Zakon Assassin's Creed


Śmierć Leonarda
Kroniki Neapolu Część 2

Kroniki Neapolu część 1

15 maja 1522r.

Spokojne popołudnie. Słońce lekko grzało. Dzwony kościelne wybiły następną godzinę. Kupcy już od dobrych paru godzin pilnują swoich interesów na ulicach. Ludzie robią zakupy na zbliżające się święto. Złodzieje i żebracy robią co mogą, aby zdobyć coś do jedzenia. Neapol powoli kończył kolejny zwykły dzień.

Stary, łysy człowiek powoli szedł ulicą. Nie wyróżniający się w tłumie zwykły człowiek. Przeszła obok niego kobieta ubrana w białą szatę przepasaną czerwonym pasem. Jej ładne, kręcone włosy spływały kaskadą brązowych loków do kaptura. Uśmiechnęła się.

Staruszek odwrócił się. Obserwował oddalającą się kobietę. Jego straż także.

- Co się stało, szefie Male? – spytał ten większy, ubrany w barwy Hiszpanii.

- Mój szczęśliwy talizman… - odparł. Przeszukiwał kieszenie. Sprawdził także za tuniką i za pazuchą. Szukał czegoś.

- Co z nim, szefie? – spytał strażnik z bardzo bujną brodą.

- Zniknął, głupku! Ona go ukradła – wskazał za piękną kobietą z wielką burzą kasztanowych włosów. Złapał mocniej za laskę. Każdy jego wynajęty strażnik wiedział, że ten gest oznaczał czyjąś rychłą śmierć.

- Eeee… pewnie, szefie.

- Nie ucieknie – odparł brodaty strażnik, wyciągając Neapolitański Bułat za pazuchy.

Ruszyli za nią. Wszyscy trzej strażnicy oraz ich szef. Jego twarz zdradzała wielki gniew i niepokój.

- Hej! Ty, stój! – krzyknął Brodaty za kobietą w białej szacie.

Nie odwróciła się. Szła dalej. Lekko i powoli, ruszając przy tym biodrami. Typowy chód szlachcianki.

- Stój, mówię! – znowu krzyknął Brodaty wymachując mieczem. Teraz także jego kompani wyciągnęli miecze. Zawsze lubili coś pociąć. Tym razem kobieta zareagowała. Kątem oka się na nich obejrzała, a później niczym kot, zaczęła uciekać wzdłuż ulicy.

- Brać ją! – krzyknął szef Male. Straż pobiegła za kobietą, rozpychając innych ludzi, a niektórych przewracając na bruk. Wiedzieli, że od czegoś tak błahego jak złapanie słabej kobiety mogło zależeć ich comiesięczna wypłata, dlatego starali się za wszelką cenę spełnić powierzone im zadanie szefa.

Dziwiła ich szybkość i zwinność niewiasty, którą ścigali, była niewiarygodnie szybka, a zarazem potrafiła wtopić się w tłum. Wzięła z jakiegoś straganu parasolkę. Nie zważając ani na okrzyki sprzedawcy parasoli, ani swoich oprawców, uciekała im dalej. Zwolniła. Straż była coraz bliżej. Nagle parasolką podcięła nóżkę stołu, gdzie handlarz kasztanami wystawiał swoje sezonowe zbiory. Kasztany z niesamowitym łoskotem i krzykiem sprzedawcy wysypały się na ulicę. Strażnicy zaskoczeni tym wydarzeniem nie utrzymali równowagi na kasztanach i wywinęli orła lądują na przechodniach, których także spotkał taki sam los.

- Łapcie ją, bo szef urwie nam łby! – krzyknął Brodaty, podnosząc się z ziemi i lustrując tłum gapiów. Nagle zauważył kobietę w białym stroju, idącą i zasłaniającą się parasolką przed słońcem.

- Tam jest! – wskazał ją.

Dobiegli do podejrzanej. Dwóch strażników chwyciło ją pod ramiona, a Brodaty wytrącił jej parasolkę.

- To nie ona – stwierdził po zauważeniu otyłości i braku bujnych kasztanowych włosów u podejrzanej. Odepchnął ją tak, że niedoszła ofiara padła swym wielkim zadkiem na ziemię.

- Szukajcie jej, patałachy! Nie mogła po prostu zniknąć! – krzyczał Brodaty.

- Durnie! Zgubiliście ją! – krzyczał szef Male, który przed chwilą zdołał się przedostać przez tłum. – Przeszukać okolicę! Macie ją znaleźć!

- Przynajmniej wiemy, jak wygląda, szefie – oparł strażnik ubrany w kolory Hiszpanii.

- Durnie – odparł Male uderzając go w głowę laską. – Zabierajcie się do pracy!

***

Erica się zaśmiała. Nie sądziła, że tak łatwo jest zgubić strażników.

Co za głupki – pomyślała – ale, niestety widzieli mnie. Robię się nieostrożna.

Przeszła za róg gospody pod Rozlanym Piwem. Usiadła na ławce za beczką. Wygładziła szatę, po czym zza pazuchy wyciągnęła mały przedmiot.

To tylko mały kluczyk z kości słoniowej. Nic wielkiego. Tania ozdóbka. Cóż… Wynajęto mnie, żebym ukradła właśnie to. Ale nie wydaje się warte pieniędzy, które także mu ukradłam.

Wstała. Schowała ozdóbkę do woreczka z florenami. Otworzyła parasol i wtopiła się w tłum.


15 maja 1522r.

Neapol pogrążył się w mroku nocy. Wszystkie bazary i stoiska już dawno zamknięto. Pustki ulic ozdabiały lampy świecące nikłym światłem świec. Dwie zakapturzone postacie szły ulicą bazarową. Jeden z nich ubrany był w białą tunikę przewiązaną czerwonym pasem, nosił przy pasie dwa miecze, a drugi, o wiele wyższy i lepiej zbudowany, był ubrany w zielony kubrak, a przez plecy miał przewieszony topór bojowy.

- „Znam świetny skrót, Allo. Zaraz dojdziemy do następnego miasta.” Bylibyśmy tu już parę godzin temu, gdybyśmy szli głównym szlakiem i ile razy mówiłem ci, abyś przestał nazywać mnie Allo! Przypomnij mi, żebym nigdy więcej cię nie słuchał.

- Aquila, nie zwalaj na mnie. Doszlibyśmy znacznie wcześniej, gdybyś nie uparł się, żeby naprawić wózek tamtemu chłopu – spojrzał w górę. – Mniejsza z tym. Lepiej poszukajmy noclegu. Nie mam ochoty wałęsać się w tych ciemnościach.

- Nazywają to notte senza luna, czyli bezksiężycowa noc.

- Jakkolwiek to nazywają, jest wściekle ciemno!

- Zimno się robi. Musimy znaleźć jakąś gospodę – poprawił tunikę Allo i odruchowo pogładził miecz przy pasie. Pamiętał. Tamta noc także była bezksiężycowa.

- Aquila? Tęsknisz za nim czasem?

- Za kim?

- Za Gaspaciim. To był także i mój mentor, ale ja zakończyłem szkolenie.

- Tak – przyznał. – Zawsze trudno wspominać mi tamten dzień. Wtedy całe moje życie obróciło się do góry nogami. Zostałem asasynem. Poznałem swoją nową mentorkę i przez kolejne trzy lata uczyłem się u niej sztuk zabijania i zdobywania informacji.

- A co z córką Samoleona de Qagra? Dostarczyłeś jej ten list.

Aquila się zaśmiał. Dobrze pamiętał tę przygodę, która miała miejsce dokładnie dwa lata temu. Poznał szlachciankę, która potrafiła zauroczyć samym spojrzeniem i opędzlować ci kieszeń z całego dobytku w mniej niż minutę. Ale to zupełnie inna historia.

- Słyszałem, że także dołączyła do asasynów. Podobno… - Nie dokończył. Widział, jak jakaś dziewczyna ucieka przed pięcioma strażnikami. Chyba. Było zbyt ciemno, aby stwierdzić, ilu dokładnie ich było.

- To chyba Erica.

- Och, nie! Tylko nie ona.

Dobiegła do nich. Stanęła za nimi. Dobrze wiedziała, że wróg jednego asasyna jest wrogiem całego bractwa. Aquila wyciągnął oba miecze, jego towarzysz zdjął topór z pleców. Walka potoczyła się szybko. Aquila jedną sekwencją powalił trzech na ziemię, a przyjaciel rozciął dwóch następnych. Ostatni, który chował się za pozostałymi nerwowo trzymał miecz przed sobą. Widać było że pierwszy raz walczy tak na poważnie.

- Został jeszcze jeden, Aquila. Sam się nim zajmiesz, czy ja mam to zrobić?! – spytał topornik.

- Quarii, zdaję się na twoją wyobraźnię – uśmiechnął się Aquila wywijając młynek obydwoma mieczami.

Strażnik wypuścił miecz z ręki. Popatrzył na swoich martwych kompanów, po czym z piskiem uciekł.

- Założę się, że go już nie zobaczymy – Quarii uśmiechnął się, chowając topór.

- Mam nadzieję. Dopiero co weszliśmy do miasta. Powinniśmy uważać, kogo obrażamy – odparł jego przyjaciel, poprawiając oba miecze przy pasie.

- Aquila! Quarii! Jak dobrze znowu was widzieć! Co za szczęście, że na was wpadłam! – Erica uściskała ich po kolei.

- Pamiętam, że kiedy ostatnio na siebie wpadliśmy, gwizdnęłaś mi sakiewkę! – obruszył się Quarii.

- Chi, chi. Nie znasz się na żartach? – spytała ironicznie.

- Nie żartuję na temat pieniędzy.

- Więc masz, to na poczet tego, co jestem ci winna. – Z sakiewki przywiązanej do pasa wyciągnęła mały przedmiot.

- Co to jest? Mały kluczyk z kości? To, co mi świsnęłaś, było warte o wiele więcej. – odparł Quarii, biorąc ozdóbkę do ręki. Nie była zapewne warta nawet złamanego florena.

- Zatrzymaj go jako zaliczkę – jej uśmiech potrafił by rozmrozić niejeden lód. – Resztę oddam ci później. Masz moje słowo.

- Wynośmy się stąd. Ciężko będzie wytłumaczyć się straży miejskiej z tych trupów – powiedział Aquila, podnosząc się znad jednego nieboszczyka. – Przynajmniej mieli trochę pieniędzy.

- Mieszkam niedaleko. Możecie zatrzymać się u mnie – zaproponowała Erica idąc wzdłuż ulicy.

Jej obrońcy poszli za nią. Byli zmęczeni podróżą z Sycylii, gdzie wysłało ich bractwo na jedną z tych samobójczych misji. Aquila spojrzał w górę. W powietrzu było czuć nadchodzącą burzę.


16 maja 1522r.

Wczesny poranek. Słońce powoli wychylało się za horyzontu. Nieba nie zaszczyciła nawet jedna chmura. Trakty handlowe już od dobrych paru godzin zatłoczone były przez wielu hiszpańskich kupców szukających nowych okazji, w nowej kolonii. Taki był urok każdego niedawno podbitego miasta, chociaż jego przejęcie miało miejsce wiele lat temu, handlarze postanowili zainteresować się nim dopiero teraz. Neapol powoli budził się do życia. Już pierwsi kupcy rozkładali swoje stragany, kobiety wychodziły na plotki, a duchowni rozpoczynali swoje codzienne modlitwy. Kolejny typowy dzień.

Szef Male klęczał przed kapliczką w swojej posiadłości. Pot leciał mu strugami z łysej głowy. Nie mógł skupić się na modlitwie.

Do pomieszczenia wszedł brodaty strażnik.

- O co chodzi, Barba? Masz jakieś wieści o moim talizmanie?

- Eee… Nie, szefie Male. Chodzi o niektórych kupców.

- No? Co z nimi?

- Na przykład, bierzemy zbyt wysoki haracz od handlarza owoców. Przez to sprzedaje tanie owoce drugiego gatunku i klienci przestali do niego przychodzić. Jeżeli nie obniżymy opłat, wkrótce zbankrutuje – mówił Barba de Viena ze stoickim spokojem.

- Phi! – żachnął się szef Male. – To już jego problem. Opłata zostaje taka sama! A teraz, gdzie mój szczęśliwy talizman?

- Musimy omówić interesy.

- Hrrmf! – szef Male podniósł się na swojej lasce. – Teraz obchodzi mnie tylko jedna rzecz.

Od strony willi było słychać jakiś raban i krzyki. Nagle z pałacyku, przez taras do ogrodu wpadł strażnik poplamiony krwią.

- Szefie! – krzyknął, klękając przed nim.

- Ach! Macie go? Gdzie mój rzeźbiony kluczyk?

- Ja… ja nie mam twojego talizmanu, szefie Male. Nie zdołaliśmy go odzyskać. Co więcej, pięciu naszych nie żyje.

- Co?! Nie macie go?! – gniew szefa był olbrzymi. Twarz miał całą purpurową. – Ośmielasz się wracać bez mojego talizmanu!

- Znaleźliśmy ją, ale miała dwóch obrońców – strach, jaki w nim wywołał szef Male sprawił, że cały się spocił i zaczął drżeć na całym ciele. – Jeden taki wielki, a drugi blond włosy.

- Słyszeliście Barba?! To spisek! – Male wyciągnął miecz za pasa klęczącego przed nim strażnika. – Wiedziałem, że po stracie klucza szczęście odwróci się ode mnie! – Wskazał klingą na Barba de Viena – Chcę go z powrotem! Potrzebuję go!

Złapał strażnika za kubrak wystający ze zbroi. Podniósł go. Złowrogim spojrzeniem spojrzał w niebieskie oczy strażnika. Lęk i gniew spotkały się w nienawistnym spojrzeniu. Szef Male szybkim zamaszystym ruchem, jak na starca, obciął mu ucho.

Strażnik w wielkim krzyku rzucił się na ziemię, trzymając się za miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą miał zdrowy narząd słuchowy. Łkał i krzyczał. Ból był niewiarygodny.

- Roześlij ich opis! Niech wszyscy ludzie zajmą się tą dziewczyną! Chce odzyskać mój szczęśliwy kluczyk, zrozumiałeś?!

- Auuuu… Tak, szefie – strażnik z wielkim bólem, zalany łzami poczłapał do wyjścia.

- Teraz zostaw mnie w spokoju, Barba – przetarł klingę chustą wyciągniętą z kieszeni. – Muszę odprawić jeszcze kilka modlitw.

- Jasne, szefie.

***

Pokój był ładnie urządzony. Wszelkie szafeczki, mebelki, stoliczki były wyrzeźbione na modę Hiszpańską. U sufitu zwisał piękny żyrandol z miejscem na dziesięć świec. Ściana naprzeciwko wejścia posiadała wielkie okno z widokiem na całą ulicę bazarową. Aquila i Quarii siedzieli przy dużym stole z mahoniu. Popijali wino i zagryzali je chlebem. Do pomieszczenia weszła Erica.

- No, już prawie godzina dwudziesta pierwsza. – Dźwigała tobołek z bączkami i paroma parasolami. Jej przykrytym zawodem było kuglarstwo.

- Ale jest strasznie późno – odparł Aquila, odstawiając pucharek z winem.

- Ludzie właśnie wychodzą z przedstawień i idą do gospód. Ci podpici… - kątem oka spojrzała na butelkę wina - …potrafią być szczodrzy. No i łatwiej ich okraść.

- Nie powinnaś wychodzić, ludzie Male pewnie nadal cię szukają, zresztą nie zakończyłaś szkolenia posługiwania się bronią jakiegokolwiek rodzaju.

- Martwisz się o mnie? – Złapała go za twarz. Długo patrzyła mu w oczy. Jej uśmiech i kasztanowe włosy stały się pięknym, otumaniającym widokiem. – Jesteś taki słodziutki. Ale potrafię sama zadbać o siebie. Przecież wiesz.

Aquila zaniemówił. Jej zapach go oszołamiał. Włosy więziły go w klatce kasztanu, a oczy, te piękne fiołkowe oczy, nie pozwalały ruszyć się z miejsca.

- Do zobaczenia – w nagłej chwili Erica znalazła się obok drzwi. – Przyniosę coś do jedzenia.

Wyszła. Quarii schował butelkę wina do szafki. Aquila postukiwał palcami w stół.

- Martwię się o nią…

- Pewnie. – odparł Quarii – Ale ja jestem raczej ciekaw. Nie powiedziała nam wszystkiego.

Quarii założył topór na plecy, po czym otworzył drzwi.

- Gdzie idziesz?

- Oczywiście, śledzić ją.

- Dobrze, ale tylko dlatego, że jest w niebezpieczeństwie – Aquila nie lubił nie ufać swoim towarzyszom, był zawsze łatwowierny, ale tak jak i w tym przypadku umiał wyczuć zbliżające się niebezpieczeństwo.

***

Burza. Deszcz lekko kropił, a pioruny uderzały w tle. Niektóre ulice przerodziły się w błotniste bajora. Było bardzo ciemno. Notte senza luna. Bezksiężycowa noc zawsze jest najgorsza. Jak pamiętnego dnia…

Widzieli, jak Erica idzie wolno ulicą, chroniąc się przed deszczem parasolką.

- Dziwne. Wcale nie idzie do dzielnicy rozrywek – powiedział Aquila, stojąc na dachu i obserwując poczynania dziewczyny. Kaptur w zupełności wystarczał na ochronę przed tym lekkim deszczykiem, w końcu na półwyspie apenińskim deszcz padał rzadko.

- To raczej jakieś manufaktury i składy – odparł Quarii, lustrując wszystkie budynki w pobliżu.

Śledzili ją dość długo. Przeskakując z jednego dachu na drugi. Widać było że Erica próbuje zgubić kogokolwiek, kto za nią by podążał. W końcu się zatrzymała na środku błotnistej uliczki.

- Stój – powiedział Aquila. Tym razem stali już na ziemi, za rogiem jednego ze składów. – Zatrzymała się pod farbiarnią.

- To odludna okolica. Z pewnością coś knuje.

Erica stała, trzymając tobołek przed sobą. Za plecami miała płot. Rozglądała się dookoła.

- Czeka na kogoś – stwierdził Aquila.

***

Zimno dzisiaj. Ech. Ale jak praca, to trzeba ją wykonać niezależnie od pogody.

Usłyszała poruszenie za płotem. Odwróciła się do niego plecami.

- Erica – powiedział głos zza płotu.

- Najwyższy czas. Czekałam na ciebie – odparła. Nie lubiła opóźnień w swoich planach.

- Male widział cię dzisiaj.

- Wiem. Miałam pecha – starała się mówić jak najciszej, nie wiadomo bowiem, kto mógł być w pobliżu.

- Płacę ci dosyć, żebyś nie miała pecha. Jeżeli cię złapie, może odkryć także mnie – głos zza płotu był spokojny i opanowany, chociaż można było w nim odczuć groźbę.

- Myślisz, że chciałam zostać zauważona? – odparła, zaciskając zęby.

- Kim są ci twoi goście?

- Przyjaciele. Bez obaw. Nie będą przeszkadzać.

***

- Z kim ona gada? – spytał Quarii, dokładnie obserwując poczynania ich przyjaciółki.

- Nie wiem, stoi za ogrodzeniem. Nie słyszę o czym mówią – odparł Aquila, wytężając słuch.

- Dobra – Quarii wiedział, co jak zwykle będzie musiał zrobić – Zamierzam to wyjaśnić. Obejdę ogrodzenie i zobaczę, kto tam jest.

- Idź. Ja przypilnuję ją tutaj – nie oprowadził wzrokiem swojego towarzysza, który zniknął za rogiem. Manufaktury to zawsze najgorsze miejsca. Ściany budynków są gładkie jak tafla, a dachy oddalone na tyle, że nie można doskoczyć.

***

- Trzymaj kumpli z dala od tego. Jeżeli wejdą mi w drogę, zabiję ich – powiedział głos zza płotu.

- Nimi się nie przejmuj. Siedzą w moim pokoju. Nie mają pojęcia, co tu się dzieje – Erica poprawiła swoje kasztanowe włosy. Tobołek zaczął jej ciążyć.

- Gdzie amulet?

- Nie mam go przy sobie. Oddałam „komuś” na przechowanie.

- Dlaczego? – spytał głos.

- Gdybym ci go teraz oddała, moja użyteczność, a pewnie i życie, dobiegłoby końca. Najpierw chcę resztę zapłaty. Przyniosłeś? – Uśmiechnęła się w duchu.

- Cha, cha – szczerze się zaśmiał. – Jesteś sprytniejsza, niż mówią.

- Staram się – znowu poprawiła włosy. – Więc… co robimy?

- Spotkamy się jutro wieczorem. Przyniosę forsę. Ty przyniesiesz talizman.

- Zgoda.

- I, Erica, bez sztuczek – powiedział głos.

- Zatem do jutra.

Część 2
  • Autor: Crash72
  • Data dodania: 30-06-2011
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (2)

1. weronika26504-07-2011, 11:38Bardzo ciekawe! Podoba mi się :D
2. Social09-01-2012, 20:40Super opowiadanie gościu!

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
200
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza