Zakon Assassin's Creed


Angeli Mortis

Rozdział1

Następnego dnia zapytałem, czy przed wyjazdem mogę poszukać ciała.

- Nie ma takiej potrzeby - powiedział Nad.

- Jak to? Aszed był moim przyjacielem - zacząłem atakować Nada.

- Willu, nie ma takiej potrzeby - przerwał mi Nad. - Opanuj swój gniew, gdy ty leżałeś bez ducha, ja wysłałem czterech moich podwładnych na poszukiwanie ciała - kontynuował Nad. - Znaleźli go. Pogrzeb odbędzie się za dwie godziny. Aszed był także moim przyjacielem, nie mógłbym tak zostawić jego zwłok.

- Przepraszam. - Nie wiedziałem, czy zniosę widok palonego ciała mojego przyjaciela. Miał na sobie białą szatę asasyna i na ręce ukryte ostrze, przy boku swój ukochany miecz, otrzymany od ojca. Miał tyle szczęścia, że znał swojego ojca. Mnie wychowywał przyjaciel, który podobno znał moich rodziców. Podszedłem do Nada i powiedziałem:

- Nie dajmy mu już czekać, niech wyruszy w ostatnią podróż. - Podszedłem jeszcze do niego, wyglądał, jak gdyby zasnął; powstrzymałem się od chęci próby obudzenia go. Do ręki, która spoczywała na mostku, wcisnąłem pióro orła. Poczułem coś wilgotnego na policzku, dotknąłem go, to łza, jakaś ręka złapała mnie za dłoń. Obróciłem się. To była Sylvia, nasza przyjaciółka, widziałem ją ostatni raz miesiąc temu. Była w moim wieku, była wyższa ode mnie, miała krótkie, czarne włosy i piękne, zielone oczy. Po policzku spływały jej łzy. Przytuliłem ją. Nad podszedł do mnie i poprosił, bym zapalił stos pogrzebowy.

- Nie, nie, Nadzie, nie dam rady, zrób to ty, proszę cię. - Skinął głową i ruszył w kierunku stosu, podpalił go, Silvia przytuliła mnie mocniej. Po pogrzebie Nad powiedział:

- Zostańcie jeszcze, szczególnie ty, Willu, przeżyłeś ciężkie chwile.

- Nie, nie mogę, muszę ruszać. Silvio?

- Hmm?

- Zostajesz jeszcze?

- Nie, jadę z tobą.

- Dobrze, wyruszamy za piętnaście minut.

- Dobrze, a więc do zobaczenia, Aszedzie. Żegnaj, Nadzie, do rychłego zobaczenia.

Wsiedliśmy na konie i ruszyliśmy. Asasyni towarzyszyli nam do bramy, a my jechaliśmy razem, w końcu zniknęliśmy w bramie wśród wozów i kupców.


Rozdział2

Wieczorem dotarliśmy do jakiejś osady. Zaczęliśmy szukać noclegu. Mniej więcej po pół godziny znaleźliśmy karczmę.

- Jest wolny pokój? - zapytałem.

- Tak. Ostatni, wiele osób podróżuje do Kaski. A wy też tam zmierzacie?

- Tak, jedziemy do naszego wuja - oznajmiłem. Lepiej nie zdradzać celu naszej podróży - pomyślałem.

Zjedliśmy kolację i ruszyliśmy w stronę schodów prowadzących na piętro. Znaleźliśmy pokój, jedno łóżko, świetnie, noc na deskach - pomyślałem.

- Dobrze, ja śpię pod drzwiami.

- Zgoda - powiedziała Silvia.

Rozłożyłem koc i położyłem się.

- W tym tempie dotrzemy na zamek jutro wieczorem, może pojutrze - stwierdziłem.

- Powinniśmy, jeśli nic nas nie spotka - dodała Silvia.

- No to dobrej nocy, Silvia.

- Dobrej nocy, Willu.


Rano wstaliśmy przed wschodem słońca i udaliśmy się do stajni po konie.

Moja towarzyszka załatwiała prowiant na drogę. Usłyszałem szmer, kątem oka zauważyłem cień. Obróciłem się szybko i zobaczyłem człowieka z nożem. Brał zamach, by wbić nóż w kręgi szyjne. Sparowałem cios uderzeniem w nadgarstek, wypuścił broń, wyciągnąłem nóż zagięty na końcu jak hak i pchnąłem w twarz. Nóż zahaczył o chustę na twarzy, rozciął ją i zobaczyłem twarz mojego przeciwnika. Był nim zabójca, którego portret zobaczyłem w Kasce. Był ścigany w czterech krajach za zabójstwa, jego wadą było to, że morderstwa sprawiały mu przyjemność. My, asasyni, zabijamy podczas zleceń jak najmniej osób. On mordował kogo popadnie, osoby postronne, które stanęły nieszczęśliwie na jego drodze. Ginęły. Wybił mi pięścią nóż z ręki i uderzył w żebra, wypuściłem powietrze ze świstem, dostałem pięścią w skroń, przed oczyma zobaczyłem czarne plamki. Zachwiałem się. Odbiłem się od ściany, szybko wymierzyłem celny cios w wątrobę, potem następny w przeponę. Mój przeciwnik zgiął się w pół. Kopnąłem go kolanem w podbródek. Wylądował na plecach, pobiegłem do niego i dostałem kopa w żebra, przeleciałem całą stajnię, żeby uderzyć w boks. Wstałem i otrzymałem silny cios w kość policzkową. Zobaczyłem but zabójcy. Wylądowałem na ziemi, szybko wstałem, wyminąłem cios, kopnąłem go w zewnętrzną stronę uda. Zachwiał się, to mi wystarczyło. Podciąłem go i chciałem wbić mu ostrze w gardło. Wtedy coś strzeliło, rozległ się syk, całe pomieszczenie wypełniło się dymem. Petarda dymna - pomyślałem. Konie rżały przerażone. Gdy dym opadł, zauważyłem, że mam przecięte ramię i złamane żebro, a zabójcy już nie ma. Usiadłem. Wtedy do stajni wpadła moja przyjaciółka, Silvia.

- Co tu się stało? - zapytała.

- Zaatakował mnie jakiś morderca - odpowiedziałem.

- Zrobił ci coś oprócz tego, że rozciął ci ramię?

- Chyba mam złamane żebro.

- Które?

- Aaa! - krzyknąłem, gdy nacisnęła na złamane żebra.

- Trzeba będzie zrobić opatrunek, musi wystarczyć, dasz radę jechać?

- Dam, dam, muszę - powiedziałem. Przytroczyłem juki do konia i jakimś cudem wdrapałem się na niego. Ruszyliśmy. Był wczesny ranek, ptaki zaczynały śpiew, kilka zerwało się i odleciało.

- Piękna pogoda - powiedziałem z trudem.

- Zgadza się - potwierdziła.

I ruszyliśmy w stronę końca wioski.


Rozdział3

Wieczorem rozłożyliśmy obóz. Silvia oglądała moją ranę na ramieniu.

- Na szczęście nie przeciął żadnych mięśni ani ścięgien - stwierdziła.

- Ale z żebrem nic nie mogę zrobić, zajmie się tobą medyk na zamku.

- Dobrze - wydyszałem. – Nie mogę sobie wybaczyć, że nie pomogłem Aszedowi wtedy, na dachu, kiedy dostał strzałę w pierś i padł - zwierzyłem się jej.

- Willu, jemu nie pomógłby nawet najlepszy medyk. Widziałam go ze strzałą wbitą w serce, za dwadzieścia cztery sekundy umarłby - pocieszała mnie.

- Nie mogę w to uwierzyć. W to, że go nie ma. Że go nigdy już nie zobaczę -powiedziałem.

- Rozumiem cię, Willu, też mi go brakuje, był moim najlepszym przyjacielem, jak ty, ale musimy zamknąć ten rozdział i ruszyć dalej - pocieszała mnie.

- Wiem, ale dalej jest mi ciężko.

- Dobrze, to idziemy spać?

- Tak, dobranoc, Silv.

- Dobranoc, Will.

Rano cały obolały wdrapałem się na konia i ruszyliśmy. Silvia ze swoim zwyczajowym dobrym humorem opowiadała o ostatnim zleceniu. Nagle zobaczyłem błysk.

- Silvio, zeskocz z konia, szybko - szepnąłem i sam spadłem z wierzchowca. W tym momencie czarna lotka otarła się o mój policzek. Szybko zebrałem się z ziemi, złapałem za łuk przytroczony do siodła, nałożyłem strzałę, napiąłem łuk i poczułem ostry ból w okolicy żebra. Upadłem. Zobaczyłem kolorowe plamki przed oczami. Silvia rzuciła nożem i następna rzecz, którą zobaczyłem, to uciekający zabójca, który próbował ostatnio mnie zabić. Kolejną rzeczą, która pojawiła mi się przed oczami, był piach zbliżający się do mojej twarzy i ciemność. Obudziłem się i zobaczyłem księżyc, później ognisko i Silvię pochylającą się nade mną i mówiącą:

- Ty to masz szczęście, spadając z konia złamałeś nogę, wstałeś i ze złamanym żebrem napiąłeś łuk, niestety nie zdążyłeś strzelić, bo zemdlałeś, ale trafiłam go w ramię -oznajmiła.

- Jutro koło południa powinniśmy dotrzeć do twierdzy - powiedziałem.

- Jeśli nic nas nie spotka, to powinniśmy dotrzeć przed południem - potwierdziła.

- Mam taką nadzieję.

- Ja też, ja też.

- A teraz śpij, jutro musimy wyruszyć wcześnie rano.

- Wspaniale, o niczym tak nie marzę, jak o pobudce razem ze świtem - mruknąłem.

- Dobranoc, Willu.

- Dobranoc, Silvio. - Zasnąłem, patrząc na dogasający ogień.

Rano czułem się tak obolały, że ledwo wstałem z koca. Podchodząc do konia podpierałem się drewnianą kulą, z pomocą mojej przyjaciółki udało mi się wsiąść na wierzchowca i ruszyliśmy. Przed południem zobaczyliśmy masyw górski Khani't, wysokie góry, w których ukryta była nasza twierdza. O jej istnieniu nie wiedział nikt oprócz Asasynów i paru osób, które można policzyć na palcach jednej ręki. Osoby, które wyruszały na poszukiwania twierdzy, zazwyczaj nie wracały, najczęściej wpadały w przepaść lub ginęły z braku wody lub jedzenia.

- Wreszcie w domu.

- Nareszcie, ciekawe czy dotarły tu wieści o śmierci Aszeda?

- Nie wiem, choć to całkiem możliwe.

Około godziny później znajdowaliśmy się parę kilometrów od twierdzy. Jak zawsze podziwiałem orły latające nad nami. Tak zająłem się oglądaniem ptaków, że nie zauważyłem, kiedy dotarliśmy pod potężne mury twierdzy.

  • Autor: William
  • Data dodania: 07-04-2011
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (7)

1. William108-04-2011, 14:36jeśli coś się wam nie podoba to piszcie będę wiedział co następnym razem poprawić
2. ja3708-04-2011, 23:03Niezbyt rozbudowana akcja, moim zdaniem. Czyta się szybko, ale to dla tego, że za mało opisów, które uplastyczniały nam obraz całych sytuacji. Dużo dialogów, to dobrze, ale po co podział na rozdziały? Aha i ostatni komentarz ze strony mojej przyjaciółki- dlaczego Will i Silvia nie są na końcu parą? :D Ale tak, to naprawdę fajne.
3. Rukia370116-04-2011, 13:14Bardzo dobre opowiadanie, jak na pierwszy raz. Oby tak dalej.
4. William116-04-2011, 16:41"Abditus (acid)" - William to było pierwsze a to"Angeli Mortis" - William jest drugie
5. William116-04-2011, 16:43"10. Rukia370 - 18.01.2011, 17:59Fajne, bardzo fajne. Pisz tak dalej." Komentarz z pierwszego
6. Kara4131128-07-2012, 23:06Pisze : Do zobaczenia Aszedzie. A chyba powinno być : Do zobaczenia Willu/
Tak?
7. Wiliam02-10-2012, 18:36nie nie powinno tak być jest dobrze jak jest ponieważ to Silvia się żegna z nimi a jedzie z Willem

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
100
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza