Zakon Assassin's Creed


Kret

Część 1

Ulice były puste, a noc księżycowa, od czasu do czasu pomiędzy śmietnikami przebiegał jakiś kot. W ciemnym zaułku jednak można było dostrzec niepozorną postać, opierającą się o brudną ścianę monopolowego. Zza zakrętu wyszedł wysoki dwudziestoczterolatek ubrany w czarną kurtkę z kapturem i jeansy. Miał jasne włosy i szare oczy. Zbliżył się do dziewczyny stojącej pod ścianą.

- Jak tam w nowej pracy? - zapytała.

- Siema, Alice, nie najgorzej, już dwa razy naprawiałem tego Animusa.

- Ale masz już coś?

- Tak nawet sporo, tak jak przypuszczaliśmy, jest obiekt 18 i przenieśli go do „naszej placówki”, bo tam szkolą już agentów i są zbyt zajęci. Typek nazywa się Robert Ackley, jest asasynem, przedwczoraj się o tym dowiedział. Całym projektem dowodzi dr Joseph Turner.

- Czego oni jeszcze szukają u niego, myślałam, że dostali wszystko, co chcieli, od tego całego Desmonda.

- Tego jeszcze nie wiem, ale jego przodek w XIXw działał na terenie Anglii. Proszę, taśmy z jego dwóch pierwszych sekwencji, jest tego niewiele, bo postępują z nim ostrożnie i trzymają w maszynie tylko parę godzin, ten Animus jest jakiś wadliwy, poza tym Robert nieźle się stawia, jak go wrzuci do sesji to jest już świetnie. Próbował nawet uciekać, ale go ogłuszyli. A co tam u was?

- Nudy, wszystkiego dowiesz się w kryjówce. Chodź.

- Jutro przyjdę, idę spać do „mojego” mieszkania.

- Naciesz się nim, dopóki je masz. Do jutra, Alan.

- Ej, mów na mnie normalnie, od tego Alana już chce mi się rzygać.

- Dobra Alex, możesz się spodziewać wizyty Buzza.

- To Buzz już wrócił?

- Aha.

- A ty mówisz, że nudy.

- Dobra, nie bulwersuj się tak, to pa.

- Cześć.

Pocałowali się na pożegnanie, Alice poszła szybkim marszem w kierunku kryjówki, a Alex pokierował się do swojego nowego mieszkania. Wprowadził się niedawno do kawalerki w jakimś starym bloku, na obrzeżu Londynu, niedaleko Tamizy. W Abstergo musiał podać swój adres, a firma lubiła wpadać od czasu do podejrzanych pracowników, dlatego musiał tu mieszkać na czas pracy. Alexowi wcale się nie uśmiechało stanie się fałszywym templariuszem na następne parę tygodni. Nie był pierwszym takim kretem.

Asasyn przekręcił klucz w zamku i zobaczył bałagan, który tu zostawił po ostatniej wizycie, ciuchy i butelki walały się po podłodze, tapczan był rozłożony, a na jedzeniu, które zostawił w pośpiechu na stole, zadomowiła się kolonia much. Przynajmniej nie było tu firmy – pomyślał, patrząc na to wszystko. Mieszkanie było małe, jeden pokój z czymś w rodzaju kuchni, stolikiem, krzesłami i tapczanem oraz łazienka. Na ścianach była stara, brudna tapeta, prawdopodobnie kiedyś pomarańczowa, jedno okno zasłaniały podarte zasłony w kwiaty, podłoga była pokryta zniszczonym parkietem. Alex wyrzucił stare żarcie i wyciągnął z prawie pustej lodówki puszkę piwa.

Usłyszał pukanie do drzwi, niechętnie podniósł się z tapczanu i uchylił drzwi, nie zdejmując zabezpieczającego je łańcucha.

- Ej, no! Witasz swojego przyjaciela przez uchylone drzwi?! - zawołał Buzz. Spojrzał na niego brązowymi oczami. Tak naprawdę miał na imię John, ale wszyscy wołali na niego „Buzz”. Tylko Alice nazywała go czasem Johny.

- Upewniałem się, czy to nie Abstergo - powiedział Alex, wpuszczając drugiego asasyna. Był wyższy i starszy o dwa lata od Alexa. Miał krótko obcięte, brązowe włosy i szeroką szczękę. Mimo tragedii, które przeżył, gdy był dzieckiem i udziału w wojnie, prawie nigdy nie przestawał być wesoły, pesymistycznego Alexa zawsze to dziwiło.

- A no tak, jak tam nasz konserwator, czy tam informatyk?

- Nic ciekawego, pracownicy z Abstergo chyba nie mają życia prywatnego, cały czas ktoś ma nadgodziny, sam wczoraj spędziłem noc w firmie. Jak wygląda sytuacja w Paryżu?

- Dobrze, wszystko poszło gładko, o jednego templariusza mniej, a tak w ogóle to fajny tam jest ten zespół, zwłaszcza dziewczyny.

- Szczęściarz. Niestety, nie mamy za bardzo czym tego oblać, to już ostatnia puszka.

- Jak nie mamy, jak mamy! - Ucieszony Buzz wyciągnął dwie flaszki.

- No to za zwycięstwo w Paryżu!

- Co byś powiedział na pokera? - spytał Buzz.

- Stary, przecież wiesz, że pokerem nigdy nie pogardzę.

Przyjaciele rozłożyli karty i grając przy wódce stracili poczucie czasu i umiaru. Wkrótce wszystko zostało wypite, a kumple szczęśliwie grali w karty dopóki nie urwał im się film.

Alex obudził się, leżąc na stole z głową na kartach, która strasznie go bolała, Buzz chrapał pod stołem.

Przez podarte zasłony przeświecały promienie słońca. Spojrzał na zegarek. 7.30. Spadł z krzesła.

- Do roboty się spóźnię! - krzyknął sam do siebie.

- Co, stary, masz wodę? - Buzz się zbudził.

- W kranie! - Alex krzyknął, myjąc zęby.

- Nie śpiesz się, i tak już nie zdążyłeś na metro.

- Pojadę motorem, akurat na 8.00 zdążę.

Asasyni wyszli z bloku i szybko pokierowali się do kryjówki, Alex miał tam swój motor, a Buzz po prostu tam mieszkał. Kryjówka była w starej kamienicy w centrum osiedla, można się było tam dostać na dwa sposoby przez klapę w dachu, lub ukryte wejście w krzakach pod północną ścianą, ewentualnie przez bramę garażu, ale ta była pilnie strzeżona, wszystkie wejścia miały zamki na szyfr. Reszta okien i drzwi na parterze była zamurowana. Asasyni weszli do środka. Nic ciekawego w pomieszczeniach na parterze nie było, tylko obdrapane ściany i śmieci. Jedno pomieszczenie było przerobione na garaż. Alex pobiegł do swojego motoru i pojechał w stronę centrum Londynu do biurowca Abstergo. Raz wypadłby z drogi śliskiej od deszczu. Nigdy więcej jazdy na kacu - myślał. W końcu podjechał pod oszklony budynek, na parkingu było wolne miejsce, bez zastanowienia skierował się prosto na nie i… prawie został rozjechany przez czarnego Jaguara doktora Turnera.

- Panie Hoffman, co pan robi?!

Alex nie zauważył plakietki o rezerwacji miejsca dla dr Turnera, krzyknął do niego tylko „sorry” i przeparkował. Zły, wszedł do budynku. Animus znajdował się na 14 piętrze, niżej były biura firmy deweloperskiej, oczywiście przykrywka dla tajnej korporacji.

Asasyn wjechał windą na 14 piętro, jak zawsze przed drzwiami przywitał go wykrywaczem metalu ochroniarz. Alex przeszedł przez drzwi używając identyfikatora. W korytarzu podeszła do niego Sandra, asystentka Turnera. Miała długie blond włosy związane w koński ogon i duże, niebieskie oczy. Tego dnia założyła obcisłą, czarną bluzkę i spódnicę sięgającą do połowy uda tego samego koloru.

- Witam, panie Hoffman, znowu spóźniony, dość często się panu to zdarza, śmierdzi od pana wódką.

- Bo piłem. Dobra, jest coś do roboty?

- A czego się pan spodziewał, Animus źle działa, poza tym mamy wirusa w komputerze w pomieszczeniu A12.

- Zaraz się tym zajmę.

- Nie zaraz, już, to pilne. Następnym razem radzę się umyć przed pracą.

Jeszcze bardziej wkurzony asasyn poszedł do pokoju z Animusem. Maszyna nie przypominała tego ładnego Animusa z włoskiej placówki, ten wyglądał jak metalowy leżak z mnóstwem przyczepionych kabli i czymś w rodzaju słuchawek. W końcu był robiony na miejscu zgodnie z instrukcjami Vidica, jednak chyba nie do końca dobrze im to wyszło. Przy swoim komputerze siedział już Turner, popatrzył na asasyna zielonymi oczami zza okularów.

- Panie Hoffman, nie wiedziałem, że bezrobotnych informatyków stać na nowe motocykle.

- Nie jest nowy, stara wyprała w Perwollu, kurwa. - Alex za późno ugryzł się w język.

- Co to ma być? Spóźnia się pan do pracy, nie ma pan do nikogo szacunku, nie reaguje na polecenia i do tego śmierdzi od pana alkoholem! - krzyknął na niego wyraźnie zły Turner. – Gdyby nie to, że nikt poza panem nie umie tego naprawić za tak niską pensję, już dawno by pan pożegnał się ze stanowiskiem. Animus ma zostać naprawiony jeszcze dzisiaj.

Siwy, ubrany w garnitur szef wyszedł, a Alex zaczął szukać usterki. Po kilku minutach stwierdził, że maszyna się przegrzała, trzeba było wymienić wentylator. Przy okazji sprawdził taśmę, była nowa. Tak dobra okazja mogła się w najbliższym czasie nie powtórzyć, więc szybko podłączył swoją pustą taśmę i skopiował na nią całą ostatnią sesję. Po udanej kradzieży poszedł po nowy wentylator i wszystko naprawił. Pokierował się do pokoju A12, gdzie naukowcy badali zmiany w mózgu Roberta. Dysku w komputerze niestety, nie dało się uratować i Alex musiał go usunąć. Po skończonej pracy asasyn poszedł wypić kawę i coś zjeść do pokoju socjalnego. Spotkał tam paru ochroniarzy i Freda, jedyną osobę w firmie, którą lubił. Pogawędził z nim o wirusie i wreszcie zjadł śniadanie. Po kawie poczuł się lepiej. Do końca pracy musiał tylko wymienić kamerę w celi Roberta, bo ten w szaleństwie rzucił w nią butem i się rozwaliła. Trochę było mu go szkoda, strasznie się stawiał, przez co miał na głowie już trzy guzy. Psychiatra stwierdził, że nie wytrzymuje tego wszystkiego i zaczyna wariować.

Całe 14 piętro było jak dom wariatów.

Alex wieczorem wyszedł z pracy, padał deszcz, drogi były śliskie i wszystko wydawało się przygnębiające. Pojechał do kryjówki, gdzie czekała na niego reszta zespołu. Vincent wszystkim przewodził, prowadził bazę danych, kontaktował się z innymi zespołami i często załatwiał fałszywe dokumenty, Curtis był osiłkiem od broni ciężkiej i pilnował kryjówki, Alice cicho eliminowała swoje cele, zajmowała się zaopatrzeniem, Buzz był skrytobójcą tak jak jego siostra, i specjalistą od materiałów wybuchowych, Mike był lekarzem. Alex również potrafił cicho zabijać wrogów, ale przede wszystkim był hakerem i zajmował się komputerami. Vincent i Curtis byli dwoma pierwszymi, żyjącymi członkami zespołu, potem dołączyli Buzz i Alice, adoptowani przez Vincenta. Ich rodzice również byli asasynami, matka była Polką i wyszła za mąż za asasyna z Wielkiej Brytanii. Zginęli podczas akcji, kiedy Buzz miał 9 lat, a Alice 6. Trafili do domu dziecka, skąd zabrał ich Vincent 8 lat po tragedii. Następnie dołączył Alex, który nie wiedział wcześniej o swoim pochodzeniu. Dowiedział się, że jest asasynem 5 lat temu od Alice, która zainteresowała się chłopakiem, który przyszedł do okulisty z dziwnym przypadkiem „widzenia na niebiesko”. Poznali się u lekarza i zbliżyli do siebie. Po niedługim czasie chłopak dołączył do zespołu. Alex i Alice byli obecnie parą, Vincent nie do końca się z tym zgadzał, ale pozwalał na związek w zespole. Mike był ostatni. Zebranie było w tzw. „wielkiej sali”, największym, poza garażem, pomieszczeniu w kryjówce, położonym na pierwszym piętrze. Kwadratowy pokój był wysoki na dwa poziomy budynku, można było do niego zajrzeć z drugiego piętra przez barierkę. Pod sufitem wisiał ogromny, stary żyrandol, oświetlający pokryte złuszczającą się farbą ściany. W wielkiej sali stały komputery, telewizor, sofa, dwa fotele i pufa. Na pierwszym piętrze mieścił się też skład broni, kuchnia, „szpital” oraz pokój do ćwiczeń. Wyżej były sypialnie.

Alex zajął swoje miejsce na sofie obok Buzza i Alice.

- Dobra robota Alex, ale potrzeba nam więcej, nadal nie wiemy, czego oni chcą od wspomnień Ackleya - zaczął Vincent.

- Staram się, nawet mam dzisiaj nową. - Alex podał taśmę Przywódcy. - Wolno im idzie, Turner wspominał coś, że w tym tempie skończą za około dwa tygodnie.

- Co wtedy z obiektem 18? - spytała Alice.

- Prawdopodobnie go zabiją, albo wykorzystają do innych eksperymentów. Tu się rodzi pytanie. Odbijamy go czy nie? - powiedział Alex.

- Zastanawiam się, na pewno nie teraz, można pomyśleć o tym, jak już będzie wiadomo, czego szuka Abstergo i gdzie to jest. Myślałem też o zlikwidowaniu Turnera, już od jakiegoś czasu próbuje nas odszukać, a skoro prawdopodobnie wydamy się przy ratowaniu Ackleya, o ile będziemy go ratować, to czemu od razu nie usunąć doktora, a potem zmienić kryjówkę? - odpowiedział Vincent.

- Strasznie ciężko się do niego zbliżyć, albo jest w firmie, albo w swojej posiadłości, nie wiem co jest lepiej strzeżone - odparł Alex.

- Ty go widzisz codziennie - wtrącił Buzz.

- Tak, ale kamery widzą mnie. Do akcji w firmie są potrzebne dwie osoby, jedna kontrolująca kamery i drzwi, która otworzy jakieś okno, bo z bronią normalnie na 14 piętro nikt nie wejdzie i druga, która zabije Turnera.

- I ktoś, kto wyprowadzi Roberta - dodała Alice.

- To mogłoby się udać, ale na razie skupmy się na zdobywaniu informacji o tym, czego szuka firma - zakończył Vincent, wstał z miejsca i podszedł do komputera przejrzeć taśmę z sesji.

Alex też wstał i pokierował się do wyjścia.

- Ej, Alex, nie będziesz oglądał z nami? - spytał Buzz.

- Wydaje mi się, że Abstergo będzie chciało mnie dzisiaj odwiedzić. Trochę sobie popsułem stosunki z szefem.

- To lepiej sobie nie pogarszaj, jeżeli cię odkryją, to cały nasz plan legnie w gruzach i nie będziemy odpowiadać za to co ci zrobią - powiedział Vincent.

Przywódca uważał ostatnio na Alexa, parę dni wcześniej przyłapał go, jak włamywał się na jego pocztę, zaczął go podejrzewać, na razie jednak nie mówił o tym innym. Alex usprawiedliwiał się, że włamał się tam, bo po prostu był ciekawy jak idzie akcja w Paryżu, ale nigdy nie można mieć pewności. Asasyn wyszedł z kryjówki, wsiadł na motor i pojechał do spożywczaka, bo lodówkę miał pustą, nie licząc ketchupu. Podszedł do kasy, sklep nie był samoobsługowy.

- Chleb, dżem, masło i wodę niegazowaną.

- Białą?

- Yyy… Co?

- Czy białą wodę mam podać.

- Yyy… Tak.

- 3 funty.

Alex zapłacił i wyszedł ze sklepu ogarniając „białą” wodę, która była normalna.

Przeczucie nie myliło asasyna, pod blokiem zobaczył auto Freda. Wszedł do klatki, pod drzwiami zastał kolegę z pracy.

- O cześć, słuchaj, zepsuł mi się laptop i tak pomyślałem, że może go naprawisz - powiedział nieco skrępowany Fred.

- Nie - burknął zirytowany Alex.

- Jest mi potrzebny, no, zapłacę ci.

- Ok, daj go.

- Myślę, że to nieduża usterka, mógłbyś naprawić teraz, ja poczekam, chyba nic nie ukrywasz?

- Dobra, właź.

Weszli do mieszkania, Fred podejrzanie się rozglądał, jakby czegoś tu szukał. Alex rzucił zakupy na stół.

- Długa była kolejka? - spytał szpieg.

- Co?

- Bo późno wróciłeś.

- No, była - odparł wkurzony Alex, oglądając komputer.

Po jakimś czasie komputer był naprawiony, a Fred po całej rozmowie z mnóstwem niewygodnych pytań dalej nic nie wiedział. Wreszcie wyszedł, a Alex wzbogacił się o 10 funtów. Jaki pojebany dzień - pomyślał.


Piątek, Alex wszedł do pokoju z Animusem, był tam dr Turner, Sandra, Robert i Percy, syn doktora, który czasem wpadał do starszego, miał go zastąpić, gdy ten odejdzie na emeryturę. Był mniej więcej w wieku Alexa. Robert się już poddał i wykonywał wszystkie polecenia z nadzieją, że kiedyś zwrócą mu wolność, nie wiedział nawet jak się mylił co do ich zamiarów. Miał jednak szczęście, bo zespół ustalił, że go uwolnią i wyszkolą, Buzz miał włamać się do firmy właśnie tego dnia. Dzisiaj Turner szedł na przyjęcie w hotelu Ritz, jakiś jubileusz, czy coś, w każdym razie Vincent, Alice i Curtis mieli właśnie podczas tego przyjęcia zlikwidować Josepha. Alex w to nie wnikał, jego zadaniem było włamać się do serwera Abstergo, skopiować przydatne dane na dysk przenośny, usunąć je z firmy, wyłączyć kamery, otwierać drzwi (firma miała sieć w całym budynku, po włamaniu się do niej można było wszystkim sterować) i informować o wszystkim Buzza. Abstergo chciało zdobyć Fragment Edenu 25, Miecz, który znajdował się w krypcie pod Stonehenge. Przodek Roberta odziedziczył go po dziadku, który zabrał artefakt templariuszom. Odniósł go z powrotem do krypty, można było tam wejść, znajdując ukryte przełączniki na kilku kamieniach, wzrok orła był przydatny, jednak dzięki wspomnieniom Roberta Firma dokładnie znała ich położenie. Asasyni planowali zabrać miecz przed Abstergo.

- Wiemy, że jest pan asasynem, proszę się natychmiast poddać - powiedział Turner do Alexa, który, zaskoczony, stanął nieruchomo. Jak się dowiedzieli? - myślał, jednak wpadł na pomysł.

- Ha, ha, ha - zaśmiał się. - Świetny dowcip, doktorze!

- Heh, taki test - odpowiedział, a Alex odetchnął z ulgą. Jednak wiedział, że go mocno podejrzewają, cieszył się, że to jego ostatni dzień w firmie.

- Jest coś do naprawy? - spytał.

- W B3 znowu mają jakiś problem - odparła Sandra.

- Dobra, już się tym zajmuję.

Alex naprawił komputery i poszedł na kawę, w socjalnym oczywiście był Fred, który ostatnio cały czas go szpiegował myśląc, że tamten go nie zauważa. Asasyn ignorował szpiega, plótł jakieś farmazony, by go zmylić. Po przerwie nic ciekawego się nie działo, tylko zwykłe obowiązki, dopóki Alex nie wrócił do A3, czyli pokoju z Animusem. Podszedł do komputera doktora, spojrzał na zdjęcie jego żony i syna. Turner wszedł do pokoju.

- Dobrze się pan ostatnio spisywał, w nagrodę pozwalam panu na krótką sesję w Animusie.

- Nie, dzięki.

- Na pewno? Wszyscy zawsze się z tego cieszą, nie interesuje pana jak wyglądało życie pańskich przodków? - zachęcał lekko zdziwiony Turner.

- Nie - odparł trochę zirytowany Alex.

- Ciekawe, nikt wcześniej nie odrzucił takiej propozycji. - Zamyślony wyszedł z pokoju.

Alex zaklął parę razy pod nosem i wrócił do roboty.

Wieczór był coraz bliżej, asasyn czekał tylko, kiedy na 14 piętrze zostaną tylko ochroniarze, on i inni pracownicy, którzy wzięli nadgodziny, tych na szczęście było niewiele. Nudy były przepotężne, więc Alex zaczął przechadzać się po korytarzu. To już ostatni dzień w tym wariatkowie - myślał Alex i wyobrażając sobie poniedziałek w kryjówce bez Abstergo ucieszył się, że stąd odchodzi.

Wreszcie po godzinach czekania asasyn zobaczył przez okno wyjeżdżającego doktora i od razu pokierował się do toalety, gdzie włamał się po raz pierwszy do sieci i wyłączył światła na 14 piętrze, po czym otworzył okno i szybko przeszedł do magazynu, gdzie rzadko ktokolwiek wchodził. Usadowił się w kącie za drewnianą skrzynką, włamał się po raz drugi i wyłączył kamery oraz zaczął kopiować dane ze wszystkich komputerów. W deszczu stał Buzz, obserwując budynek firmy zobaczył, że okna na 14 piętrze zrobiły się ciemne i podszedł do ściany wieżowca. Miał rękawice, dzięki którym mógł wchodzić po gładkich ścianach, kominiarkę, pistolet i ukryte ostrze.

Wspiął się na budynek i wszedł przez otwarte okno w części B. Założył słuchawkę.

- Jestem - powiedział.

- Dobrze, mów, które drzwi mam otwierać, bo wszystko na razie pozamykane, uważaj na ochroniarzy i innych pracowników, Abstergo jest na razie ślepe, ale może się włączyć alarm, który uruchomi generator zapasowy, gdy coś rozwalisz, zapalą się światła i pootwierają się wszystkie drzwi.

- Ok.

Buzz przemierzał korytarz, kiedy zobaczył przed sobą dwóch ubranych na niebiesko ochroniarzy, schował się w cieniu, dzięki czemu pierwszy napakowany łysol go nie zauważył. Zastrzelił go, miał tłumik na lufie, złapał ciało i ostrożnie położył na podłodze, zabójstwu nie towarzyszył żaden dźwięk. Drugiego zdjął starym, dobrym, ukrytym ostrzem, kiedy ten bezskutecznie próbował otworzyć drzwi.

- Ej, otwórz drzwi B6.

- Zrobione - usłyszał w słuchawce Buzz, po czym ekranik przy klawiszach od zamka z czerwonego zrobił się zielony.

- Przeszedłem – powiedział. Ciężkie drzwi zamknęły się znowu.

- Skończyłem kopiowanie, zaraz z serwera Abstergo zostaną zgliszcza, takiego wirusa jeszcze nie widzieli.

Buzz szedł dalej, w jednym z korytarzy musiał cicho skradać się przy ścianie, by spanikowany naukowiec go nie zauważył, w końcu obowiązywała druga zasada asasynów. Alex otworzył drzwi oddzielające część A od B, akcja jak dotąd była bardzo udana, nikt Buzza nie widział ani nie słyszał.

-Dobra jestem przed A3, zakończmy to.

- Zgadzam się. - Alex otworzył drzwi.

- To jest to coś, co naprawiasz?

- Tak, jeżeli masz na myśli ten metalowy leżak.

- Właśnie to, ale otwieraj A4.

-Cholera! Nie ma ich. Tych drzwi nie da się otworzyć zdalnie. Skurwysyny nieźle sobie to wymyślili.

- Argh… Masz jakieś pomysły, panie mądry?

- Nie. Cholera.

- Dobra, improwizujemy, kurwa! - Strzelił kilka razy prosto w zamek.

- Nie, czekaj… - Alex nie dokończył. Ciszę rozdarł głośny dźwięk alarmu. Lampy znowu zaczęły świecić.

Poderwał się i przeklinając, odłączył laptop.

Buzz otworzył drzwi celi, Robert wybiegł ze środka i zaczął bombardować asasyna pytaniami.

Nie doczekał się odpowiedzi, więc pobiegł za nim do schodów. Już prawie byli przy drzwiach, kiedy drogę zastąpiła im Sandra.

- Dokąd panu tak się śpieszy?

- Złaź z drogi, albo cię zabiję! - zagroził jej Buzz, celując w jej głowę.

- Nie sądzę - odparła, a za nią wyszedł tuzin ochroniarzy, po chwili kolejna grupa stała już za plecami asasynów. Bezradny Buzz opuścił broń. W całym korytarzu rozległy się odgłosy strzałów. W tym samym czasie Alex wybiegł zza rogu i zobaczył zakrwawionego, upadającego na ziemię przyjaciela. Zawładnęła nim furia. Chciał tam pobiec i porozrywać templariuszy gołymi rękami na kawałki, jednak było już za późno, Buzz odszedł na zawsze z tego świata, jego skazany na niepowodzenie atak i tak by go nie wskrzesił. Nie było czasu ani miejsca nawet na pożegnanie, asasyn pobiegł do windy, i tak wszystko wskazywało, że on tez uczestniczył w tej akcji. Zauważyła go Sandra. Alex wybiegł z budynku razem z innymi pracownikami i jak najszybciej wsiadł na motor. Nie był jednak bezpieczny, zauważył za sobą dwie furgonetki z firmy, wyglądały zwyczajnie, jednak wzrokiem orła asasyn widział kierowców na czerwono. Śledzili go, więc pojechał do mieszkania. Na chwilę zgubił templariuszy, wyrzucił laptop i słuchawkę, dysk ukrył. Dojechał do kawalerki, do plecaka wrzucił identyczny laptop jak poprzedni. Zdjął mokrą kurtkę. Do mieszkania wpadli ochroniarze z Abstergo oraz Sandra.

- EJ, TO MÓJ DOM! CO ROBICIE!? - Alex grał zaskoczonego informatyka napadniętego we własnym domu.

- Proszę siadać - powiedziała zimnym głosem Sandra.

- NIE! Wynoście się! To jest MÓJ DOM! NIE MACIE P… - nie dokończył, został pchnięty na krzesło przez jednego z ochroniarzy, po czym poczuł na swojej głowie zimną lufę pistoletu. Uciszył się.

- Od razu lepiej, prawda? Teraz zadam panu parę pytań. Chłopcy, przeszukajcie tą dziurę dokładnie. Pierwsze pytanie - co robił pan podczas awarii?

- Byłem na korytarzu w części B i próbowałem otworzyć drzwi.

- Przed wyłączeniem kamer byli tam tylko ochroniarze. Pytam jeszcze raz, co pan robił podczas awarii?!

- Siedziałem na korytarzu!

- Chłopcy, weźcie go przyciśnijcie, może się jeszcze dogadamy - powiedziała do ochroniarzy. Jeden z osiłków wziął Alexa za szmaty, uderzył nim o ścianę i kopnął w brzuch. Asasyn osunął się na podłogę. - Co wiesz o ataku?

- NIC! TO BYŁ ATAK?! DLACZEGO JA MAM COŚ WIEDZIEĆ?! - Alex dalej grał. Ochroniarz kopnął go parę razy. Alex wypluł krew.

- JESZCZE RAZ. CO WIESZ O ATAKU? WSZYSTKO WSKAZUJE NA PANA, KTOŚ, KTO WŁAMAŁ SIĘ DO SIECI BYŁ CHOLERNIE DOBRY I MUSIAŁ BYĆ W BUDYNKU WCZEŚNIEJ!

- NIC NIE WIEM! - Asasyn poczuł rozdzierający ból, gdy napakowany łysol zmiażdżył go ciężkim buciorem. Krzyknął.

- CO PAN WIE O ATAKU?!

- Nic… nie… wiem… - nie poddawał się. Przed oczami miał czubek buta, przygotował się na kolejny cios.

- Dajcie mu na chwilę spokój, jeszcze zacznie się drzeć i sąsiedzi zadzwonią na policję - powiedziała Sandra. - Znaleźliście coś?

- Nie, nie ma tu niczego dziwnego.

- A komputer sprawdziliście?

- Tak, też nic.

- Chyba faktycznie nic nie wie. Jedziemy - stwierdziła Sandra.

- I zostawimy go tutaj, nie lepiej go zlikwidować, zanim zadzwoni po psy?

- Nie. Pamiętaj, Hoffman, obowiązuje cię milczenie - zwróciła się do Alexa, przypominając o przysiędze danej podczas zatrudnienia się w Abstergo.

Templariusze wyszli, pozostawiając leżącego na podłodze asasyna w rozwalonym mieszkaniu.

Alex podniósł się i rozejrzał, faktycznie, sprawdzili wszystko, nawet rozcięli głupią poduszkę. Kulejąc podszedł do zlewu. Znowu wypluł krew i umył twarz. Wyjrzał przez okno wzrokiem orła. Kręciło się tam przez jakiś czas kilka czerwonych postaci. Gdy wszyscy pojechali, wyszedł z bloku, starając się nie kuleć poszedł po dysk, a potem do kryjówki. Trzymał się cienia, omijał główną drogę i rozglądał się wzrokiem orła. Dotarł wreszcie do starej kamienicy.

- Co tak długo? - przywitał go Vincent. Siwiejący powoli przywódca o piwnych oczach z krótką brodą, przebrany jeszcze za kelnera miał miły wyraz twarzy, widocznie akcja się udała, jednak po chwili zmienił się diametralnie. – Alex, gdzie jest Robert? - spytał zimnym głosem, mierząc go wzrokiem.

- Nie udało nam się. Robert jest w firmie - odpowiedział ze spuszczoną głową.

- A Johny? - spytała go drżącym głosem Alice. Jej brązowe oczy zwiększyły się do rozmiarów piłeczek ping-pongowych.

- Nie żyje. Przepraszam…


Była już późna noc, gdy Vincent skończył swój wykład na temat nieodpowiedzialności Alexa.

Miłosiernie, jak twierdził, dał hakerowi drugą szansę. Asasyn musiał zabrać Roberta z firmy, teraz był jeszcze bardziej potrzebny. Na razie jednak nie zastanawiał się nad tym, był zbyt zmęczony. Powlókł się tylko do swojego pokoju w kryjówce, uwalił się w swoim łóżku i od razu zasnął niespokojnym snem.

Obudził się około 11, ta sobota była wyjątkowo ładna, nie padało. Blade słońce przeświecało przez starą zasłonę. Poszedł wreszcie wziąć prysznic, wczoraj to zupełnie wyleciało mu z głowy. Gdy zobaczył swoją skórę, aż się przestraszył. Był zaiste tęczowy, fioletowo-brązowo-niebiesko-zielono-czerwono-żółte siniaki pokrywały go prawie całego. Zszedł na dół, do kuchni. Zastał tam Alice. Jej brązowe włosy były potargane, najwyraźniej zapomniała ich rozczesać. Na jej delikatnej twarzy zauważył ślady łez.

- Cześć - przywitał się, ale ona nie odpowiedziała, nawet na niego nie spojrzała.

Alex zajrzał do lodówki i wyciągnął z niej pomidora, w tym czasie dziewczyna podeszła z talerzem do zlewu.

- Przepraszam, Alice… Ja… - nie dokończył, bo asasynka podniosła rękę z zamiarem uderzenia go w twarz. Zawahała się i opuściła dłoń. Szybkim krokiem wyszła z kuchni.

Alex czuł się tego dnia okropnie, wciąż nie mógł pogodzić się ze śmiercią najlepszego przyjaciela. Wszyscy dziwnie na niego patrzyli, nikt nie odezwał się do niego słowem, atmosfera była napięta jak nigdy. Mniej obco czuł się tu pierwszego dnia.

Myślał o jego drugiej szansie, miał już jakiś plan, jednak nie był pewny. Dręczyła go jedna myśl, jakby tego nie wymyślił, to zawsze była możliwość konieczności stanięcia do walki. Musiał mieć broń, ale jaką broń? Wszystkie pistolety i noże odpadały, bo można je znaleźć wykrywaczem metali, kij baseballowy był za duży, nic nie przychodziło mu do głowy. Nagle wpadł na pomysł.

Przyszedł pod sklep wędkarski „Srebrny Śledź”. Nad tym sklepikiem mieszkali ludzie, Alex zadzwonił do mieszkania nr 5.

- Czego? - odezwał się ochrypłym głosem mężczyzna z dziwnym akcentem.

- Tu Alex z kamienicy. Potrzebuję czegoś specjalnego.

- Już schodzę - usłyszał z domofonu już innym tonem.

Asasyn poczekał chwilę. Ze schodów zszedł gruby, starszy jegomość w dresie, białych skarpetkach i klapkach. Był to właściciel owego sklepu, Janusz Jakubowski. Otworzył drzwi „Srebrnego Śledzia” i zaprosił chłopaka do środka. Nic specjalnego, mnóstwo wędek, haczyków i robaków.

- Słucham - zaczął Janusz.

- Potrzebuję broni niewykrywalnej przez wykrywacz metali, małej, łatwej do ukrycia pod ubraniem.

- Masz wymagania. Myślałeś o czymś bardziej konkretnym?

- Tak, dałoby radę zrobić takie ukryte ostrze?

- Myślę, że tak. Ile mam czasu?

- Maksymalnie do niedzieli.

- Chyba zdążę je załatwić.

- W takim razie przyjadę jutro w nocy.

- Coś jeszcze?

- Może petardy dymne, również niewykrywalne, też na jutro.

- Ostrze będzie cię kosztowało 600 funtów. Jedna petarda 80. Teraz płacisz połowę ceny jako zaliczkę, potem dopłacisz resztę.

- Dobra. - Alex dał mu 380 funtów w gotówce.

- Gdyby nie asasyni, pewnie bym zbankrutował - Janusz mruknął do siebie, przeliczając pieniądze.

Alex przyszedł do swojego mieszkania, aby chociaż trochę posprzątać, poza tym nie miał ochoty wracać do kryjówki. Zaczął od wyczyszczenia podłogi z czerwonych plam. Musiał się nieźle namęczyć, żeby nic tam nie zostało, poniszczył bardziej parkiet, ale to i tak nie miało znaczenia. Ważne było to, że nikt nie zauważyłby już w tym mieszkaniu śladów krwi. Powyrzucał roztrzaskane resztki jedzenia. Przykręcił drzwi do szafy, pozbierał potłuczone szklanki, wyrzucił podartą poduszkę i wszystko co z niej wypadło. Po paru godzinach roboty to miejsce znowu wyglądało przyzwoicie. Alex spędził tam czas do niedzielnej nocy, planując swoją akcję i szukając informacji na temat Abstergo.

Asasyn podjechał pod „Srebrnego śledzia”. Na korytarzu czekał już Janusz, bez słowa zaprowadził go do warsztatu. Tam wyjął swoje dzieło.

- Niewykrywalne - przejechał po broni wykrywaczem metalu - lekkie, małe i cholernie ostre! – zapewniał, przecinając delikatnym ruchem kawałek swojego paznokcia. - Ceramiczna klinga, aluminiowy mechanizm, reszta z tworzyw sztucznych. - Podał mu broń.

- Polak potrafi! Takie cudeńko w jeden dzień. - Alex wysunął i schował ostrze bezszelestnie. Obejrzał je: klinga była cienka i miała biały kolor, mocowało się je do przedramienia za pomocą dwóch czarnych pasków z rzepami, mechanizm był mały, pomalowany na czarno. Niewielkiego ostrza nie było widać pod rękawem kurtki lub bluzy. - Warte swojej ceny.

- Petardy również niewykrywalne, z tworzyw sztucznych. - Janusz podał je asasynowi. Miały wielkość piłeczek ping-pongowych. Alex schował je do kieszeni. Na pierwszy rzut oka nie miał przy sobie żadnej broni. Zapłacił drugą połowę ceny, resztę swoich skromnych oszczędności.

- Przyjemnie się robi z wami interesy, pozdrów ode mnie resztę - powiedział Janusz. Wiedział o istnieniu asasynów i templariuszy, jednak miał świadomość, czym by skończyło się dla niego rozpowiadanie tych informacji, więc siedział cicho. Poza tym i tak był po stronie skrytobójców.


Alex oddał ochroniarzowi swój plecak i telefon, patrząc na idącą przed nim Sandrę. Wykrywacz metalu zaczął pikać.

- Aha! - krzyknęła Sandra i już chciała wołać ochronę, kiedy asasyn zakomunikował jej gestem dłoni, by poczekała. Widząc, że templariuszka czeka, wyciągnął z kieszeni metalowy otwieracz do kapsli i podał go ochroniarzowi.

- Zapomniałem - dodał i poszedł dalej, zabierając swoje rzeczy, bo wykrywacz nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Widząc zirytowaną Sandrę nieźle się ubawił, wkurzanie ludzi było jedną z jego ulubionych rozrywek. Jednak jego rozbawienie szybko minęło, gdy wszedł na korytarz i spojrzał w lewo. Mimowolnie włączył mu się wzrok orła. Widział czerwone plamy na podłodze, ścianach. Poczuł ścisk w gardle i opuścił głowę. Nienawidził bycia asasynem. Nienawidził za to siebie. Za każdym razem patrząc w lustro widział mordercę. Okropne uczucie, mieć krew dziesiątek ludzi na rękach. Teraz jeszcze przez niego zginął najlepszy przyjaciel. Co można było jednak zrobić? Nic. Poza Bractwem nic nie miał. Żałował tej decyzji najbardziej ze wszystkich. Mógł w to nie wchodzić, nie urodził się w Zakonie. Mógł wrócić do małej, rozbitej rodziny, ale wolał odejść. Tak właściwie to już nic nie wiedział. Nie był pewny, czy pomaga. Ale teraz nie było już odwrotu. Mógł tylko żyć z tą okropną świadomością i wykonywać rozkazy. Wtedy podeszła do niego Sandra i wyrwała go z zamyślenia. Zawiadomiła o tym, że ma pomóc w naprawieniu sieci innym informatykom. Był problem, nawet on nie do końca wiedział, jak tego wirusa się pozbyć. Poszedł w kierunku serwerowni, jednak skręcił i cicho wszedł do pokoju, w którym ochroniarz patrzył na obrazy z kamer. Jeden ruch i nieszczęśnik pożegnał się z życiem. Alex popatrzył na ekrany, nic ciekawego. Szybko przykleił ochroniarza do krzesła tak, aby z tyłu wyglądał normalnie. Poszedł do pokoju z Animusem, by obejść zamek. Wyglądał dokładnie tak jak inne zamki, trzeba było wpisać kod i przejechać po czytniku identyfikatorem. Z tym pierwszym nie było problemu, często naciskane klawisze można było rozpoznać wzrokiem orła. Odszedł od drzwi i wtedy do pokoju weszła Sandra.

- Coś dzisiaj dr Turner się spóźnia - zaczął Alex.

- Dzisiaj go nie będzie. Dopóki go nie ma, ja i Percy tu rządzimy.

- Czemu nie przyszedł?

- Zaginął.

- Co?

- Nie wrócił do domu po piątkowej imprezie.

- Ja tak mam często.

- Trochę powagi, Hoffman! Jeszcze go nie znaleźli, podejrzewamy, że został zamordowany.

- Myślisz, że to ci asa…asa-cośtam?

- Tak najprawdopodobniej to byli asasyni, sporo ich musi być, jak jednocześnie przeprowadzali dwa ataki. Jednego mamy już na szczęście z głowy. Lepiej zabieraj się za tego Animusa, mamy opóźnienia, została tyko ostatnia sekwencja, obiektu 18 już dawno powinno tu nie być.

- Ok.

Sandra usiadła przy komputerze Turnera, a Alex udawał, że naprawia maszynę, której uratować się już raczej nie dało, podobnie jak reszty serwera.

Kobieta wyszła na chwilę z A3, więc asasyn zaczął wcielać swój plan w życie. Wyciągnął identyfikator z jej torebki. Wystukał pierwszą kombinację trzech cyfr, którą wymyślił i użył klucza Sandry. Źle. Wpisał cyfry w innej kolejności. Znowu źle. Robert wyjrzał przez szybę w drzwiach i z ciekawością zaczął mu się przyglądać. Za czwartym razem się udało i Alex otworzył ciężkie drzwi.

- Jesteś asasynem? Znałeś tamtego? Tak właściwie kto to był? Gdzie macie bazę? Jak się stąd wydostaniemy? - pytał Robert.

- Ucisz się. Później się dowiesz, a teraz za mną.

- Przecież kamery nas widzą.

- Kamery tak, ale ochroniarz przed monitorami już nie.

Osiemnasty już o nic więcej się nie pytał, tylko pobiegł za Alexem w stronę wyjścia. Miał około 30 lat, wzrostem był równy Alexowi. Jego włosy były rudawe, oczy niebieskie. Miał na sobie ubranie z Abstergo, szarą bluzę i jasne jeansy. Byli na korytarzu, kiedy asasyn usłyszał głosy. Zbliżał się Percy i ktoś, kogo głosu nie rozpoznawał.

- Chowaj się - powiedział do Roberta.

- Gdzie?

- Pod sofę. Szybko.

Robert wczołgał się pod mebel. Z bocznego korytarza wyszedł młodszy Turner i dwóch ochroniarzy.

Alex usiadł na sofie i udawał, że nic się nie dzieje.

- Wracaj do pracy.

- Dobrze, tylko krótką przerwę sobie robię.

- A tak w ogóle jak tam u was Alan, a może Alex? - spytał templariusz.

Asasyna przeszedł dreszcz. W końcu stało się nieuniknione, ale skąd się dowiedzieli? - pomyślał. Wstał. Strażnicy podeszli do niego. Jeden już wyciągał pistolet i zaraz upadł na ziemię z rozciętym gardłem. Z rękawa Alexa wystawała zakrwawiona klinga, która po chwili była już w lewym oczodole drugiego ochroniarza. Asasyn skoczył naprzód. Spanikowany Percy wołał następnych ochroniarzy. Dostał w mordę pięścią, jednak ostrze nie zdążyło go dosięgnąć, bo przedziurawiło kark trzeciego strażnika, który wyskoczył z bocznych drzwi. Kolejny padł od śmiertelnego ciosu w klatkę piersiową. Potem jeszcze jeden kopnięty najpierw z półobrotu skończył z raną na szyi. Percy uciekł. Alex stał na środku korytarza, nad pięcioma trupami w ogromnej kałuży krwi. Sztywny ze strachu Robert wyszedł spod sofy, spojrzał z przerażeniem na asasyna i jego krwawe dzieło. Zabójca wziął dwa pistolety, jeden dał więźniowi. Osiemnasty pobiegł za nim, wciąż miał przed oczami walkę, która trwała niecałą minutę. Dotarli bez większych problemów do drzwi przed windą. Tam z korytarza wybiegł na nich tłum ochroniarzy z Sandrą, oczywiście. Było ich za dużo. Alex rzucił w ich kierunku petardę i pół korytarza zasnuł gęsty dym. Templariusze zaczęli strzelać na oślep, asasyni przeszli przez drzwi. W ostatnim momencie Alex dostał kulą w rękę. Zastrzelił ochroniarza z wykrywaczem metali. Wbiegł do windy razem z Robertem. Przez szparę w zamykających się drzwiach zobaczył jeszcze Sandrę i strażników. Winda wolno pojechała na dół.

- Krwawisz! - krzyknął osiemnasty.

- Wiesz, jakoś tego nie zauważyłem - pomimo bólu Alex zdobył się na sarkazm.

- Jesteś asasynem, prawda?

- Tak.

- Tamten poprzedni… - Alex nie dał skończyć Robertowi.

- Tak, też był asasynem, nazywał się Buzz, znaczy John.

- Co chcecie ode mnie? Bo chyba po coś mnie stąd zabierasz.

- Wyszkolimy cię, zajmiesz miejsce Buzza w naszym zespole.

- Nie, nie zostanę mordercą - twardo powiedział Robert.

- Nie masz wyjścia, albo to, albo śmierć tu, w Abstergo. Ratuję ci życie, po ostatniej sekwencji, nie masz już dla nich żadnej wartości.

- A nie mogę być asasynem-nie-mordercą?

- Nie było jeszcze takiego. „Działamy w mroku, by służyć światłu. Jesteśmy asasynami”. To kawałek przysięgi. Wybieramy mniejsze zło eliminując jednostki, które mogą doprowadzić do śmierci milionów. Niestety bez zabijania ochroniarzy się czasem nie obejdzie.

- Zastanowię się.

Osiemnasty już o nic nie pytał, pogrążył się w myślach. Winda zjechała na pater, asasyni wyszli i unikając ludzi, szybko przeszli przez hol. Wyszli z budynku bocznym wyjściem i pojechali na motorze do kryjówki.


- Mike, cholera! Co robisz!? - krzyknął na lekarza Alex, gdy ten zaczął wstrzykiwać mu drugą dawkę morfiny.

- Jak, co!? Chcesz, żeby dalej cię bolało?!

- Nie udawaj idioty, już dałeś mi jedną dawkę!

- To po co poszedłem?

- Po szczypce, czy jak to tam się zwie, i igłę.

- A no tak, fakt, już idę.

- Co ty jakiś taki rozkojarzony jesteś?

- Ja, nie, nie jestem - zaprzeczył doktor i zaczął wyjmować nabój z rany. Po chwili kula leżała w śmieciach, a Mike zaszywał ranę. Do szpitala wszedł Curtis. Lekarz zląkł się i wbił igłę 10 cm od rany.

- Ja pierdole! Idioto, zaraz dostaniesz w ryj! - warknął wkurzony Alex.

- Aha. Alex, masz iść do garażu - zawiadomił ich Curtis.

Mike zabandażował zaszytą ranę i zmył krew z rąk i narzędzi. Asasyn dołączyli do reszty zespołu.

Asasyni zebrali się koło auta. Do Stonehenge jechali wszyscy oprócz Mike'a. Podróż minęła bez problemów. Alex znowu próbował pogadać z Alice, ale ta go ignorowała. Zaczynał coraz bardziej się martwić, że ich szczęśliwy jak dotąd związek się rozsypie. Większość drogi rozmawiał z Robertem, który najbardziej mu ufał. Do celu jechali przez półtorej godziny.

W końcu wysiedli, było chłodno i zaczynało się ściemniać. Po krótkim marszu znaleźli się pośrodku kamiennego kręgu. Alexowi zawsze się tu podobało, a teraz wreszcie mógł poznać spoczywającą pod tym miejscem tajemnicę.

Osiemnasty znalazł wszystkie przełączniki, po naciśnięciu ostatniego ziemia zatrzęsła się pod asasynami. W środku kręgu kawałek podłoża zaczął zjeżdżać w dół, zanim zapadł się głęboko, wszyscy na niego wskoczyli. Przez jakiś czas w górze widzieli tylko rozgwieżdżone niebo, ale w końcu ich oczom ukazało się okrągłe pomieszczenie. Zespół zszedł z „windy” i rozejrzał się dookoła, komnatę oświetlały jakby listwy świecące na niebiesko, ciągnęły się przy podłodze, a na suficie tworzyły różne geometryczne wzory. Ściany były błyszczące, pokryte jakby pismem klinowym i w tym świetle czarne. Platforma za nimi pojechała z powrotem w górę. Poszli dalej wąskim korytarzem. Po chwili trafili do pomieszczenia z wielką bramą zapisaną dziwnymi znakami.

- Dobra, otwórz bramę, Robert - powiedziała Alice.

- Eeee, ok. - Robert przyłożył rękę do zimnego kamienia. - Otwórz się!

Nic się nie stało, brama ani drgnęła.

- I co? - durnym głosem spytał Curtis. - To wszystko?

- Może nie rozumieją po angielsku - domyślał się Robert.

- Bzdura, przecież twój przodek właśnie tak otworzył drzwi, wyczuły, że jest asasynem i po angielsku powiedział - powiedział zdenerwowany Vincent. Alex oparł się o wrota.

- A to „otwórz się” to w ogól… - Alex nie dokończył, bo brama zaświeciła i otworzyła się zupełnie bezszelestnie. Asasyni popatrzyli ze zdziwieniem na siebie, a potem na Alexa.

- No co się tak gapicie? Może mają opóźniony zapłon? - powiedział nie mniej zdziwiony haker, czuł jednak, że to nie był przypadek.

Przeszli przez drzwi. Ich oczom ukazała się wielka komnata w kształcie ośmiokąta. Pod sufitem, który składał się z ośmiu trójkątnych płyt zbiegających się w jednym najwyższym punkcie, były belki. Świecące na niebiesko wzory i symbole pokrywały podłogę, sufit i w mniejszym stopniu ściany. Na środku sali znajdował się ośmiokątny basen, wpływała do niego woda wylewająca się z ośmiu otworów w ścianach. Asasyni stali na podwyższeniu, na dół prowadziły schody.

- To miecz! Tam, na górze! - krzyknęła podekscytowana Alice.

- Jak tam wejdziemy? - Spytał Curtis. - Ej, Osiemnaście! Co twój przodek zrobił?

- Nie wiem i nie nazywaj mnie Osiemnaście. Nie przeszedłem ostatniej sekwencji. Po bramie już nic nie wiem.

- Dobra, nie bulwersuj się, Osiemnaście - Curtis zaśmiał się.

- Może… - Alex pobiegł do najniższego drążka. Złapał go i prawie od razu spadł, jego ręka nie była dość sprawna. Drążek jednak przez tą chwilę obniżył się lekko, ze ściany wyszedł kolejny, tym razem wyżej belki.

- Nie mogę tam wejść! Ręka mi nie pozwala.

- Alice, oprócz niego ty dasz radę wejść na górę - powiedział Vincent do dziewczyny.

Asasynka zręcznie przeskoczyła z drążka na pierwszą belkę, na następną i tak dalej, do kolejnego przełącznika. Zawisła na nim i poczekała na kolejne czarne belki, świecące na końcu. Rozbujała się i kontynuowała swoją wspinaczkę. Alex patrzył z podziwem, jak dziewczyna skacze po belkach, w każdej chwili gotowy ją złapać, gdyby spadła. W tym czasie Robert spróbował poruszania się w stylu asasyńskim. Wskoczył na pierwszy drążek i o dziwo, udało mu się okręcić na nim o 360 stopni i lekko wylądować na belce przed nim. Pewniej ruszył dalej.

- Robert! Długo ćwiczysz? - Spytał Vincent.

- Właśnie wcale! Nigdy wcześniej nie próbowałem!

- Pierdolisz! Może w Abstergo poprzestawiali ci mózg i nie pamiętasz - odezwał się Curtis.

- Wszystko pamiętam. Teraz po prostu wiem jak skakać, tak jakbym kiedyś już to robił!

- Bo tak jakby robiłeś, w Animusie. To przez efekt krwawienia. Teraz masz umiejętności swojego przodka - powiedział stojący przy basenie Alex.

- Co? To przez tą maszynę?

- Tak, właśnie przez to.

- No to nie potrzebujesz szkolenia - stwierdził Vincent.

- Huh, wiem jak skakać, ale kondycji to ja nie mam - powiedział do nich Robert, który zatrzymał się w połowie drogi i zrobił sobie odpoczynek.

Alice dotarła na samą górę. Przed nią znajdował się złoty miecz, świecił w podobny sposób jak ściany, ale złotym światłem. Fragment Edenu wystawał z ośmiokątnego, czarnego kamienia rękojeścią w dół, dokładnie nad środkiem basenu. Asasynka wyciągnęła rękę. Już miała złapać za rękojeść, kiedy jej ręka po prostu przez nią przeniknęła. To był tylko trójwymiarowy obraz artefaktu. Wtedy coś świecącego zaczęło wynurzać się z wody. Curtis i Vincent cofnęli się i wyciągnęli broń. Alex odskoczył od basenu i przeszedł pod ścianę, celował do tego czegoś pistoletem. Był najbliżej dziwnego zjawiska.

Alice i Robert patrzyli na wszystko z góry. Zobaczyli świecącą postać kobiety o długich, zielonych włosach i pięknej twarzy. Składała się tak jakby z pasków, wyglądała jak duch. Miała biało-złotą szatę, która unosiła się w powietrzu, tak samo jak włosy. Wyglądało to tak, jakby istota nadal była pod wodą, chociaż stała na jej powierzchni.

- Witajcie, asasyni. Spodziewałam się, że prędzej czy później ktoś z was mnie odwiedzi - przemówiła po angielsku, dziwnym, wibrującym dwugłosem.

- Kim jesteś? - cicho spytał Vincent.

- Mam wiele imion, wy możecie nazywać mnie Panią Jeziora.

- Jesteś kosmitką? - odezwał się Alex.

- Nie. Byłam tu, na Ziemi, od początku, jeszcze przed wami, ludźmi. Kiedyś, bardzo dawno temu, była tu wspaniała cywilizacja. My stworzyliśmy was na nasze podobieństwo. Początkowo tylko, by przekazać prawdę, ale byliście nietrwali. Obróciliście się przeciwko nam i sobie wykorzystując nasze narzędzia. Zostało nas niewielu. Ukryliśmy przed wami tyle, ile nam się udało…

Pani Jeziora chciała kontynuować, ale przerwała jej Alice.

- To jest odbicie! Miecz jest POD WODĄ!

Alex zbliżył się i spojrzał na dno jeziora, na dnie zobaczył Fragment Edenu. Robert przygotował się do skoku.

- Jednak wy przyszliście tu w wiadomym celu. Miecz nie jest dla was! Strzeżcie się zdrajcy w waszych szeregach, on jeszcze zaistnieje w przyszłości. – Nagle istota zdenerwowała się.

- Templariusze zaraz tu będą, musimy zabrać miecz przed nimi - powiedział Vincent.

- Nie! Już powiedziałam, zdania nie zmienię. Możecie iść. Wróćcie, gdy będziecie gotowi i odkryjecie dziedzica. Nie każdy człowiek może zdobyć moc Fragmentu Edenu - upierała się Pani Jeziora, nawet otworzyła im drzwi po drugiej stronie komnaty. Robert zszedł na dół.

- Przyszliśmy tu po Miecz i z nim wyjdziemy - zakomunikował.

- Nie. - Osiemnasty poleciał pchnięty niewidzialną siłą na ścianę. Istota się wkurzyła.

Curtis nie wytrzymał presji i zaczął strzelać do Pani Jeziora, skończył jak asasyn przed nim, tylko wyglądało to gorzej. Vincent był mądrzejszy i atakując, nie stał w miejscu. Kule jednak nic nie robiły istocie sprzed wieków.

Raz się żyje! - przemknęło przez myśl Alexowi, po czym asasyn dał pięknego susa do wody. Ręka go bolała, ale dzięki adrenalinie dał radę pływać. Popłynął na samo dno. Złapał rękojeść zdrową ręką i pociągnął. Zaparł się nogami o czarny kamień, z którego wystawał miecz. Trochę się pomęczył, ale udało mu się. Miecz jakby zgasł. Nagle przeraził się. Przed sobą zobaczył półprzezroczystą twarz jakiegoś mężczyzny w koronie. Zjawa po chwili zniknęła. Wypłynął z Fragmentem Edenu na powierzchnię. Poobijany Robert pomógł mu wyjść z wody. Alex zobaczył Panią Jeziora, Alice pomagającą Curtisowi i strzelającego Vincenta. Pobiegł z resztą zespołu do tylnych drzwi. Nie pasowała mu jedna rzecz, istota w ogóle go nie atakowała, a to przecież w jego ręce był miecz. Brama zaczęła się zamykać. Pierwsza dobiegła Alice z Curtisem, potem przeszedł Vincet, za nim Robert. Alex też zdążył, robiąc przewrót pod ciężkimi drzwiami, które dotknęły posadzki z głuchym tąpnięciem zaraz za nim. Przed asasynami znajdowały się schody prowadzące na zewnątrz. Stopnie podnosiły się do góry, powoli zamykając drogę ucieczki. Alex rzucił miecz na stopnie. Skoczył, złapał krawędź i z trudem się podciągnął. Wyszedł na trawę razem z resztą zespołu. Udało się. Mieli miecz i nikt nie został pod ziemią. Vincent schował Fragment Edenu do wytrzymałej walizki i asasyni wrócili do samochodu.

- Cholera! Czemu się tak wkurzyła? - spytał Curtis, rozcierając obolałe ramię.

- Nie wiem, ale wydawało mi się, że nie chciała nas zabić - odpowiedział Vincent.

- Nawet nie chodziło jej o miecz. Gdyby tak było, atakowałaby przede wszystkim mnie - powiedział Alex. Wydawało mu się, że chodziło o to, kto po ten miecz przyszedł, ale zachował to dla siebie. Nie dawały mu spokoju trzy jej zdania. „Miecz nie jest dla was! Strzeżcie się zdrajcy w waszych szeregach, on jeszcze zaistnieje w przyszłości” i „Wróćcie, gdy będziecie gotowi i odkryjecie dziedzica”. Kto jest zdrajcą? Na co mają być gotowi? Jaki dziedzic? Próbował odpędzić te myśli, ale był zaniepokojony nieobecnością templariuszy. Miał złe przeczucie, że już coś wykombinowali.

Furgonetka wjechała do garażu. Asasyni weszli do kamienicy. Cały zespół skierował się do wielkiej sali, by świętować. Na górze zobaczyli stojącego w cieniu z opuszczoną głową Mike'a.

- Udało się! Mamy Miecz, doktorku! - wykrzyknął ucieszony Curtis.

- Aaa, to bardzo się cieszę. Zaoszczędziliście nam dużo czasu i ułatwiliście pracę. - Lekarz podszedł wolno do światła. Na jego twarzy malowało się przerażenie. Za nim stał Percy, jak zawsze elegancki, z przylizanymi czarnymi włosami. Trzymał ozdobiony krzyżem templariuszy sztylet przy karku zakładnika. Uśmiechnął się do zaskoczonych asasynów paskudnie, w jego zielonych oczach błysnęły ogniki. Zespół otoczyli faceci ubrani na czarno, prawdopodobnie najemnicy i strażnicy z Abstergo.

Zbliżali się. Asasyni zwróceni do siebie plecami wyciągnęli broń. Zaczęła się walka. Pierwsi templariusze zginęli od niezastąpionego AK-47 Curtisa. Następni już leżeli, krwawiąc na ziemi, przez Vincenta.

Alex zabił jednego strzałem prosto między oczy. Chwilę potem ostrzem przeciął gardło kolejnego, by jego wspólnik skończył z białą klingą w sercu. Wtedy zobaczył przed sobą koniec lufy. Nie zdążyłby już uciec. Nagle człowiek upadł zastrzelony przez Roberta. Za nim był już kolejny, któremu Alex zaraz posłał kulkę w łeb. Asasyn szybko skoczył na templariusza z lewej i zakończył jego żywot ostrzem. Przez niego zwinnie przeskoczyła Alice, zdejmując dwóch od razu pistoletami maszynowymi. Wykonała finezyjny obrót i skosiła templariuszy za Robertem. Krew była wszędzie. Vincent rzucił walizkę, bo jego otoczyło czterech wrogów. Złapał ją osiemnasty i popełnił kolejne morderstwo. Wszyscy bronili się jak mogli, jednak templariusze mieli przewagę liczebną. Vincent dostał w ramię. Gdyby nie Alice, prawdopodobnie łysol w czarnym by go zabił. Naboje zaczynały się kończyć. Alex walczył już tylko ostrzem. Przebił gardło najemnika, i od razu szybko uśmiercił kolejnego. Atakującego go nożem faceta poczęstował zabójczym ciosem w klatkę piersiową. Za chwilę kolejny templariusz leżał sztywny ze śmiertelną raną ciętą. Wrogów ubywało, jednak nikt z asasynów nie zauważył tego, że postrzelono Roberta. Dostał w nogę. Upadł na podłogę, przyciskając walizkę z mieczem swoim ciałem. Nad nim stanął Percy i uderzył go kolbą karabinu w głowę. Wyciągnął spod niego pakunek. Widząc, że jego ludzie giną jeden po drugim, zarządził odwrót. I tak miał już miecz. Najemnicy pokierowali się do schodów, zabierając ze sobą Mike'a i nieprzytomnego Roberta.

- Bardzo nam pomogłeś, Alex! - krzyknął Percy.

Asasyni zaczęli go gonić, jednak pięciu templariuszy zatrzymało ich przy drzwiach. Niestety, gdy już ich zabili, było za późno. Percy uciekł.


Asasyni stali w kałużach krwi, brudni i poobijani. Templariusze musieli zaplanować atak już z wcześniej. Wszystkie dane były skasowane, broń zabrana, drzwi otwarte. Nie dostali się do kryjówki siłą. Wpisali właściwy szyfr i po prostu sobie weszli. Czekali tylko na nich.

- Co teraz, szefie? - spytał Curtis.

- Musimy odzyskać miecz.

- Jak? - dołączyła się do rozmowy Alice.

- Nie wiem. Wiem jedno. Ktoś nas zdradził. - Vincent wymownie spojrzał na Alexa.

- Nie wiem, kto to może być - powiedział haker, zauważywszy to spojrzenie, ale przywódca nie przestawał mu się przyglądać. – Nie no, chyba nie sądzisz…

- Tak. Właśnie tak sądzę. - Alice i Curtis popatrzyli ze zdziwieniem na Vincenta, a potem na Alexa.

- Nie, to… to taki nieśmieszny żart, tak? - podejrzany zaśmiał się, by ukryć narastający niepokój.

- Tylko ty pasujesz. Byłeś ostatnio bardzo blisko templariuszy. Śmierć Buzza była z twojej winy, a to zaglądanie w pocztę od początku było dziwne. Do tego słowa Pani Jeziora „strzeżcie się zdrajcy w waszych szeregach” i słowa Percy'ego „bardzo nam pomogłeś, Alex” mówią same za siebie. Alex, nie możemy się bardziej narażać, musisz odejść.

- Vincent, nie. Nie mamy pewności. Nie możemy postępować zbyt pochopnie - broniła podejrzanego Alice.

- Pochopnie postąpilibyśmy, pozwalając mu poznać nasze dalsze plany. - Vincent chwycił nóż.

- Nie! To bez sensu! Słyszałeś siebie?! - Alex zaczął się cofać.

- Nie możemy ryzykować. Za dużo straciliśmy.

- Nie… ja nie… Nigdy nie zdradziłbym asasynów. - Widząc że Vincent nie zatrzymuję się, zaczął uciekać. Nie odbiegł daleko. Curtis złapał go. Alex szarpał się w żelaznym uścisku, ale to nic nie dało. Patrzył jak człowiek, który był dla niego przyjacielem, zbliża się, by zadać mu ostateczny cios. Jedyni ludzie na świecie, którym ufał, teraz mieli go uśmiercić.

- Śmierć będzie krótka, Alex. Przykro mi - smutno powiedział Vincent i uniósł nóż. Sekundy stały się godzinami. Zrozpaczony asasyn próbował się wyrwać. Jak mógł najmocniej nadepnął na stopę Curtisa. Uścisk rozluźnił się. Alexowi udało się uwolnić rękę i trochę odskoczyć. Nóż minął go o parę centymetrów i zranił dawnego przyjaciela. Curtis zachwiał się i puścił podejrzanego. Jeden cel - okno. „Szybciej, idioto biegnij”. Vincent krzyczał „STRZELAJ”. Alice wycelowała pistoletem. Zawahała się i nie trafiła. Kawałki szkła boleśnie pokaleczyły rękę podejrzanego. Zimno, deszcz. Alex spadł. Motor. Silnik warczał. Jechał już po śliskiej drodze zostawiając kamienicę w tyle. Alice wybiegła z budynku i wsiadła do samochodu. Vincent kazał ścigać zdrajcę. Alex zobaczył ją za sobą, przyśpieszył. Gonili się tak w stronę rzeki lawirując pomiędzy innymi samochodami. Drogi stawały się coraz niebezpieczniejsze. Alice próbowała go staranować. Alex, by uniknąć spotkania ze zderzakiem, skręcił. Za ślisko. Asasyn wypadł z drogi. Spadał w dół, w kierunku rzeki. Odbił się od motoru. Złapał się czegoś. Puścił. Poleciał w dół, przekoziołkował kawałek po spotkaniu z ziemią i uderzył głową w coś twardego. Stracił przytomność. Alice jednak już tego nie widziała. Zobaczyła tylko wybuch. Kula ognia. Tyle zostało z Alexa i motoru. Położyła głowę na kierownicy i rozpłakała się. Właśnie z jej reki zginął drugi człowiek, którego kochała.

Alex leżał na mokrej ziemi, patrząc w niebo. Wciąż próbował sobie przypomnieć, jak tak właściwie się znalazł przy tej łódce i dlaczego jest taki obolały. Było około 10 rano. Powoli zaczęło mu się rozjaśniać w głowie. Ściągnął z niej rozwalony kask. Fragmenty wspomnień składały się w całość. Przypomniał sobie wszystko i nagle poczuł uścisk w gardle. Zdrajca!

Teraz Alex był sam, polowali na niego templariusze i asasyni. Wtedy przed oczami stanął mu Vincent zbliżający się do niego z nożem. Może i go wywalili z zespołu, ale asasynem było się do końca życia. Wdepnął w gówno. „Trzeba było nie brać tego miecza”. Był już praktycznie skreślony. „Zaraz, przecież jeszcze żyję. To znaczy, że Alice albo myśli, że nie żyję, albo się nade mną zlitowała. Tak czy tak, na razie mam zespół z głowy” - pomyślał. Teraz jego celem było znalezienie zdrajcy i udowodnienie swojej niewinności. W końcu kretem mogło być tylko pięć osób. Nie wiedział, niestety, jak się za to zabrać. Zamarł w bezruchu. Dopiero teraz zorientował się, że za nim chodzą i rozmawiają jacyś ludzie. Mówili o wypadku. Alex wyjrzał zza łódki. Policja. Ludzie chodzili wokoło miejsca wypadku. Oglądali kawałki jakiegoś motocykla rozrzucone na ziemi. „Kurwa, to przecież jest mój motor!” - pomyślał wkurzony asasyn i przypomniał sobie, jak wczoraj z niego zeskoczył. Musiał szybko i niespostrzeżenie się ulotnić. Spróbował się przeczołgać w krzaki. Poczuł okropny ból w prawej ręce. Spojrzał na nią. Rękaw był pocięty i zakrwawiony. Zacisnął zęby i jakoś doczołgał się cicho do krzaków. Od nich pobiegł do schodów i stał już na wale. Był słaby, w nocy stracił dużo krwi. Teraz dopiero poczuł głód. Nic nie jadł od wyjazdu do Stonehenge. Zaniepokoił się, bo przy sobie miał tylko ukryte ostrze. Musiał coś wykombinować. Postanowił pójść do łazienki w supermarkecie, by doprowadzić się do porządku, a potem zdobyć jakieś jedzenie.


Cel jego podróży nie był na szczęście daleko. Parę minut marszu i był na miejscu. Tylko te spojrzenia ludzi dookoła. Patrzyli na niego dziwnie, z niepokojem, czasem obrzydzeniem. „Czy wyglądam aż tak źle?” Wszedł do śmierdzącej łazienki i odskoczył. Z lustra dzikim wzrokiem wyjrzał brudny facet z nieprzyjemnym wyrazem twarzy. Alex miał na sobie poszarpaną kurtkę, poprzecierane jeansy z dziurą na kolanie. Cały był pokryty mieszanką błota krwi i potu. Nie dziwił się już przechodniom, wyglądał jakby przed chwilą po długiej walce o życie wrócił z dżungli. Szybko umył twarz i zmył z włosów błoto. Zdjął kurtkę. Teraz dopiero zobaczył swoją rękę. Miał dwie duże rany z już przyschniętą krwią i wystającymi odłamkami szyby. Poza nimi było jeszcze kilka małych i zadrapania. Powyciągał tyle drzazg, ile mógł, co chwilę sycząc i przeklinając pod nosem. Wyżej na ramieniu miał jeszcze stary bandaż założony przez Mike'a. „Czy on jeszcze w ogóle żyje?” Umył ramię i założył prowizoryczny opatrunek z kawałka T-shirtu. Nie chciał iść do lekarza, templariusze mieli swoje wtyczki w szpitalach, na posterunkach policji itp. Zmył tyle plam z krwi, ile potrafił i wyszedł z WC, wyglądając już trochę lepiej. Jedzenie. Było wszędzie pod nosem, jednak niedostępne dla człowieka bez pieniędzy. Alex nie chciał kraść. Nie miał jednak wyjścia, prosił pracowników, aby dali za darmo trochę przeterminowanego żarcia, ale nikt nie miał nad nim litości. Wsadził pod kurtkę bochenek chleba i małą wodę. Do kieszeni wepchnął batony. Nikt tego nie widział. Złodziej przeszedł koło ludzi stojących w kasie i pokierował się do wyjścia. Podszedł do niego ochroniarz i zatrzymał go, chwytając za prawe ramię. Alex jęknął, przez niekontrolowany odruch wywołany bólem chleb wypadł mu spod kurtki.

- ZŁODZIEJ! - wrzasnął ochroniarz, gdy Alex wyrwał się i zaczął uciekać z resztą jedzenia. Wypadł przez drzwi. Gonili go. O trochę jedzenia. Pozakręcał parę razy i zgubił pościg. Usiadł pod ścianą i zajął się swoim łupem.

Siedemnasta. Jak bywa w listopadzie, zaczynało się ściemniać i robiło się coraz chłodniej.

Alex znowu zgłodniał. Parę batonów i woda to za mało dla asasyna. Nie zamierzał okradać sklepu po raz drugi, miał już plan, jak zdobyć pieniądze. Ludzie wychodzili z pracy, asasyn znalazł sobie ofiarę. Dobrze wyglądający facet w garniturze z walizką w ręce nie spodziewający się niczego. Założył kaptur, zawsze było widać mniej twarzy. Poszedł za celem. Gdy oddalili się nieco od tłumu, Alex wepchnął faceta do ciemnego zaułka i przyłożył mu ostrze do gardła. To było mało finezyjne, ale od czego miał broń. Nie chciał zabić niewinnego przechodnia, tylko mieć jego portfel.

- To jest napad! Dawaj forsę, a nic ci się nie stanie.

- Ok… - gość sięgnął powoli do kieszeni.

Alex już się cieszył, kiedy niespodziewanie dostał w twarz pięścią. Chciał oddać, ale typ był już za nim. Chyba pomylił się w ocenie ofiary. Facet wykręcił mu ręce do tyłu. Ból w prawym ramieniu na chwilę go obezwładnił. Przeciwnik wykorzystał to i przycisnął asasyna do ściany.

Alex z całej siły szarpnął się w bok. Udało się mu wyrwać. Przewrócił jeszcze kopniakiem typa w garniturze i uciekł. Kątem oka widział, że jego „ofiara” dzwoni. Zbyt daleko nie odbiegł, kiedy zauważył za sobą policjanta. Adrenalina dodała mu sił. Wbiegł pomiędzy domy. Policjant nie odpuszczał i biegł wytrwale za nim. Asasyn słyszał za sobą jego kroki. Skręcił. Przed nim była ściana. Koniec. Był w ślepym zaułku. „Na górę” - pomyślał i chwycił się rynny. Ból. Znowu. Nie mógł spaść. Jeszcze tylko aresztowania mu brakowało. Zacisnął mocniej zęby. Był na wysokości pierwszego piętra. Zszedł z rynny na parapet. Okno było dość głęboko w grubych murach, więc przycisnął się do niego jak najbliżej i podkurczył nogi. Policjant wpadł wtedy do zaułka. Świecił latarką. Alex obserwował go z góry. Mundurowy nie zauważył go i zaczął się cofać. Wtedy asasyn z ulgą oparł głowę o ścianę i skierował wzrok w stronę okna. Z wnętrza mieszkania patrzyła na niego dziewczynka, uśmiechając się. Asasyn odwzajemnił uśmiech i niezręcznie zsunął się po rynnie na dół. Rozpadało się.

Dalej

  • Autor: Eagle
  • Data dodania: 18-09-2011
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (2)

1. DesmondEzio120-09-2011, 15:48Niesamowite to opowiadanie. Nigdy nie czytałam nic lepszego!
2. ReboRn519-11-2011, 20:06Genialne. Wciągające i trzymające w napięciu.

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
0100
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza