Zakon Assassin's Creed


Ratunek od sumienia

Dlaczego mnie uratowali?

Dlaczego, skoro miałem wyszyty na płaszczu krzyż... Może rozumieją hebrajski, kiedy tłumaczyłem im, że jako wyklęty ze chrześcijaństwa Żyd, zostałem oszukany i jako bogaty kupiec, wpędzony w zasadzkę?

Okradzono mnie i zabito moją rodzinę...

Moją żonę...

Moje córki...

Ale poznawszy odpowiednio życie wiem, że przedtem zostały brutalnie zgwałcone. Serce mi krwawi, kiedy o tym w ogóle pomyślę. To nie powinno się nigdy wydarzyć!

Zatopiwszy się w myślach znów niechcący wystraszyłem konia, który wzniósł się na dwie tylne nogi, groźno prychając i nie wiedząc o co mi chodzi.

Jeden z ludzi, którzy ocalili mi życie podłożył mi gardło pod grdykę. A może po prostu zmyliła ich moja uroda?... Miałem ciemną skórę, nie tak jak oni, ale za to odróżniającą się od czerwieniących się w słońcu najeźdźców.

- Uważaj sobie!

Rozłożyłem ręce w poddańczym geście. Miałem dość życia doczesnego. Czułem się doszczętnie zdruzgotany.

Arab zrezygnował z grożenia mi.

- To kompletny niewypał!- warknął inny, podśmiewając się z mojej wątłej postawy wobec niebezpieczeństwa.

- Zamknij się! Mistrz powiedział, że mamy ratować każdego, kto jest podobny do nas!

- On? Ma płaszcz tych skurwiałych rycerzy! Do tego ta jego waleczność!

Rozumiałem po arabsku. Niestety, oni mojej łamanej odpowiedzi nie.

Jadący nieopodal nastolatek podał mi bukłak z wodą. Łyk wody w słońcu nie był najlepszym wyjściem, ale przez ostatnie dni zdążyłem zwymiotować cały sok żołądkowy i co najmniej dużo krwi.

- Mistrz zrozumie tego Żyda?

- Tak, on umie po hebrajsku... Oby zdołał go przekonać...

Zacząłem się zastanawiać, czy nie trafiłem z jednego piekła w drugie...

~

Przez kilka dni drogi zdążyłem się częściowo uspokoić po spotkanej tragedii. Zauważyłem wtedy, że oprócz mnie jedzie więcej "uratowanych" – niestety, oni widocznie stawiali czynny opór przeciwko ludziom z gór, mimo że zakuci byli w liny i łańcuchy. Patrzyli na mnie błagalnym wzrokiem, gdyż po lewej stronie jechał Arab z wystającą klingą miecza.

Zaśmiałem się w myślach. Zaprzeczyłem im głową. Zaczęli grozić mi w swoich językach.

Zareagował wtedy kolejny zakapturzony, wymachując mieczem.

- Do cholery! Czy wy jesteście nienormalni?!

Jego koń tupał i rżał groźnie. Wystraszyłem się - nie ma co - wygiętym ostrzem wymachiwał potężny mężczyzna, mający na twarzy bliznę, ujeżdżając na dodatek ogiera, mającego co najmniej dwa metry w kłębie. Ukorzyłem głowę, aby nie pójść na pierwszy cios.

Miałem słuszność - przeciął skórę na nodze jednego z więźniów. Ten zawył z bólu. Pozostali z prędkością błyskawicy na niebie uspokoili się, udając pokorę.

- Tylko Żydek jest spokojny... - zarechotał przygrubawy kompan agresorów.

Poczułem się urażony. Dalej milczałem.

~

- Dlaczego z nami nie rozmawiasz? - zaczepił mnie brutal, który wczoraj ręcznie wymachiwał ostrzem, raniąc jedną osobę. Przewiercał mnie swoim spojrzeniem, w którym dostrzec można było od razu masę popełnionych zbrodni. Biedak - miał maksymalnie dwadzieścia lat.

Starałem się mu odpowiedzieć w miarę wyraźnie w ich języku.

- Nic nie rozumiem... - warknął. Zamyślił się. Zaczął mówić mi coś we wszystkich językach jakie znał.

- Ech, widocznie będę musiał sam mówić... Rozumiesz mnie?

Potwierdziłem to kiwnięciem głowy.

- Jesteś bardzo spokojny... Chyba jako pierwszy, którego wieziemy do nawrócenia...

Co on miał na myśli przez "nawrócenie"? Mogłem w każdej chwili zeskoczyć z konia, aby nabierając prędkości, spaść z klifu. Ciekawość trzymała mnie przy życiu. Nie bałem się śmierci. Frapowało mnie także, po co chciał ze mną rozmawiać.

- Postaram się, aby żaden z nich nie zrobił ci krzywdy...-

W moich oczach pojawiło się pytanie "dlaczego?" - a on widocznie je odczytał.

- Dlaczego?

Przeraził mnie...

- Ponieważ odczuwam pokrewieństwo dusz... Tobie też zginęła rodzina?

Znów kiwnąłem głową. Tego typu przeczucie u drugiego człowieka bardzo mnie przerażało.

- Moja mama zginęła gdy byłem niemowlęciem - chrześcijankę zapłodnił muzułmanin. Urażeni tym ludzie z mojej poprzedniej wioski zabili kobietę w trakcie połogu. Ojca i mnie wypędzili. Zmarł w wyniku choroby... A mnie znaleziono błąkającego się po Królestwie...

Zazdrościłem mu, że chociaż mało ich znał. Nie zdążył mocno pokochać... Nie zdążył się przywiązać na taką skalę... Znów popadłem w stan melancholii. Wspomnienia wypalały mnie od środka. Uśmiech pięknej żony... Śmiech i tupot zaledwie dziesięcioletnich córek... Moje serce krwawiło z rozpaczy od nowa i od nowa.

Nie ukazywałem jednak im swoich łez.

~

Wyzwoliciele wywoływali złe "pierwsze wrażenie". Możliwe, że chcieli nas wszystkich, odratowanych, wystraszyć. Jak dla mnie była to skuteczna technika. Moje wychowanie opierało się na delikatności i wrażliwości.

- Ej, ty, Żydzie... - zaczepił mnie współwięzień. Czułem się urażony wyzwiskiem. Jednak odwróciłem głowę w jego stronę. Był to biedniejszy kupiec, cały w brodawkach. Wyglądał niczym zły bohater z baśni dla dzieci.

- Tak?

- Dogadujesz się z tymi brudasami?

- Co?

Cały czas mówił płynnym hebrajskim.

- Dogadujesz się z nimi, nie?

- Nie, nie dogaduję się. Jedynie rozumiem co oni mówią.

- Cholera...

Od razu przestał ze mną rozmawiać. Nawet to i dobrze. Mimo że jako jedyny mówił w moim języku, to wolałbym zamilknąć na wieki, niż w ogóle zaznajamiać się z kimś takim.

Doceniłem wielodniową podróż. Lepiej się czułem, przyzwyczajony do tego typu wojaży.

Konie zaczęły zwalniać. Zorientowałem się, że byliśmy w wiosce.

Nie zauważyłem tego.Za bardzo rozmarzyłem się, patrząc na góry.

Jej mieszkańcy patrzyli na nas wszystkich, porwanych, obojętnie. Widocznie byli przyzwyczajeni do tego typu sytuacji.

Kierowali nas w stronę fortu. Jego kamienie zlewały się z kolorem gór. Architekt musiał być geniuszem – opracował niesamowity kamuflaż dla tak olbrzymiej budowli! Byłem zachwycony!

- Hej, spokojnie! - powiedział jeden z zakapturzonych, widząc mój delikatny uśmiech na widok wyniosłej budowli.

Cała karawana zahamowała na głównym placu. Pomogli nam zejść z wierzchowców. Nogi mi się trzęsły.

Pozwolili mi usiąść na kopie siana.

Na powitanie wyszedł nam bogato ubrany dostojnik. Bogato? Raczej miał na sobie więcej kolorów, niż pozostali zakapturzeni Arabowie.

- Mistrzu...

A więc to ich mistrz? Wyglądał na zniedołężniałego starca, ale przeczucie podpowiadało mi, że mogę się bardzo mylić...

Wstałem na moje nieposłuszne nogi, aby okazać mu szacunek. Zauważył mnie.

- A to Mistrzu - Żyd. Nie rozumiemy co mówi, ale za to on doskonale rozumie nas - odparł brutal, który był skory do rozmowy ze mną.

Senior przystanął przede mną. Popchnął mnie na kopę siana, abym dalej wypoczywał. Podparł się pod bok. Drapał brodę.

- A więc jesteś z Narodu Wybranego...

Poczułem ulgę. Posługiwał się bardzo dobrze moim językiem.

- Tak.

- Jakim cudem...

Znów wtrącił się tamten młodzieniaszek.

- Był bardzo spokojny! Nie musieliśmy go ubezwłasnowolniać! Chciał nawet rozmawiać!

- Altairze, nie wtrącaj się do mojej rozmowy!

- Tak, Mistrzu!

Odkopałem się z zaschniętej słomy, wypluwając jej strzępki.

- Mistrzu... - zwróciłem się do starca, którego mimika twarzy nie przepowiadała mi sympatycznego żartownisia.

- Gdzie ja w ogóle jestem? I dlaczego?

- Synu...

Położył mi swoją wielką dłoń na włosach. Poczułem się nieswojo.

- Znalazłeś się w nowym świecie. Świecie, który wyzwoli twoje cierpienia... Witamy cię w Zakonie Asasynów!

- Asasynów?

Znów chciałem wstać, ale on znów mnie przytrzymał w tej gryzącej słomie. Zaczęło mnie to z lekka irytować...

- Jesteśmy klanem zabójców, który wyzwala ziemię świętą!

Klanem zabójców? No to się wkopałem... Mogłem jednak zeskakiwać z klifu, póki miałem okazję...

~

Ugościli nas. Ugościli tych, którzy nie próbowali ratować się za wszelką siłę. Niepokornych wojowników pozrzucali ze skał.

Jak na tak prostą miejscowość, ich kuchnia przewyższała niejedno danie, które miałem okazję spróbować. To był pierwszy posiłek od... Odsunąłem talerz. Rozglądałem się za czymkolwiek, co odciągnęłoby moją uwagę.

Zza niskiego stołu wstał Mistrz.

- Moi drodzy... Sprowadziliśmy was tutaj, aby ofiarować wam drugie życie... Wasze poprzednie się skończyło. Otworzycie bramy raju dla ludzi. Raju, w którym skończy się zło. Skończy się żądza bogactwa. Zacznie się tylko wieczne szczęście!

Wielu wypiło za jego zdrowie. Trzeźwymi chcieli zostać nieliczni. W tym i ja.

Tych, którzy przełknęli wino dosięgła siła trucizny. Bardzo szybko padli martwi na blat stołu. Odłsunąłem się - otaczały mnie trupy.

- To była ostateczna próba! - odrzekł starzec. - Idźcie spać. Jutro porozmawiamy...

~

Zbyt wiele rzeczy działo się w moim życiu. Wierciłem się na kawałku słomy, owiniętym w pled. Zostało nas czterech. W zamku powinien być przeciąg, a jednak panowało tu ciepło. Zapewne zatykali okna deskami i skórą. Przed oczami wirowały mi twarze dzieci i żony. Wiedziałem, że nie żyją, mimo to czułem ich obecność... Wsparcie... Ileż bymdał za chociaż jedną, ostatnią chwilę, którą mógłbym z nimi spędzić...

Nasłuchiwałem kroków strażników z pochodniami.

Wszystko wydawało się być takie spokojne...

Znużony własnymi myślami zasnąłem.

  • Autor: ramdis
  • Data dodania: 07-07-2011
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
100
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza