oczy zaszły krwistymi nitkami. Igor ją stukać co raz mocniej po całej dłoni systematycznie, równo. Stuk, stuk, stuk. Po kilku minutach ręka wyglądała jak worek kości. Chłopak zemdlał.

- To było straszne - powiedział Jan.– Gdybym wiedział, że chowam w domu sadystę, już dawno oddałbym cię w ręce straży.

- Gdybyś oddał mnie w ręce straży – odpowiedział najwyraźniej urażony Igor. - To dziś najprawdopodobniej ci sami strażnicy znaleźliby cię zarżniętego we własnym domu. Za chwilę się obudzi i wszystko wyśpiewa. To była konieczność, przyjacielu. Przykro mi, że tak cię to razi. – Jan jedynie skinął głową na znak, że przyznaje mu rację.

- Myślę – wtrącił Morgan – że od razu, jak się obudzi, powinieneś go spytać o tamtego asasyna. Kim jest i gdzie się kryje. Chyba, nie będzie chciał już nic ukrywać.

- Masz rację, szczerze powiedziawszy mi też zbrzydło znęcanie się nad nim. – Siedzieli godzinę w kompletnej ciszy. Ogień w starym kominku zgasł. Nie był już potrzebny. Powietrze w piwnicy szybko się przerzedziło. To pomogło chłopakowi szybciej odzyskać przytomność. Igor widząc, że ich gość się przebudził, wcielił się natychmiast w rolę kata-lokaja i zbliżył się do niego tym swoim powolnym krokiem.

- Czujesz się lepiej? Potrzeba ci czegoś?- zapytał lokaj.

- Wody – wykrztusił siedzący na krześle, licząc na to, że dostanie to, czego pragnie.

- Dostaniesz wody, ale najpierw odpowiedz na kilka moich pytań, bo wiesz, strasznie zależy mi na czasie. Noc już późna, a ja wciąż mam do załatwienia kilka spraw. Powiedz mi, przyjacielu, kto kazał wam nas zabić?

- Kajmir – wyrzekł pospiesznie – jeden z asasynów.

- Kajmir? – zdziwił się Morgan. – W Polsce?

- Znasz go? – zwrócił się Igor do niego.

- Tak, to średniak, niezbyt wprawny we władaniu mieczem, ale za to znakomity strzelec. Towarzyszy rekrutom podczas ich pierwszych misji. Musi być gdzieś w mieście.

- Powiedz mi, druhu - Igor ponownie zwrócił się do chłopaka - gdzie znajduje się Kajmir?

- W opuszczonym magazynie w dzielnicy portowej – pospiesznie wyrzucał z siebie słowa – jutro o świcie opuści miasto, jeżeli do niego nie dołączymy.

- Coś jeszcze?

- Nie, to wszystko – przerażony chłopak spojrzał jeszcze raz na zionący grozą stolik z narzędziami, po czym obdarzył Jana pełnym nadziei spojrzeniem. – Panie, przebaczcie mi. Puśćcież mnie wolno, błagam!

- Morganie, zaprowadź go do szpitala, obok kościoła Świętego Piotra, tam się nim zaopiekują. - Morgan skinął głową. Wiedział, że jedyny szpital obok kościoła Świętego Piotra jest w istocie leprozorium. Młody wysłannik gildii, będący jedynie gościem w Gdańsku, nie zdawał sobie z tego sprawy. Wyrzekł najwdzięczniej jak mógł:

- Dzięki, łaskawy panie! – Morgan wziął chłopaka pod rękę i zaprowadził go do szpitala. Po krótkim czasie wrócił.

- Niech mu lepra lekką będzie – powiedział z uśmiechem na twarzy. - Czas zabrać się za tego Kajmira…


Leniwe podmuchy wiatru niosły ze sobą zapach stęchniętych ryb. Obrzydliwa woń wkręcała się w nozdrza przyprawiając o mdłości, jednak po chwili marszu dzielnicą portową szło przywyknąć. Tu i ówdzie dało się słyszeć błagalny ton żebraka upominającego się o swoją „należność”, w narożnikach budynków i ustronnych miejscach widziało się dogorywających biedaków. Tych, którym zapomogi nie dano. Mocniejszy podmuch wiatru podsunął pod nos jakiś wyjątkowo nieprzyjemny zapach. Zapach czegoś, co już trochę gniło. Podeszliśmy razem, żeby to zbadać. Za węgłem mieszkania leżało coś czarnego z jasnymi plamami w kolorze skóry. W mroku nocy ledwo rozpoznaliśmy, że to czarne coś to ofiara zaawansowanej dżumy. Wybiegliśmy stamtąd, jakby sam diabeł się do nas pofatygował, zakrywając usta rękawami koszul.

- Krucafuks – wrzasnąłem! – Mało brakowało, a trup by nas zabił.

- Miejmy nadzieję, że nas zaraza nie dosięgnie – odparł mój towarzysz i przeżegnał się machinalnie. Potem stanął osłupiały, jakby kontemplował to, co właśnie zrobił. – A niech mnie – wydusił. – Apostata, znaki wiernych czyni. Bracie, bądź czujny, coś się święci, bo takie rzeczy… żeby to niewierny na drogę wiary w mgnieniu oka wrócił… to się nie zdarza – i znów uczynił znak krzyża, tym razem dokładniej, bardziej świadomie, rzekłbyś z namaszczeniem.

- Dziwne – pomyślałem, ale też poczułem jakiś dreszcz, który przeszedł po moim ciele i miałem nawet ochotę pójść w ślady mojego druha, ale w porę się otrząsnąłem. Ścieżka wiary to nie wychodek. Nie wraca się tam za potrzebą. Przemierzaliśmy kolejne odcinki dzielnicy portowej w poszukiwaniu opuszczonego magazynu Kajmira. Obdarte domy ustępowały małym magazynom i składzikom. Przestrzeń stawała się co raz bardziej otwarta. Od morza wiał coraz silniejszy wiatr.

- Ciekawe, jak rzeczywiście nazywa się ten Kajmir - zagadnął Igor.

- Co masz na myśli – pytałem. – Chodzi ci o jego prawdziwe imię? Te, które nosił poza gildią?

- Tak, dokładnie.

- Czy to istotne?

- Chciałbym wiedzieć, co napiszę na nagrobku, kiedy już go wypatroszymy – odpowiedział.

- Może: Poległ w boju. Kupię konia? – towarzysz zaśmiał się gromko. - Jakie jest twoje prawdziwe imię? – zapytałem.

- Nie przybrałem innego miana po dołączeniu w szeregi bractwa. Tam nazywali mnie po prostu Igorem. Pełny tytuł to Szreniawa herbu Szreniawa.

- Igor Szreniawa, pseudonim Igor, herb Szreniawa – odparłem drwiąco. - Ciekawie.

- Śmiej się, śmiej. To jedno z najbardziej znanych nazwisk przed laty. – Minę miał, jakby delektował się tym, co powiedział. – A kim ty jesteś?

- Szymon z chłopów. Nazwiska nie pamiętam - odparłem krótko.

Nie pam… - nie dokończył pytania, uciszony gestem dłoni. Przed nami jakby wyrósł stary magazyn. Deski pokryte były próchnem i zielonym nalotem, jednak każda z nich była dokładnie przybita do poprzecznych belek. Magazyn był niewielki, z jednym małym okienkiem na górze. Chyba miał nawet jakiś stryszek. Oboje wiedzieliśmy, czyje to siedzisko.

- Dobra – szepnąłem – ja wdrapię się na daszek tamtego budynku - wskazałem składzik naprzeciwko – Jeśli będzie to możliwe, postaraj się go zaprowadzić pod okienko na górze, lub wyprowadź go na zewnątrz. Jeśli ci się nie uda, rozpocznij walkę. Narób takiego rabanu, żebym wiedział, że mam wejść.

- Jasna sprawa. Zajmij pozycję i czekaj na ewentualny znak. – Skinąłem głową na znak porozumienia, po czym wdrapałem się bez większego problemu na daszek małego składu, znajdującego się naprzeciw „kwatery” naszego celu. Igor delikatnie uchylił drewniane drzwi i zniknął w mrokach drewnianej szopy. Czas dłużył się niemiłosiernie, komary siekały nieubłaganie, palce nerwowo pocierały spust, czekając na pokazanie się celu. Wzrok utkwiony w okienko, słabł, obraz ulegał rozmyciu. Mrugałem szybko, starając się odepchnąć senność. Miarowy szum rozbijających się o brzeg fal wprawiał w monotonię.

W końcu jakiś kształt ukazał się w oknie. Czarne długie włosy przysłaniały twarz. To Kajmir. Stał spokojnie, patrząc się w jakiś punkt. Zapewne w Igora. Chyba rozmawiali. Może mój towarzysz wyciągał z niego jakieś informacje. Poczekam na znak. Coś szorstkiego dotknęło mojego karku. Przerażony obróciłem się błyskawicznym ruchem na plecy, mierząc z kuszy w miejsce, gdzie powinna być głowa potencjalnego napastnika. Ku mojemu zdziwieniu, zobaczyłem jedynie trzepoczącego nerwowo skrzydłami ptaka. Wróciłem do poprzedniego zajęcia. Kajmira nie było w oknie. Z magazynu dobiegał szczęk stali.

- Niech to szlag! – warknąłem. Zeskoczyłem z dachu i pobiegłem w kierunku magazynu. Przyczepione wzdłuż schodów kaganki rzucały nikłe światło na wnętrze budynku. Ledwo było widać stopnie schodów. Dźwięk ścierających się mieczy został wzbogacony o huk upadających mebli. Igor nacierał na przeciwnika jak szalony. Gniewne oczy patrzyły nienawistnie w oczy wroga. Nacierał jak opętany. Schematycznie, mocno, nieprecyzyjnie. Coś musiało go rozwścieczyć. Igor wykonał potężne cięcie od góry, jakby walił młotem, Kajmir zszedł z toru ciosu i znalazł się za plecami adwersarza. Złożył się do śmiertelnego sztychu i zamarł na moment w tej pozycji. Z szyi sterczał bełt. Raniony wodził półprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu, próbując zanalizować, co się stało. Z cienia wyłoniła się znana mu twarz. Moja twarz. Kajmir osunął się na ziemie martwy.

- Co się stało? – pytałem. – Dlaczego walczyłeś jak opętany?

- Chciałem mu dać nadzieję, miał myśleć, że ma przewagę. Lubię zadziwiać wrogów w walce nagłym przypływem umiejętności.

- Mało brakowało, a przypłaciłbyś to życiem. Gdyby nie ja, ujrzałbyś końcówkę jego miecza wychodzącą twoim brzuchem. – Igor odwrócił się plecami do mnie, podwinął koszulę. Do pleców miał przypiętą segmentowaną metalową płytkę, idealnie dopasowaną do ciała. - Niezłe cacko, prawda? – spytał butnie.

- Winszuję pomysłowości. I współczuję twojemu przeciwnikowi. Sit tibi terra levis, Kajmirze. Czas przeszukać ten burdel, może znajdziemy coś ciekawego – zwróciłem się do szperającego przy zwłokach Igora. Ten triumfalnie uniósł w górę dłoń, trzymającą jakąś kartkę papieru. Otaksował ją spojrzeniem, a następnie spojrzał na mnie.

- To instrukcje osobistego kuriera obecnego mistrza gildii. Zgadnij, kto nim teraz jest.

- Jakaś podpowiedź?

- Bractwo naprawdę nisko upadło. – Namyślałem się chwilkę. To mógł być każdy bardziej znany asasyn, a ich było sporo.

- Nie mam pojęcia. Mów.

- Giovanni Lorenzo Pappacoda, sługus Bony Sforzy, matki jaśnie nam panującego Zygmunta drugiego Augusta – rzekł pełnym patosu głosem.

- Obrać na mistrza obcokrajowca, w dodatku truciciela. Naprawdę nisko upadli.

- Nawet już wiem, jak się go pozbyć…

Wzięliśmy z domu Kochanowskiego zwitek szmat i dokładnie owinęliśmy nimi ciała. Czułem zażenowanie okrywając się stertą starych śmierdzących ubrań. Owe zażenowanie dodatkowo pogłębiał fakt, że nie bardzo wiedziałem, po co ta cała szopka. Wyszliśmy na dwór. Było już nad ranem. Słońce wstawało leniwie, nie chcąc dawać ciepła, wciąż wiał silny wiatr od strony morza. Szliśmy dokładnie tą samą trasą co poporzednio całą wachtą i dokładnie w tym samym miejscu poczuliśmy ten sam obrzydliwy smród.

- Szykuj się, fratrze – zwrócił się do mnie Igor. – Popraw dokładnie odzienie i nie dopuść, żeby była w nim jakakolwiek szczelina. – Posłuchałem jego instrukcji, po czym stanąłem z miną wyraźnie demonstrującą protest i czekałem na wyjaśnienia. – No dobra. Zedrzemy trochę szmat z tego trupa i podeślemy to Papacodzie. Nie pytaj o szczegóły. Wszystko ci wyjaśnimy w domu naszego przyjaciela. Musimy się uwijać, bo zaraza może szybko przejść przez ubrania. – Westchnąłem ciężko, spojrzałem niechętnie na mojego kumotra i podeszliśmy do trupa. Śmierdział gorzej niż kupa gówna. Nie wiem, jak oni chcieli zakamuflować zapach przed kurierem, ale postanowiłem nie wnikać w szczegóły. Wspólnie zdarliśmy z niego koszulę. Pod nią wiło się pełno małych żyjątek. Na nasz widok schowały się gdzieś w ciemnych zakamarkach jelit. Tu i ówdzie dało się widzieć jeszcze całe bąble z ropą, czy Bóg jeden wie czym. Cała skóra była pomarszczona i czarna, trochę jakby zwęglona. Miałem odruch wymiotny, ale się powstrzymałem. Odbiegliśmy szybko od ciała złapać kilka oddechów. Potem udaliśmy się w kierunku domu Jana. Ja, przybity i zmęczony. Igor rześki i rozpromieniony.

Drzwi do domu otworzył nam młody poeta. Również odziany w szmaty, choć nawet w takim stroju zachowywał coś ze szlacheckiej wyższości. Zaprowadził nas do swojej pracowni. Na biurku leżała dobrze znana mi książką Modrzewskiego. Popatrzyłem ze złością na brodacza.

- Wybacz, to była konieczność, ale wierz mi, posłuży w dobrym celu - pospieszył z wyjaśnieniem, a ja jedynie odparłem skinieniem. Igor wręczył mu kawałek szmat i Jan przystąpił do pracy. Krótkim nożykiem podważył metalowe zatrzaski na rogach książki, zdjął delikatnie skórzane obicie. Z kubka na biurku wyjął szeroki pędzel, odkręcił mały słoiczek i po chwili pokój wypełnił przyjemny zapach.

- To mieszanka zwykłej żywicy z mirrą. Powinna zabić fetor tej tkaniny. – Zamoczył pędzel w słoiku i posmarował tym specyfikiem całą okładkę książki. Następnie poprawił czarne skórzane rękawice i ostrożnie wziął z blatu kawałek trędowatej tkaniny. Obchodził się z nią w iście sakralny sposób, tak, jakby trzymał w rękach co najmniej głowę świętego Wojciecha. Przyłożył materiał do dzieła Modrzewskiego i rozprasował go rękoma. Skóra stanowiąca wcześniejsze obicie i stalowe zatrzaski powróciły na swoje miejsce. Poeta wręczył podarek dla Papacody Igorowi, by ten zaniósł go kurierowi.

Ogolona głowa mieniła się blaskiem, odbijając refleksy światła rzucanego przez zawieszone na ścianach kaganki. Gian usiadł wygodnie w miękkim fotelu. Ze stolika obok podniósł butelkę z ciemnoczerwoną zawartością. Wprawnym ruchem odkorkował ją i nalał do małego kubka. Wziął drobny łyk delikatnie siorbiąc, tak, by powietrze rozniosło trunek po całej jamie ustnej. Następnie mlasnął dwa razy i w teatralny sposób delektował się smakiem mediolańskiego wina. Tak robili to znamienici bywalcy na dworze Bony. Z ciekawością spojrzał na leżącą na podłokietniku książkę. Na grzbiecie wygrawerowano napis „ O naprawie Rzeczypospolitej”. Wertował pojedyncze kartki, co chwila popijając winem. Czuł, że książka zdaje mu się coraz bardziej interesująca, ale ograniczona alkoholem trzeźwość umysłu nie pozwoliła analizować treści.

Gdy skończyła się zima, Gian wrócił w raz z Boną do Mediolanu. Tam ponownie sięgnął po dostarczoną przez kuriera książkę. W miarę postępu w lekturze czuł się coraz gorzej. Na rękach pojawiły się podejrzane przebarwienia, więc szybko zaczął nosić skórzane rękawiczki. Niedługo na ciele pojawiały się regularne bańki sączące ohydny płyn. Wkrótce nie był w stanie maskować choroby. Wydalono go z dworu i skonał na ulicy. Jak każdy, kto wziął ze sobą przeklętą księgę.

Zginęło również dwóch mieszkańców Gdańska w kwiecie wieku, którzy kilka miesięcy temu bezcześcili ciało trupa. Ich ubrania przesiąkły zarazą i wkrótce dobrały się do ich ciał. Przeżył jedynie brodaty poeta, który w 1579 odnalazł księgę i zabrał do siebie, by zakończyć jej krwawe żniwo. Podczas oczyszczania książki ta zebrała ostatni owoc i pozbawiła Jana jego ukochanej córki Urszulki, często bawiącej się na podłodze w pokoju ojca.

  • Autor: tenewed
  • Data dodania: 22-09-2011
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (2)

1. Lukas97x102-09-2012, 17:28Gratuluje pomysłu z umiejscowieniem akcji na terenach Polski. Liczę na kontynuacje.
2. Alsoomse110-11-2013, 21:59Świetne, nie mogłam się oderwać :)

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
080
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza