Zakon Assassin's Creed


Wiktoriańska Anglia - część 1

Słońce powoli wznosiło się nad horyzontem, oświetlając blade, obskurne Deenglend, skąpane w porannej, jesiennej mgle. Ludzie ubrani w płaszcze, z cylindrami, kapeluszami na głowie, właśnie przemierzali puste, wybrukowane wąskie uliczki, kierując się w stronę Upliton Square, będącego głównym placem tego ponurego, przemysłowego miasta; na jego środku znajdowała się wysoka wieża zegarowa, wybudowana w stylu neogotyckim, będąca chlubą Deenglend; w północnej części stała główna siedziba cieszącego się poważaniem burmistrza Josepha Bucketa czyli duży, szeroki ratusz z flagą Anglii powiewającą na wietrze, z dwiema bocznymi ulicami prowadzącymi w kierunku manufaktur i fabryk; zachodnia część z kolei, była głównym ośrodkiem handlu, ponieważ mieściła przeróżne stragany, sklepy, knajpy i domy publiczne zwabiające żonatych bogaczy, spragnionych cielesnych uciech zapewnianych przez skąpo odziane, seksowne kurtyzany; południowe fragmenty Uplinton Square stanowił mur złączonych w jedno kamienic, gdzie mieszkali najczęściej właściciele pobliskich pubów, straganów; wschód pełnił funkcje obszernego przejścia, mieszczącego wszystkich tych ludzi, wychodzących i wchodzących na teren placu miejskiego.

W gęstym tłumie szarych, nijakich przechodniów, śpieszących się do pracy można było dostrzec wysoką Latynoskę. Szła powolnym tempem, starając się nie rozglądać na boki. Czarne buty na koturnach stukały o bruk, a długa, falbaniasta sukienka, która kolorem i kształtem przypominać mogła kwitnącą, krwiście czerwoną różę, odsłaniała zgrabne nogi dziewczyny. Przeczesywała swoje czarne, bujne loki, zarzucając nimi czasami, co przyciągało uwagę innych mężczyzn. Ta uwaga jaką ją obdarowywali, pełne pożądania spojrzenia sprawiały jej przyjemność, lecz zdawała sobie sprawę z tego, że lepiej jeśli pozostanie ostrzem w tłumie, nijakim, szarym cieniem wśród takich samych szarych cieni bez jakiegokolwiek wyrazu.

- Rosa... - nagle, ktoś szepnął jej do ucha, kładąc rękę na ramieniu. Doskonale wiedziała, czyj to głos, chociaż nie słyszała go już długi czas. Odwróciła się i ujrzała szczupłego szatyna o jasnej karnacji, mającego ok. 1,70 m wzrostu; z trójkątną twarzą o ostrych, wyrazistych rysach, którego szmaragdowe oczy przepełnione były tęsknotą - Tak bardzo mi ciebie brakowało, Rosa...

- Alden... Myślałam, że już cię nie zobaczę. Co tutaj robisz? Myślałam, że zginąłeś pod Louvroil...

- Nie, wróciłem. Wróciłem specjalnie dla ciebie. - czule cmoknął jej policzek, który szybko się zarumienił, po czym zdjął z siebie płaszcz i przykrył ją, obejmując ramieniem. – Jesteś za lekko ubrana jak na taką pogodę, Rosa. Zaczęło padać... Nie jesteśmy już w słonecznej Francji, to pochmurna, wietrzna Anglia. Powinnaś na siebie bardziej uważać, wiesz?

- Tak, to przecież Anglia... – wyszeptała cicho dziewczyna, wtulając się w jego prochowiec. Mieszkała w Deenglend od dłuższego czasu, a mimo to nie miała żadnych przyjaciół, dlatego niespodziewane pojawienie się Aldena sprawiło, że nie czuła już się samotna.

Od ich spotkania minął miesiąc; przez ten czas wiele sobie wyjaśnili. Rozmawiali o wspólnej przeszłości, o wydarzeniach sprzed trzech lat, które ich rozdzieliły i o tym, jak potoczyło ich się życie.

Rosa pochodziła z południowo-zachodniej Andaluzji, jednakże wolałaby zapomnieć o swoim ponurym dzieciństwie - o mieszkaniu z rodzicami i czworgiem młodszego rodzeństwa w małym, zniszczonym domu, o głodzie, nędzy i samotności wynikającej z braku akceptacji otoczenia. Alden natomiast wychował się w północnej Walii, gdzie otoczony troskliwą opieką państwa Smithów, mógł spełniać swoje dziecięce marzenia. Niestety, dobre chwile nie trwają wiecznie. Pewnego wieczora, rodzice chłopaka wracając z teatru ciemna uliczką, zostali napadnięci przez niezidentyfikowanych sprawców, którzy zasztyletowali ich. Głównym powodem ataku, mogłaby się wydawać chciwość, paskudna żądza pieniądza, jednakże biżuteria Felicji została nietknięta, a pugilares Hansa nic nie stracił ze swojej zawartości. Rodzina Rosy także zginęła od ciosów nożem, lecz natrafiła na wyjątkowo okrutnych napastników. Bestialcy włamali się do mieszkania, ogłuszyli obecnych tam ludzi, po czym związali, torturowali, bawiąc się nimi, aby na końcu poderżnąć gardła.

- Rosa, wszystko w porządku? - chłopak spojrzał z niepokojem na dziewczynę, po czym objął ją ramieniem. Dorożka wolno, ale równomiernie posuwała się do przodu, kierując ich w stronę Caremont, celu podróży.

- Tak, po prostu się zamyśliłam, przepraszam... - odpowiedziała cicho, spuszczając wzrok. Zimne, blade promienie słońca oświetlały spowite mgłą pola i migały słabo na tafli pobliskiego jeziora. Raz na jakiś czas powiewał przejmujący wiatr, jednakże podróż od Deenglend przebiegała bez zarzutu. Mogli rozkoszować się widokami, gdzie brudny przemysł jeszcze nie sięgał. Nieskażone zgiełkiem miasta wsie i miasteczka, które jakby zatrzymały się w czasie, gdzie życie wciąż biegło wolno, witały ich swą sennością i zacofaniem.

- Nic nie szkodzi. Ja po prostu się o ciebie martwię... O, spójrz! Jesteśmy już w Acton Hills. Niedaleko stąd do Caremont.

Chmury, szare jak przydrożne kamienie, zakryły słońce, rzucając na okolicę ponury cień. Mieszkańcy Acton Hills z niepokojem spoglądali na popielate niebo, z którego po chwili spadły pierwsze krople deszczu. Mieszczanie schowali się w domach i tawernach, a chłopi powoli kończyli pracę na polach. Alden zeskoczył z powozu, by pomóc zejść Rosie.

- Dziękuję. To miłe z twojej strony – powiedziała, trzęsąc się z zimna.

- Nie dziękuj, tak powinien postąpić każdy prawdziwy dżentelmen. - odparł z szarmanckim uśmiechem – Jednak wygląda na to, że musimy zrobić dłuższy postój; zrobiło się niezwykle zimno, a ty masz swoją śliczną, to fakt, falbaniastą sukienkę, lecz nieodpowiednią na tę pogodę. Powinnaś o siebie dbać, ubierać się odpowiednio. Chodź, zajrzymy do tej karczmy i przedyskutujemy, co dalej robić.

Gospoda, do której zaszli, była trzypiętrową kamienicą z przytulnym wnętrzem, dużymi oknami w drewnianych framugach i ze srebrnymi świecznikami. Hałaśliwi mężczyźni trzymający kufle pełne piwa, spoglądali na nich nieufnie, cichnąc, gdy przechodzili obok. Przybysze z Deenglend zajęli miejsca na samym końcu, starając się unikać kontaktu wzrokowego. Po kilkunastu minutach od ich przybycia, dosiadł się mężczyzna w ciemnoszarej opończy. Blask świec odbijał się w jego oczach, nadając im groźny wygląd; na dworze właśnie rozpętała się burza, pogrążająca karczmę w półmroku.

- Witajcie – nieznajomy podniósł lekko głowę, dzięki czemu Rosa mogła dostrzec fragment jego twarzy; owalna, wyraźnie podkreślone rysy, szafirowe oczy – Słyszałem, że zmierzacie w kierunku Caremont, czyż nie?

- Może i zmierzamy, a co? Proszę przyjąć do wiadomości, że nie zabieramy nikogo ze sobą. - odparł Alden, uważając, że bezpieczniej będzie zachować dystans między nimi a mężczyzną.

- Sprytnie, młodzieńcze. - człowiek w kapturze uśmiechnął się odsłaniając swoje białe, lśniące zęby – Nazywam się Albert i wiem kim jesteście, gdzie jedziecie i po co.

- Czy coś pan sugeruje?...

- Mam na imię Albert, dlatego zwracajcie się do mnie po imieniu, jeśli łaska.

- Dobrze – westchnął chłopak. – A więc, Albercie, przychodzisz do nas i mówisz, że znasz naszą tożsamość, a także cel podróży. Może wyjaśnisz, o co ci chodzi?

- Wasz furman jest naszym informatorem. Za każdym razem, gdy zatrzymywaliście się w jakimś mieście, on przekazywał mi informacje za pomocą gołębi pocztowych i posłańców. Zmierzacie w kierunku Caremont, aby rozprawić się z tamtejszymi Templariuszami. Z pewnością zdajecie sobie sprawę z tego, że to nie będzie łatwe zadanie? Mają bardzo silną pozycję w całym mieście i okolicy. Nie uważacie, że zabicie mniej ważnych oprawców przyczyni się do sukcesu? W Acton Hills i okolicach od dawna panuje prawo ustalone przez krzyżowców. Tutejsi asasyni, w tym ja, za nic nie mogą sobie z nimi poradzić. Po prostu potrzebujemy pomocy kogoś z zewnątrz. A więc jak, pomożecie nam? Będę w stanie zapewnić wam przyzwoite warunki do życia na czas pobytu tutaj. To kusząca oferta, zwłaszcza, że coraz mniej macie pieniędzy, nie mam racji?

- Tak, masz rację, nie posiadamy za wiele - wtrąciła się Rosa. - Uważam, że dobrze nam zrobi przerwa w podróży. Może powiesz coś więcej na temat tutejszych złoczyńców? A, i jeszcze o warunkach w jakich przyszłoby nam spędzenie czasu w Acton Hills.

- Oczywiście, panienko, nie ma problemu. Pierwej napijmy się może czegoś? Proponuję orzeźwiającą whisky, na mój koszt.

- Jeśli byłby pan... To znaczy, jeśli byłbyś tak uprzejmy, Albercie, zamówić coś dla nas, byłabym wdzięczna.

- Już się robi, kruszyno!

Wiktoriańska Anglia - część 2

Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (2)

1. Szwejku98229-06-2011, 22:55Bardzo fajnie napisane opowiadanie, czekam na następną częśc.
2. Aria409-03-2015, 22:03Podał pomysł Ubisoft na stworzenie AC Victory :))

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
090
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza