Zakon Assassin's Creed


Asasyni z Alamutu


Asasyni z Alamutu - Prolog

Kim byli asasyni?

W dzisiejszych czasach nie brakuje, niestety, asasynów i zabójstw. Szefowie rządów muszą być dniem i nocą chronieni przez zawodowców, podczas gdy my, zwykli ludzie w różnych częściach świata żyjemy, ryzykując złapanie przez fanatycznych wyznawców różnych rodzajów, którzy czują, że byłoby sprawiedliwie, albo przynajmniej pouczająco, zabić niewinnego człowieka. Zabójstwo jako broń polityczna jest bez wątpienia tak stare, jak zorganizowane społeczeństwo ludzi. Słowo „asasyn” pojawiło się jednak w średniowieczu i odnosiło się do działań perskiej sekty, którą powszechnie posądzano o zażywanie haszyszu (stąd nazwa haszyszyn – asasyn). Asasyni naprawdę dokonywali politycznych morderstw, upewniając się, że dowie się o tym jak najwięcej ludzi, byli zatem terrorystami, jednak w przeciwieństwie do współczesnych odpowiedników nie zabijali oni przypadkowych ludzi. Bardzo starannie wybierali swoje cele. Kim byli pierwsi asasyni i w co wierzyli? Są to pytania fascynujące, a odpowiedzi na nie wychodzą poza zakres historii i polityki; zahaczają o religie, mistycyzm i idee dotyczące tysiąclecia.

Asasyni byli heretykami, sektą islamską. Powstało na ich temat mnóstwo mitów i legend; w znacznej mierze spisanych przez Marco Polo, który odwiedził zamek w Alamucie w Iranie, tuż po zniszczeniu go przez Mongołów. Przytoczył legendy, w jaki sposób przyszli asasyni mieli przygotowywać się do swoich misji. Najpierw byli odurzani haszyszem, a następnie zabierani do wspaniałego ogrodu pełnego przyjemności, gdzie mówiono im, że to Raj, do którego powrócą, jeśli zostaną zabici podczas wykonywania zadania.

Zanim Marco Polo dotarł do Alamutu, w ludzkich umysłach był już dobrze odciśnięty wizerunek asasynów, doskonale niegodziwych, lecz niebezpiecznie nęcących. Kiedy Alamut wpadł w ręce Mongołów, dni świetności miał dawno za sobą, jednak legenda o zdeprawowaniu i rozpuście powstała dużo wcześniej, kiedy forteca stanowiła centrum powszechnej i – z ortodoksyjnego punktu widzenia – najbardziej niebezpiecznej herezji.

Jeszcze przed Marco Polo, Zachód miał okazję spotkać się z asasynami syryjskimi podczas krucjat. Wielki współczesny historyk zajmujący się krucjatami, William z Tyru, opisał ich tak: wykazali oni sporą dozę zrozumienia i wysłali niezwykłą delegację do króla Jerozolimy, oferując nawrócenie na chrześcijaństwo. Swego czasu asasyni syryjscy zawarli luźne przymierze z Frankami przeciwko Saladynowi, którego próbowali niejednokrotnie zamordować, choć później, kiedy Jerozolima znalazła się w rękach Saladyna w 1187 roku, brali udział w walkach muzułmanów przeciwko Frankom. W 1192 roku Konrad z Montferratu został zamordowany przez człowieka przebranego za mnicha. Przypisywano to dzieło asasynom, choć król Anglii, Ryszard I, również podejrzewany był o nakłanianie do morderstwa. Od tego czasu krzyżowcy, którzy najwyraźniej stracili morale przez utratę Jerozolimy, zaczęli bardziej obawiać się asasynów, których opisywali jako diabelnie przebiegłych mistrzów pozorów, znających wiele frankijskich języków.

Hrabia Szampanii, Henryk, złożył wizytę asasynom w 1194 roku, i przypuszczalnie przekonał się na własne oczy o niezwykłej lojalności zwolenników „Starca z Gór”. (Tutaj mamy do czynienia z kolejną pomyłką: „Starzec” jest dosłownym tłumaczeniem perskiego słowa „pir”, tu oznacza ono „szejk” lub „mistrz”.)

Podczas jednego ze spacerów po zamku Henry i przywódca asasynów zaczęli dyskutować o posłuszeństwie. Kilku młodych chłopców w białych szatach siedziało na szczycie wysokiej wieży. „Pokażę ci, co znaczy posłuszeństwo” – powiedział przywódca asasynów, a następnie wykonał gest. Dwójka młodych asasynów bez namysłu skoczyła z wieży i zginęła od razu, rozbijając się o skały.

Podobne historie składały się na legendę asasynów do niedawna. W XIX wieku wiedeński historyk-amator, Von Hammer Purgstall napisał książkę o asasynach, w której opisał ich jako nikczemnych niemal pod każdym względem – przynajmniej tych, o których mógł otwarcie pisać w tamtych czasach. Jeśli tylko istniała więcej niż jedna teoria dotycząca danego wydarzenia, Von Hammer automatycznie przyjmował wersję przedstawiającą asasynów w najgorszym możliwym świetle. Prawdopodobnie pisał po to, by podkreślić niegodziwość każdej tajnej organizacji (w tym także Jezuitów i Wolnomularzy tamtych czasów), raczej niż podać rzetelne fakty historyczne. Jego książka nie ma wielkiej historycznej wartości, niemniej jednak stanowiła standardowe źródło danych o sekcie aż do lat trzydziestych XX wieku, kiedy Freya Stark wyruszyła do Alamutu.

Od tego czasu pojawiło się wiele nowych informacji, niektóre z materiałów zostały opracowane przez potomków samych asasynów. Szczegółowo badał je rosyjski uczony, W. Ivanow, który najwidoczniej miał dostęp do znacznej liczby dokumentów i manuskryptów, generalnie niedostępnych. Innym ważnym znawcą sekty jest Amerykanin, M.G.S. Hodgson.

Z wszystkich tych opracowań wyłania się obraz asasynów, który, po pominięciu niektórych sensacyjnych opowieści, staje się dość wiarygodny. Co więcej, prawda okazuje się bardziej niezwykła niż fikcja. Nie wierzymy już w Starca z Gór, knującego podłe plany i wysyłającego swych zabójczych emisariuszy oszołomionych haszyszem. Taki stan umysłu nie pasuje w żaden sposób do legendarnych osiągnięć asasynów – ich niezwykłej przebiegłości, cierpliwości, znajomości języków i tak dalej. Jeśli spojrzymy na współczesnych terrorystów, nie mamy żadnych podstaw twierdzić, że ich przodkowie potrzebowali narkotyku, który miałby silniejszy wpływ niż sam fanatyzm. Poza tym, jeśli wierzyć ludziom, którzy zażywają haszysz, czują się oni bardziej pacyfistycznie nastawieni, nie budzą się w nich mordercze instynkty. Nie ma także żadnego dowodu na to, że asasyni w ogóle zażywali haszysz, przynajmniej nie do celów wzmocnienia przed misją. (Mogli zażywać psychodeliczne środki z powodów religijnych, ale to osobna kwestia). Określenie „haszyszyn”, z którego prawdopodobnie pochodzi słowo „asasyn”, nie było używane przez członków sekty, było to przezwisko nadane przez ich przeciwników, a nawet wśród nich nie było powszechnie używane. Asasyni przeważnie nazywani byli „ezoterystami” (batynici – „ci, których wierzenia są ukryte”), izmailitami lub nizarytami.

Na prawdziwą historię asasynów składa się kilkanaście fascynujących elementów. Pierwszy z nich to wykorzystanie politycznego morderstwa, z czego dziś głównie słynie ta sekta. Dalej jest ich złożona filozofia, która miała wpływ na ich rozwój i kończyła się niezwykłą proklamacją „Zmartwychwstania” w Alamucie. Później Alamut został zniszczony przez Mongołów, ale, co jest zdumiewające, nie był to koniec asasynów, którzy odrodzili się jako „Khojas” w Indiach. Aga Khan jest w prostej linii potomkiem władców Alamutu. Tę historię przedstawiam w tej książce.

Wizyta w Alamucie (1966)

The Assassins of Alamut

Po raz pierwszy usłyszałem o asasynach wiele lat temu, kiedy przeczytałem klasyczną książkę podróżniczą napisaną przez Freyę Stark, „Dolina asasynów”. Być może dlatego, że była to tak znakomita pisarka, zakodowałem sobie asasynów w pamięci, było więc naturalne, że kiedy później zamieszkałem w Iranie, postanowiłem wybrać się do twierdzy asasynów. Zrobiłem to 1966 roku.

Była to dla mnie oczywiście dużo łatwiejsza ekspedycja, nawet w 1966 roku, niż dla Freyi Stark trzydzieści pięć lat wcześniej. Była także łatwiejsza niż byłaby obecnie, choć z innych powodów. W 1930 roku Freya Stark musiała odbyć całą podróż pieszo, ale w 1966 r. część trasy można było przejechać, później pozostawało jedynie pół dnia drogi piechotą do zamku. Jednak nawet w 1966 roku niewielu ludzi tam było, i trudno było otrzymać wiarygodne informacje, więc projektowi towarzyszył duch odkrywania. Rzeczywiście, wkrótce po mojej wizycie w moje ślady poszedł nie mniej wybitny podróżnik jak Wilfrid Thesiger, który w swojej pełnej przygód podróży zwiedził także Iran. Dla Thesigera wizyta w Zamku była zaledwie czymś więcej niż przyjemny spacer, dla mnie było to główne przedsięwzięcie.

W przeciwieństwie do Freyi Stark – głównie dzięki naszkicowanej mapie w starym egzemplarzu jej książki, którą miałem ze sobą – przynajmniej dokładnie wiedziałem, gdzie leży dolina. Położona jest na zachodnim krańcu górskiego pasma Elbrusu, między równiną Quazvin na południu i prowincji Mazanderan graniczącej z Morzem Kaspijskim na północy. We wcześniejszych czasach ta część gór była rejonem Daylam, który był i nadal jest odosobniony i dziki. Góry te oddzielają centralną irańską równinę od Morza Kaspijskiego i stanowią potężną barierę liczącą ponad 3000m n.p.m. Z południowej strony góry są suche i jałowe, z rozproszonymi oazami, gdzie uprawia się ziemię. Na północnej stronie spotkasz inny świat, gdzie zbocza są gęsto porośnięte lasem. Można tam ciągle spotkać dzikie zwierzęta – dziki, niedźwiedzie, lamparty – w średniowieczu było ich dużo więcej.

Główny zamek asasynów położony jest w dolinie Alamutu, jako hołd dla rzeki Alamut w pobliżu wioski zwanej Quasir Khan. Powiedziano mi, że były tam ciężarówki transportujące naftę z Quazvin do wiosek w górach, do punktu zwanego Shahrak, szczytu doliny, skąd było jeszcze sześć godzin drogi na piechotę do Quasir Khan. Planowałem zwiedzić zamek, a później iść na północ przez góry i przez las do Morza Kaspijskiego. Wiedziałem, że wcześniej nikt tego nie zrobił, ale z mapą wydawało się to wykonalne.

Mój ekwipunek składał się z plecaka, w którym miałem trochę ubrań na zmianę, prowiantu, śpiwora i mapy gór, uprzejmie pożyczonej przez przyjaciela z amerykańskiej ambasady. Dla moich celów nie była ona wystarczająco dokładna, ale było to wszystko, co miałem, gdyż Freya Stark nie poszła dalej drogą, którą ja zamierzałem. Liczyłem na pomoc miejscowych.

Z Teheranu pojechałem autobusem i wysiadłem parę mil od Quazvin, gdzie brudna droga prowadziła na północ, ku odległym górom. Czekałem tam przez większość dnia, ale nie nadjechała żadna ciężarówka. Po południu wsiadłem więc w autobus do Quazvin i zacząłem pytać. Nikt nie przyznał się, że wie cokolwiek o ciężarówkach; jeden człowiek zaoferował mi, że zawiezie mnie w góry jeepem, ale za absurdalnie wysoką cenę. Stałem niepocieszony na ulicy, już mając się poddać, kiedy pojawił się mały chłopiec z pobliskiego sklepu obuwniczego i zaprosił mnie na herbatę. Wyłuszczyłem swój problem właścicielowi. Okazało się, że był przyjacielem człowieka posiadającego mnóstwo ciężarówek i powiedział, że mnie do niego zabierze. Sprawa była załatwiona, ostatecznie wyjechałem z Quazvin, siedząc między kierowcą i jego kompanem. Zbliżał się wieczór. Wkrótce przejechaliśmy przez zakurzoną równinę i wjechaliśmy w pierwsze pasmo wzgórz na drodze do przełęczy do Chala. Przejazd był w tak fatalnym stanie, że musieliśmy zawracać kilka razy, by ominąć przeszkody. Zrobiło się ciemno, światła reflektorów oświetlały stada skoczków pustynnych, podobnych do małych kangurów, później zauważyłem zwierzę, którego nie rozpoznałem, ale kierowca powiedział, że jest ono cenne ze względu na swoją skórę. W końcu zjechaliśmy po stromej drodze z drugiej strony przełęczy i znaleźliśmy się w wiosce Chala.

Tu moja podróż omal nie zakończyła się, zanim właściwie się zaczęła. Poszliśmy zjeść coś w „kawiarni”. Jest to typowa irańska instytucja, w której, mimo nazwy, nie podaje się kawy ani herbaty, pełni ona rolę miejsca spotkań towarzyskich męskiej części populacji, tak jak grecki kafeneion. Ta była w dziurze porośniętej wysokimi topolami wystrzeliwującymi w księżyc. W ciemności pośliznąłem się na czymś rozlanym, upadłem niezdarnie i zwichnąłem sobie kostkę w prawej nodze. Dwie godziny później była ona spuchnięta i ledwo mogłem chodzić. Byłem pewien, że powinienem zrezygnować z podróży, ale nie chciałem tak łatwo się poddać, zbyt długo ją planowałem. Wiedziałem też, że będę musiał opuścić Iran w krótkim czasie, i nie dostanę kolejnej szansy. Zdecydowałem się zaczekać do rana i dopiero wtedy podjąć decyzję.

Wkrótce po wyjeździe ciężarówką dotarliśmy do spływu dwóch rzek, Taliquan i Alamut, gdzie łączyły się, tworząc rzekę Shah (Szach). Tu droga kończyła się na jakiś czas, musieliśmy wjechać do rzeki Alamut, głębokiej na kilka stóp. W Badasht, wiosce położonej nieco w górę rzeki, przespaliśmy się na werandzie kolejnej „kawiarni” – na moje nieszczęście, należącej do chmary moskitów. Po paru godzinach ruszyliśmy w dalszą drogę. Ciężarówka zepsuła się i trzeba było ją naprawiać przy świetle pochodni, w kolejnej chmurze moskitów. Kierowca trafnie zauważył, że przerabiane są one na kebaby. W końcu dotarliśmy do Shahrak, mojego celu, o trzeciej nad ranem. Tam spałem do rana, pod wielką wspólną moskitierą.

Po pierwsze, sprawdziłem swoją kostkę. Była ciągle bardzo spuchnięta, ale mogłem chodzić, więc wyruszyłem dalej. De facto, udało mi się odbyć całą podróż, jaką sobie zaplanowałem, bez większych przeszkód, a następnie wyleczyłem kostkę bez efektów ubocznych. To doświadczenie nauczyło mnie, że konwencjonalne, modne metody leczenia, nazywane unieruchomieniem i odpoczynkiem, nie są konieczne, ani nawet wskazane, jak twierdzą dziś przypadkowi lekarze.

The Assassins of Alamut

Przez kilka godzin moja droga przebiegała między rzeką a doliną Alamut, szeroką na około milę (1,6km), z polami ryżowymi, których wspaniała zieleń wyróżniała się na tle czerwonej gleby. W pewnym momencie miałem przekroczyć rzekę po moście składającym się zaledwie z dwóch mniej lub bardziej równoległych, bardzo giętkich tyczek, ale był to wyczyn zbyt ambitny dla mojej nadwyrężonej kostki, zwłaszcza, że byłem obciążony ciężkim plecakiem, więc zacząłem szukać brodu i znalazłem go nieco wyżej. Po około czterech godzinach marszu dotarłem do wioski Shotur Khan i skręciłem na północ, w górę dopływu, zmierzając do Qasir Khan, do której dotarłem po kolejnych dwóch godzinach marszu.

Quasir Khan była przyjemną wioską, otoczoną sadami i składającą się z domów o płaskich dachach, na których ludzie łuskali ziarno, podobną do innych wiosek w tym rejonie. Tuż za wioską wznosi się sama Skała, wysoka na około 250 metrów, stanowiąca wspaniały widok, lecz optycznie pomniejszona przez potężną Górę Haudegan z tyłu. Niewiele można dostrzec z rzadkich ruin z dołu, ale widać ślady ciekawego kanału biegnącego w poprzek południowej strony, zaś tuż pod nim jest obszar zieleni – tak zwana Winorośl Hasana-i-Sabbaha.

Dzisiejsi mieszkańcy Qasir Khan nie są potomkami asasynów, którzy zostali wybici albo rozproszeni przez Mongołów. Zastąpili ich później osadnicy z innych miejsc. Gdyby nie obcy goście, wątpliwe, że ci ludzie mieliby jakieś pojęcie o swoich znakomitych poprzednikach. Byli przyjaźni i powitali mnie ciepło, zaś wieczorem młodzieniec o imieniu Ali, wraz z przyjacielem, poszli ze mną obejrzeć Skałę. Kiedy zbliżaliśmy się, duża jaszczurka przemknęła po zboczu masywu, przyjaciel Alego rzucił w nią kamieniem, lecz chybił.

The Assassins of Alamut

By wspiąć się na Skałę, obeszliśmy ją z lewej strony, by dostać się do „karku”, łączącego ją z Górą Haudegan. Musieliśmy ryzykować wspinaczkę po kruszącym się łupku ilastym, nad nieprzyjemnie wyglądającymi skałami na dole. Wiał silny wiatr i zdmuchiwał na nas kamienie z „karku”. Dotarliśmy na szczyt bez szwanku i spacerowaliśmy, sprawdzając fragmenty ściany i niezliczone skorupy ceramiczne. Przyjaciel Alego, który chciał się popisać, ciągle zbiegał po zdradzieckich zboczach, podciągał się w górę, krzyczał ze śmiechem, balansując na samych skrajach i kazał mi robić to samo, ku przerażeniu Alego, który bez wątpienia nie miał ochoty wyjaśniać śmierci cudzoziemca władzom.

Po zachodniej stronie Skały był, jak wyczytałem z książki Freyi Stark, zbiornik, niewidoczny z góry, do którego, jak mądrze mówiła, lepiej nie próbować się dostać. Lekkomyślnie spytałem, czy można zejść na dół. Zapewniono mnie, że można, i już parę minut później trzymałem się spoconymi dłońmi i stopami ścian wąskiego żlebu nachylonego pod kątem 45 stopni albo większym nad 250-metrowym spadkiem prowadzącym na szachownicę pól ryżowych. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak maleńka była krawędź widziana z podstawy wąwozu. Kiedy w końcu stanąłem na drżących nogach na płaskim podłożu, zapytałem swoich przewodników, czy ktoś kiedyś stamtąd spadł. Obaj roześmieli się na tę myśl, ale później Ali dodał po namyśle „Właściwie, w tym roku zdarzył się wypadek, ale to była tylko kobieta”.

Do zbiornika łatwo było teraz dotrzeć, prowadziła tam krótka droga z naszej prawej strony, ale przyjaciel Alego uparł się, żeby poszukać winogron na Winorośli Hasana-i-Sabbaha. Rosły w pobliżu w kryjówce, ale by się tam dostać, trzeba było przejść przez kilka metrów gładkiej skały, pochylonej pod kątem około 70 stopni. Nawet Ali uważał, że to dość ryzykowne, ale jego przyjaciel uparł się, by zrobić wrażenie na cudzoziemcu i dokonał karkołomnego wyczynu. Ku mojej uldze, wrócił bezpiecznie, ale oczywiście bez winogron.

Zbiornik otoczony podłużnym wykopem był rozmiaru małego basenu. Tu nadarzyła się okazja, by odzyskać nieco utraconego pola. Zasugerowałem pływanie. Ali był przerażony, powiedział, że basen jest „bez dna”. Niemniej jednak trwałem przy swoim i ignorując wodne owady i niezbyt zachęcający, zielonkawy kolor wody, zacząłem pływać i pokonałem kilka długości. Przyjaciel Alego, by nie wyjść na słabszego, poszedł w moje ślady, jednak zdaje się, że ustanowiłem swego rodzaju rekord. Byłem zadowolony po powrocie do wioski, kiedy Ali z podziwem zdawał relację o moich wyczynach.

Po powrocie na szczyt usiedliśmy przy wejściu do tunelu, przecinającego żebro skalne, i oglądaliśmy z góry dolinę Alamut, tak, jak kiedyś prawdopodobnie kiedyś często robił to Hasan-i-Sabbah. „Mówią, że przybyli tu kiedyś ludzie z Teheranu i wykopali tu skarb, mnóstwo złota i klejnotów” – powiedział Ali. Przerwał na chwilę, a później dodał smutno: „Ale myślę, że to wszystko kłamstwa, a ty?”

Kiedy znalazłem się z powrotem w wiosce, omówiłem projekt podróży do Morza Kaspijskiego. Droga zdawała się być prosta, przynajmniej z moich danych, ale wszyscy zgodnie stwierdzili, że nie dałbym rady pokonać jej sam. Mój plecak był za ciężki, a jeśli opadłaby mgła, zgubiłbym się. Czemu jednak chciałem iść?

Spodziewałem się tego pytania. Wieśniacy przywykli do turystów, którzy przybywali, by obejrzeć Skałę – pojawiali się tacy co dwa-trzy lata – ale jeszcze żaden z nich nie poszedł w góry. Czemu chciałem to zrobić? Nie potrafiłem wymyślić przekonującej odpowiedzi. Zdajemy się zapominać, że dopiero od niedawna doceniamy dzikie tereny, dla tych mieszkańców, jak dla większości ludzi przed epoką romantyzmu, góry były tylko przeszkodą, nie czymś, czym można cieszyć się bez powodu. Moje słabe argumenty, że kraj okazał się bardzo piękny, i chciałem zobaczyć więcej, przez chwilę nie mogły do nich dotrzeć, ale wieśniacy byli zbyt grzeczni, by mnie naciskać. Słyszałem, jak jeden z nich mówił „Musi mieć własne powody, by tam iść”. Chyba myśleli, że byłem szpiegiem. Jednak nie mogłem śledzić dyskusji, ponieważ był to rejon, w którym mówiło się głównie po turecku.

Po dłuższych rozmowach ustalono, że starszy brat Alego, Mehdi, powinien wziąć swojego muła i odprowadzić mnie aż do przełęczy, z której powinienem mieć niedaleko do pierwszej wioski po północnej stronie pasma. Mieliśmy wyruszyć wraz ze wschodem księżyca, około drugiej rano. Położyłem się, by przespać kilka godzin przed wyruszeniem w drogę, ale ciągle budziły mnie pchły, tak liczne i spragnione krwi, jak hordy Mongołów, które zdobyły Alamut i pokonały asasynów. Byłem zadowolony, kiedy w końcu nadszedł czas wymarszu. Wspięliśmy się na skały i poszliśmy dalej, przez szaro-czarny świat jak ze snu, oświetlony światłem księżyca, który wydawał się zupełnie czymś innym niż żółto-czerwony krajobraz, który oglądałem w ciągu dnia. Szliśmy szybko i wkrótce zacząłem tracić dech, a serce waliło mi jak oszalałe. Szybciej, niż się spodziewałem, schody zaczęły opadać. Kiedy nastał świt, odpoczęliśmy przez chwilę przy topolach przy źródle. Woda była tak zimna, że bolały mnie kości. Wzeszło słońce i zaczęło piec moją skórę. Zrozumiałem, czemu szliśmy tak szybko: Mehdi dał mi dwa dni, ale planował wrócić w ciągu jednego.

Zatrzymaliśmy się, by przespać się przez godzinę, ale o dziesiątej, dwie godziny wcześniej, niż Mehdi oszacował, byliśmy przy przełęczy. Tam spotkaliśmy człowieka w kaloszach i z parasolką: absurdalny widok, ponieważ było niemiłosiernie gorąco po południowej stronie pasma; jednak Mazanderan w południowej stronie rejonu jest często nawiedzany przez obfite deszcze, nawet latem.

Zabrałem swój bagaż z muła, pożegnałem się z Mehdim, odmawiając mu oddania mu swojej koszulki, i wyruszyłem w dół wzgórza. Na zboczu po lewej znajdowały się czarne namioty Nomadów, kobiety w jaskrawych, kolorowych sukniach wydawały przeszywające okrzyki, pilnując kóz. Prawa strona była zasypana grubą warstwą śniegu, na kilkadziesiąt centymetrów, z którego wypływała rzeka, wzdłuż której miałem iść do morza, do którego wpadała, morza niewidocznego przez gęste, niebieskawe powietrze, trzy kilometry niżej, odległego o około pięćdziesiąt kilometrów. Przestrzeń ta była wypełniona lasami, nad którymi unosiły się małe, białe chmurki. Miałem odkryć, że unosiły się one nad pierwszą wioską po północnej stronie. Dotarłem tam wieczorem. Okazało się, że wioska otoczona jest rwącymi wodami, które były bez wątpienia powodem nisko zawieszonych chmur. Zjadłem tam posiłek, otoczony ciekawskimi wieśniakami, którzy zasypali mnie pytaniami. Później, na szczęście, głęboko zasnąłem. Następnego dnia wyruszyłem konno w kierunku morza, odprowadzony przez około trzydziestu ludzi. Do wybrzeża dotarłem po południu, i tam znalazłem półciężarówkę wracającą do Teheranu. Jazda z powrotem przez góry, podczas której kierowca często zmieniał pojazdy na zakrętach nie do pokonania, była najbardziej niebezpieczną częścią podróży.

Była to pamiętna podróż i byłem bardzo zadowolony, że ją odbyłem, ponieważ zyskałem sentyment do asasynów i ich państwa, którego nie poczułbym dzięki żadnej książce. Z pewnością był to bodziec, dzięki któremu zainteresowałem się jeszcze bardziej ich niezwykła historią.

  • Tłumaczenie: Wega
  • Data dodania: 17-06-2010
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (15)

1. Angelus129-07-2010, 18:53Podziw dla autora za pracę i jej efekt. Tłumacz - też jest wielki :).Tekst daje do myślenia nad manipulacją przekazem historycznym dokonywaną przez osoby uważające się za "znawców dziejów".Wielkie dzięki.
2. ja3729-12-2010, 23:50Niesamowite. Podziw dla tego autora
3. k3h2w2a1118-10-2011, 17:18Wielkie brawa za piękną wręcz pracę wykonaną bardzo sumiennie i z rozwagą. Naprawdę wielkie brawa.
4. wisniak23-12-2011, 13:18kurcze moze mi bedzie kiedys dane odbyc tam podroz..
5. assassinek1607501-11-2014, 07:54Dużo mi wytłumaczył i też się dużo dowiedziałem. Chyba kupię sobie tą książkę "Assassyni z Alamutu ''. Podziw dla autora
6. Acaelus Thorne509-12-2014, 18:21Gratuluję autorowi i tłumaczowi.
7. Daylla112-01-2015, 21:04Niesamowite.Wiele bym dała żeby odbyć taką podróż.
8. Asasyn03117-01-2015, 19:39Chciałbym być asasynem. ;)
9. NinjaChicken625-05-2015, 19:20Książkę, jeśli będzie po polsku na pewno kupię:)
10. KacperCreed408-07-2015, 18:23Czyli Asasyni nie byli bezmyślnymi zabójcami jak to mówi wiele ludzi.
11. AsasynKenway508-07-2015, 23:12Strasznie fajny artykuł :) Podziw dla autora :)
12. power2110522-10-2015, 19:53Fajne na wieczór kiedy nie masz co robić polecam
13. Domin520425-12-2015, 16:54@Wega: Jak zwykle zachwycasz
14. Wyklęty830-01-2016, 13:15Świetny artykuł :D Można się z niego dużo dowiedzieć, a i podziw dla autora za włożoną pracę w tekst :D
15. Hanzo97503-08-2016, 15:34No,gratuluję.Być może też zdołam się tam zapuścić,a chętnie bym to zrobił :-)

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
100
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza