Zakon Assassin's Creed


Saga o nastoletnich asasynach


Dla Pawła, Zero, Czarka i wszystkich przyjaciół z forum.

Obiekt nr 18

Mary
Wiek: 13 lat
Waga: 45 kg
Wzrost: 165 cm
Grupa krwi: 0-
Narodowość: USA

Cechy psychologiczne: Buntownicza, chaotyczna, nierozważna, trudna do opanowania. Sierota. Zmieniała rodzinę zastępczą rodzinę 10 razy. Mogą wystąpić problemy ze współpracą. - Annabeth

Przodek wybrany do tego zabiegu:

Marian
Wiek: 12/13 lat
Waga: 45 kg
Wzrost: 165 cm
Narodowość: nieznana
Rok: 1196/1197
Historia osobowa: Jej matka zmarła gdy miała dwa lata, a ojciec został zamordowany w 1191 roku.
Cechy psychologiczne: Nierozważna, odważna, bystra.

Rozdział 1

"W którym poznaję 'siebie' w roku 1191 i dowiaduję się, że jestem zabójczynią"

Pamiętam tylko mocny cios w tył głowy, a potem ciemność. Gdy się ocknęłam, leżałam na szarym łóżku w małym pokoju. Ściany były pomalowane na biało.

- Dzień dobry! - powiedziała kobieta o czarnych, kręconych włosach, czarnych oczach, w czarnej, krótkiej spódnicy i w czarnej, haftowanej bluzce. Miała najwięcej z 30 lat. Zęby wyszczerzyła w sztucznym uśmiechu. Nie odpowiedziałam.

- Jestem Annabeth - powiedziała, a w jej oczach dostrzegłam błysk. - Wiesz, że to niegrzecznie się nie przedstawiać? Zresztą, i tak będziesz się nazywać "Osiemnastka". - Uśmiech zniknął z jej twarzy. - A teraz chodź! Musimy zacząć sesję.

Co? Jaką sesję? Co oni chcą mi zrobić!?

- No? Co jest z tobą? Wstawaj, albo będę musiała użyć przemocy! A tego chyba nie chcemy, prawda?

Rzeczywiście. Nie chciałam. Mimowolnie wstałam i udałam się za Annabeth. "Osiemnastka"? Co to ma niby znaczyć!? Przeszłyśmy przez długi korytarz i dotarłyśmy do wielkiej, pustej sali pośrodku której znajdował się dziwny, podświetlony stół, komputer, oraz biurko. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Przy stole stał mężczyzna w szarym garniturze i białym płaszczu.

- Och! Panna eee... - nie dokończył i wyjął z pod płaszcza kartki, przeglądając je szybko. -... Eee... Panno... Mary – dokończył. - Zapewne znasz już pannę Annabeth. Nazywam się... Po prostu mów mi "Profesorze".

Annabeth uśmiechnęła się krzywo.

- Podejdź tu – poprosił. - Nie bój się... Nie zrobimy ci krzywdy...

Profesor uśmiechnął się pogodnie i, w przeciwieństwie do Annabeth, szczerze. Był łysy i miał... Wydaje mi się, że brązowe oczy. Był tak trochę po 40-tce i nosił lekko przekrzywione okulary na czubku nosa. Po plecach przebiegł mnie kolejny zimny dreszcz. Coś się we mnie zagotowało. Stanęłam w lekkim rozkroku... No i się zaczęło... Nie dziwię się, czemu lekarze chcieli mnie wysłać do psychiatryka. Gdy tylko czuję zagrożenie, przyjmuję pozycję obronną, a postacie i przedmioty zaczynają się świecić na różne kolory. Wystarczy, że ktoś wtedy poruszy się choćby o milimetr, a ja atakuję. Bez zastanowienia. Wszyscy lekarze twierdzili, że to nadpobudliwość, albo problemy psychiczne z powodu braku rodziny, lub przebywania z innymi dziećmi w sierocińcu, które robiły sobie ze mnie worek treningowy... W rzeczywistości, to ja zwykle robiłam z innych dzieci worki treningowe, ale i tak nie sądzę, że ktoś z ADHD, lub inną chorobą psychiczna, od razu czując zagrożenie jest w stanie użyć nawet zębów, aby pokonać przeciwnika i od razu ustawia się w pozycji obronnej. No i oczywiście nigdy nie słyszałam o wypadkach, kiedy ktoś widział postacie lub przedmioty podświetlające się na różne kolory. Annabeth przebiegł dreszcz, a profesor westchnął.

- Uspokój się... Naprawdę nie chcemy cię skrzywdzić...

- Jasne... To może utniemy sobie partyjkę pokera przy tym stole? - prychnęłam.

- Ma charakterek - stwierdziła Annabeth.

- Taaak... - ponownie westchnął profesor. -Jest zupełnie jak "Piętnastka", prawda?

Annabeth pokiwała głową.

- Masz dwa wyjścia – zaczęła. - Albo dobrowolnie podejdziesz do tego stołu, położysz się na nim, a my w spokoju będziemy mogli zacząć sesję...

-... Albo będziemy zmuszeni cię uśpić - dokończył profesor.

Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam zapewniać się, że nic mi nie grozi. Podziałało. Profesor i Annabeth przestali świecić się na czerwono, a ja rozluźniłam się i podeszłam do stołu. Nie chciałam zostać uśpiona. Zresztą, kto by chciał?

- Grzeczna dziewczynka - powiedział profesor.

- Nie jestem tak grzeczna - mruknęłam.

Profesor zaśmiał się, a Annabeth podeszła do komputera obok stołu i zaczęła wystukiwać coś na klawiaturze.

- Ekhem... - chrząknął profesor.

Annabeth przewróciła oczami.

- Czy musisz wykładać o sesji temu bachorowi?

- Pacjent to pacjent, panno Annabeth. Musi znać swoją "diagnozę".

Wzdrygnęłam się na słowo "pacjent".

- Ale najpierw może nieco się zapoznamy? - zaproponował profesor. - Czy znałaś swoich rodziców?

- Nie - odpowiedziałam posłusznie.

- Czy cokolwiek kiedyś o nich słyszałaś?

- Nie.

- Na pewno?

- Tak.

Tu profesor na chwilę przerwał, po czym kontynuował dalej.

- Nazwisko?

- Nie znam.

- Wiek?

- Dwana... Trzynaście lat.

Właściwie nie wiem, czemu odpowiadałam na te wszystkie pytania. Przecież to jacyś zupełnie obcy ludzie, nie wyglądający, aby mieli dobre zamiary.

- Od kiedy nie posiadasz serdecznego palca?

- Eee... - nie umiałam odpowiedzieć na to pytanie. Nigdy nie zwracałam zbytniej uwagi na mój wygląd. Wiedziałam tylko, że mam długie, brązowe wlosy i niebieskie oczy.

- Trafiła do sierocińca, gdy miała zaledwie niecały miesiąc - odezwała się niespodziewanie Annabeth. - Miała 3 lata, kiedy przyjęła ją pierwsza rodzina zastępcza. Po roku przyjęła ją druga.

- Czemu nie została w pierwszej? - zainteresował się profesor.

- Mała była nieznośna. Biegała po domu jak opętana, wspinała się po szafkach, demolowała dom, zadusiła kota... I tak przez 10 lat przprowadzała się od jednej rodziny zastępczej, do drugiej... Parę miesięcy temu uciekła od państwa Reeve...

Zapewne musiała znaleźć moje dane w internecie, gdyż nie lubiłam się nimi zbytnio dzielić. Szczególnie, że nie miałam z kim...

- No dobrze. Teraz trochę lepiej się znamy - powiedział profesor.

- Chyba TY "teraz trochę lepiej mnie znasz" - poprawiłam w myślach.

- Panno Annabeth?

- Tak?

- Proszę znaleźć jakieś najstabilniejsze wspomnienie, aby Mary mogła się zsynchronizować z przodkiem...

- Połóż się! - rozkazała Annabeth.

Położyłam się. To dziwne, ponieważ mój mózg nie wydał żadnego polecenia na zmianę pozycji ciała.

- Ciekawe... Dałaś jej coś, Annabeth? - spytał profesor.

-Och... Nic takiego... Tylko parę pigułek "uspokajających"...

Prawdopodobnie to właśnie przez te pigułki "uspokajające" odpowiedziałam na wszystkie pytania profesora i wykonałam polecenie Annabeth wbrew własnej woli.

- Dobrze panno Mary - zaczął profesor. - Czy wiesz co to jest...

- Daruj sobie wykład profesorku! - przerwała Annabeth. - Nie mamy czasu na "wykłady". Powiem to w skrócie; za chwilę cofniesz się do roku 1191 i zsynchronizujesz się ze swoim przodkiem, czyli wcielisz się w życie twojej odpowiedniczki żyjącej za czasów trzeciej krucjaty, kapujesz?

- N... Nie kapuję - odpowiedziałam szczerze.

Profesor ponownie westchnął, a świat zaczął rozmazywać mi się przed oczami.

- Byle tylko nie...

I dalej już nie usłyszałam...

Synchronizacja z przodkiem / rok 1191


Dziewczynka. Mała dziewczynka. Tłum ludzi wokół niej. Szary kapturek zaciągnięty na głowę. Ludzie nie zwracają na nią uwagi. Stoi z wyciągniętymi dłońmi. Prosi o jałmużnę. Obraz się rozmazuje.


Wieża. Na dachu wieży stoją dwie osoby. Dorosły mężczyzna i mała dziewczynka. Dziewczynka ma co najmniej 7 lat. Mężczyzna kładzie rękę na jej ramieniu. Ojciec. Tak, to jej ojciec. Wręcza jej coś. Złoty medalion. Obraz się rozmazuje.


Willa. Piękna willa pośrodku miasta. Dziewczynka śpi w łóżku. Na szyi ma złoty medalion. Przy oknie stoi ojciec dziewczynki. Wydaje się być zaniepokojony. Drży. Budzi dziewczynkę. Ktoś puka do drzwi. Puka? Nie, wali w nie pięścią. Słychać krzyk. Do pokoju wpadają czterej mężczyźni z bronią. Strach. Jeden z nich w czarnych szatach i czarnym kapturze spogląda na dziewczynkę, po czym na jej ojca. Paraliżujący strach. Z rękawa jego szaty wysuwa się ostrze. Podbiega w stronę dziewczynki, w jego oczach płonie nienawiść. Chcę zabić dziewczynkę. Ból. Kropelki ciepłej krwi na jej twarzy. Krew ojca. Klęczy przed nią. Pierś ma przebitą ostrzem. Zdoła tylko wyszeptać: "Uciekaj!". Nienawiść. Mężczyzna w czarnych szatach wysuwa ostrze z ciała ojca. "Uciekaj!". Dziewczynka odwraca się i wyskakuje przez okno. W oczach ma łzy. Noc. Pada deszcz. W oddali słychać grzmoty. Biegnie przez ulice miasta. Nie odwraca się ani na moment. Mężczyźni podążają za nią. Doganiają ją. Kątem oka dostrzega, jak zakapturzona postać wysuwa swe ukryte ostrze. Zamyka oczy, wciąż biegnąc. Mężczyzna w czarnym kapturze skacze. Cud. Dziewczynka wciąż biegnie. Żyje. Odwraca głowę. Anioł. Anioł w białej szacie. Siłuje się z zakapturzoną postacią. "Uciekaj!". Słychać krzyk. Zapach krwi. Biegnie dalej. Nie zatrzymuje się. Obraz się rozmazuje.


I znów dziewczynka pośrodku tłumu. Ma może z osiem lat, nie więcej. Szary kapturek zaciągnięty na głowę. Wyciąga dłonie w błagalnym geście. Prosi o jałmużnę. U lewej dłoni nie ma serdecznego palca. Powiew chłodnego wiatru. Ktoś kładzie jej monetę na ręku. Podnosi głowę. Anioł. Anioł w białej szacie. Biały kaptur zasłania część jego twarzy. Dziewczynka widzi tylko jego łagodne rysy twarzy. Uśmiecha się do niej. Odchodzi. Dziewczynka stoi tak jeszcze chwilkę po czym rusza w ślad za Aniołem. Przepycha się przez tłum. Nie spuszcza Anioła z oka. Podąża za nim. Wychodzi z tłumu. Anioła już nie ma.



Nie pamiętam, kiedy znalazłam się w łóżku. Usiadłam.

"Co za dziwny sen" - pomyślałam i rozejrzałam się dookoła.

Dopiero po chwili zauważyłam profesora i Annabeth.

- I jak ci się podobało? - spytał profesor.

- "Podobało" co? - dopiero po chwili zrozumiałam, że to nie był sen. To była przeszłość.

- Twoje wspomnienie - odpowiedział profesor. - A dokładniej wspomnienie twojego przodka.

- Taa... Było dość... Straszne – stwierdziłam.

- Tak się cieszę, że zdałaś test i będziemy mogli kontynuować sesję!

- Zdałam... test?

- Teraz wreszcie będziesz mogła wcielić się w życie przodka!

- Wcielić się w życie przodka?

- Podczas sesji będziesz przeżywać to co twój przodek...

- A dokładniej mówiąc, staniesz się nim - wtrąciła dotąd milcząca Annabeth.

- To znaczy...

-... Że będziesz odczuwać wszystkie uczucia przodka, słyszeć jego myśli, patrzeć na świat jego oczami... - uprzedziła mnie Annabeth.

- A potem?- spytałam.

- Po czym?

- Po mojej sesji?

Profesor chrząknął.

- Zobaczymy... - odparła spokojnie Annabeth.

Po plecach przebiegł mnie zimny dreszcz. Myślałam, jak stąd zwiać.

- Czego wy w ogóle ode mnie chcecie!? Porwaliście mnie, wsadziliście do tej maszyny i odtwarzacie wspomnienia mojego przodka! Po co to wszystko!?

- Po pierwsze: nie chcemy nic od ciebie, a od twojego przodka. Po drugie: sama położyłaś się na tej "maszynie", a po trzecie... Posiadasz, a raczej twój przodek posiadał bardzo cenną informację... - odparła z nieudawanym Annabeth - No i oczywiście potrzebujemy ciebie, abyś... wykorzystała te informację...

- Ale ja jestem tylko zwykłą trzynastolatką! Nie posiadam żadnych specjalnych mocy nadprzyrodzonych!

- Ależ posiadasz! A zresztą... Nie jesteś "zwykłą trzynastolatką"...

- W takim razie niby kim!? Kosmitką!?

- Nie. Jesteś Asasynką.


Rozdział 2

"W którym wcielam się w mojego przodka i spotykam Assassyna."

Asasyn - zabójca. Ale ja nie mam nic wspólnego z żadnymi Asasynami! Pierwsze słyszę o 'Asasynach'!

- Potrzebujemy pewnej informacji od twojego przodka - powiedziała Annabeth.

Nie odpowiedziałam. Wciąż byłam w szoku po tym co usłyszałam.

- Nie jestem żadną Asasynką! - krzyknęłam po chwili zastanowienia.

- Ależ jesteś! Jak inaczej wytłumaczysz brak serdecznego palca? - spytał profesor.

- Nieszczęśliwy wypadek! - odparłam szybko.

Annabeth parsknęła.

- Nie! To u Asasynów dziedziczne! - zapewniał profesor.

- A jak wyjaśnisz "orli wzrok"? - wtrąciła Annabeth.

- Co?

- "Orli wzrok". To wtedy kiedy postacie, lub przedmioty, świecą się na różne kolory w zależności od ich intencji - odpowiedział profesor.

- Np. sojusznicy świecą się na niebiesko - dodała Annabeth.

- Dokładnie! Dzięki temu Asasyni mogą łatwo stwierdzić, jakie zamiary mają postacie lub czy są ich sojusznikami. "Orli wzrok" działa także na przedmioty, które mogą wejść z Asasynem w interakcję.

- Np. drzwi - Annabeth skrzywiła ię lekko. - Czy teraz już kapujesz co to "orli wzrok'?

- Skąd wy w ogóle wiecie, że coś takiego mam! - krzyknęłam po chwili milczenia.

- Ach, to proste! - zaczął profesor. - Po pierwsze, czytaliśmy co nieco o twojej dziwnej "wadzie" wzroku w twoich aktach, a po drugie, gdy miałaś właśnie zacząć swoją pierwszą sesję, 'włączyłaś' swój "orli wzrok" i przyjęłaś pozycję obronną, co także jest charakterystyczne u Asasynów.

- „Włączyłam”?

- Tak. Asasyni kontrolują, kiedy chcą użyć "orlego wzroku", a kiedy nie. Na razie jeszcze nie umiesz nad tym panować, ale z czasem nauczysz się.

- To bardzo przydatna umiejętność - wtrąciła Annabeth - szczególnie przydaje się w tłumie, gdzie możesz odróżnić zwykłych przechodniów od agentów, którzy cię śledzą...

- Annabeth...

Zrozumiałam, że nie jestem jedyną Asasynką w tym pomieszczeniu.

- Ale po czym poznaliście, że używam go w danej chwili? - kontynuowałam.

- No więc...

- Źrenice oka zwężają się, a tęczówki momentalnie zmieniają kolor na szary - uprzedziła profesora Annabeth.

- Właśnie.

Zamrugałam odruchowo.

- Czy teraz już wierzysz, że jesteś Asasynką, czy mamy ci dalej tłumaczyć jak pięciolatce? - spytała ironicznie Annabeth.

Wierzcie mi, lub nie, ale trudno jest sobie uświadomić, że jest się zabójcą.

- Wstawaj Osiemnastko! Musimy kontynuować sesję!

- "Osiemnastko"?

- Właściwie powinnaś nazywać się „Obiekt numer 18”, ale "Osiemnastka" brzmi prościej - zaśmiała się Annabeth.


- Jeszcze tylko jedno pytanie! – krzyknęłam, gdy już leżałam na owej dziwnej maszynie, dzięki której mogłam oglądać wspomnienia swojego przodka. - Jak nazywa się ta, eee... Maszyna?

- "Animus wersja 3.0" - powiedział profesor.

- "Wersja 3.0"? Czy to znaczy, że były... poprzednie wersje?

- A jak myślisz, Osiemnastko? Czemu jest "wersja 3.0" i czemu nazywasz się "Osiemnastką"? Hę? - spytała Annabeth.

- Eee...

- Co za domyślność! - stwierdziła ironicznie, po czym spojrzała na profesora.

- Annabeth! – zaczął - dość tych gierek! Ustaw najstabilniejsze wspomnienie!

- Miłego seansu... - zdążyłam jeszcze usłyszeć za nim świat rozmazał mi się przed oczami...


- Hej mała! Wstawaj! Już dojechaliśmy do Jerozolimy! - usłyszałam gdy wóz się zatrzymał.

Usiadłam, przeciągnęłam się i rozejrzałam dookoła. Zatrzymaliśmy się tuż przy bramie głównej. Jerozolimę otaczały ogromne mury i jedyna droga do miasta prowadziła przez ową bramę główną. Na dodatek pilnowali jej strażnicy, a w nocy zamykano wjazd, więc gdy ktoś dotarł do miasta po zmierzchu, musiał czekać do rana, aż strażnicy znów ją otworzą. Strażnicy pilnowali także, by do miasta nie dostali się żadni włóczędzy i... Inne podejrzane typki. W tym ja. Od bodajże 5 lat „nielegalnie” podróżuję od miasta żyjąc z kradzieży i żebractwa. Mam prawie 13 lat, a moim domem jest ulica. Gdy miałam coś około roku straciłam matkę, a niecałe 6 lat później ojca. Nie widzę przed sobą świetlanej przyszłości. Na świecie nie ma dobrych ludzi, którzy zaoferują mi nocleg, lub parę monet. No, może z wyjątkiem kupca, z którym przyjechałam do Jerozolimy. Poznałam go w Akce... A raczej on poznał mnie, gdy ukrywałam się w jego wozie przed strażnikami za kradzież paru miedziaków. Zaoferował mi przejazd z Akki do Jerozolimy w zamian pomoc przy towarach i koniach. Zgodziłam się. I tak miałam już dosyć 'pozostałości' Akki" ale oprócz kupca nie znam innych „dobrych” ludzi. Na ogół widzę takich mężczyzn, którzy na mój widok szczerzą zęby i pogwizdują. Na ich widok robi mi się niedobrze i staram się jak najprędzej od nich oddalić. Są także kobiety w bogato szytych sukniach, które wytykają mnie palcem i szepczą coś między sobą. Zwykle to waśnie one wyganiają mnie z bogatej dzielnicy miasta, krzycząc: "Wynoś się stąd, ty śmierdziuchu!" i chichocząc przy tym. Ale najgorsi są żebracy. Ci, z którymi żyję na co dzień. Gapią się na mnie jak na jakąś „gorszą” choć często sami wyglądają gorzej ode mnie. Popychają mnie, plują na mnie, naśmiewają się ze mnie... Są także inne dzieciaki głodujące i żyjące z żebractwa. Na początku głównie z tego żyłam... Ale potem zrozumiałam, że żebractwo nie ma sensu. Inni i tak nie dadzą ci nawet złamanego grosza. Dlatego zaczęłam kraść. Nigdy nie zdarzyło się, aby ktoś łaskawie dał mi chociaż jednego miedziaka. No… Prawie nigdy… Ale to był Anioł!

- No? Siadaj koło mnie na koźle (miejsce na wozie gdzie siedzi woźnica)!

Do wozu podszedł strażnik.

- Stać! Kto jedzie?

- Witam. Jestem kupcem z Akki. Sprzedaję dzbany i kosze wiklinowe.

- Acha… A ta dziewczyna?

- To moja córka.

Strażnik przyjrzał mi się uważnie. - Hm… W porządku. Możecie jechać.

Od kiedy w roku 1191 w trzech miastach: Akce, Damaszku i Jerozolimie miała miejsce tajemnicza seria zabójstw, podwojono straż i zamknięto wszystkie bramy prowadzące do miasta, z wyjątkiem bramy głównej. Wjechaliśmy na rynek. Chociaż Jerozolima była o wiele mniejsza od Akki i Damaszku, miasto było uważane za jedno z najważniejszych w Ziemi Świętej. Na ulicach tłoczyli się ludzie, a kupcy zachwalali swoje towary. Podjechaliśmy pod jeden z pustych straganów na rynku i wysiedliśmy z wozu. Pomogłam kupcowi wyładować towary i napoiłam konie.

- Dziękuję ci za pomoc, drogie dziecko - powiedział kupiec.

- Nie. To ja panu dziękuję - odparłam i skłoniłam się. Kupiec zaśmiał się i wręczył mi parę miedziaków. Jeszcze raz skłoniłam się i odeszłam od straganu.

- Tylko tym razem lepiej na siebie uważaj! - krzyknął za mną.

- Dobrze! - obiecałam i udałam się w stronę meczetu (kościoła muzułmanów).

Zmierzchało. Musiałam znaleźć jakieś miejsce, gdzie będę mogła przenocować. Najlepiej jakiś stog siana. Zaciągnęłam na głowę mój szary kaptur i podeszłam do ściany meczetu. Obejrzałam się, czy w pobliżu nie ma żadnych strażników i czy ktoś mnie nie obserwuje. Nie zauważyłam nikogo podejrzanego w zasięgu mojego wzroku. Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam się wspinać po ścianie. Nigdy nie miałam problemów ze wspinaniem się na budynki. Robiłam to często, gdy chciałam zwiać strażnikom lub po prostu, żeby zorientować się w jakiej części miasta jestem. Meczet nie był wysoki, więc szybko wspięłam się na jego szczyt. Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam coś… A raczej kogoś… Po dachach budynków biegł jakiś człowiek! Przetarłam oczy i spojrzałam jeszcze raz. Człowiek w białych szatach zeskoczył z dachu i wtopił się w tłum. Serce zaczęło walić mi mocniej. Anioł. Nie czekałam dłużej. Również zeskoczyłam z meczetu i zaczęłam przepychać się przez tłum.

- Złodziej! - usłyszałam, a koło mnie przemknął chłopak w takim samym szarym kapturze, co ja.

- Tam jest! - krzyknął strażnik wskazując palcem… Mnie.

- O-o… - mruknęłam, odwróciłam się i puściłam biegiem.

- Łapać go! Nie pozwólcie mu uciec! - wrzeszczał strażnik

Wspięłam się po jednym z budynków na dach i miałam nadzieję, że strażnicy się ode mnie odczepią. Zwykle dawali sobie spokój. Ale nie tym razem. Jeden ze strażników podstawił drabinę, a reszta zaczęła się po niej wspinać. Zaklęłam cicho i zaczęłam uciekać skacząc od dachu jednego budynku, do drugiego.

Na szczęście byłam szybsza od strażników, ale na moje nieszczęście w pewnym momencie potknęłam się o jedną z dachówek i spadłam z budynku. Uderzyłam twarzą o ziemię. Fartem nie złamałam nosa. Znajdowałam się w ciemnym zaułku. Szybko wstałam i już miałam biec dalej, gdy wtem usłyszałam:

- Tam jest!

I ktoś złapał mnie mocno za rękę. Dopadli mnie. Strażników było około dwudziestu. Próbowałam się wyrwać.

- Nic nie ukradłam! To tamten chłopak!

- Skoro nic nie ukradłaś… - zaczął strażnik trzymający mnie za rękę w czarnym hełmie - … To czemu przed nami uciekałaś?

Jęknęłam.

- Oddaj to, a może darujemy ci życie…

- Ale ja nic nie mam!

- W porządku… Dam ci ostatnią szansę. Oddaj mi to, albo… Wiesz jaka kara spotyka złodziei?

Jęknęłam jeszcze głośniej.

- Zobaczymy jak sobie poradzisz bez swoich rączek… - Wyszczerzył zęby strażnik w czarnym hełmie - Przytrzymajcie ją!

Dwaj strażnicy podbiegli i chwycili mnie pod ręce.

- Najpierw lewa, czy prawa?

Nie odpowiedziałam.

- W takim razie zaczniemy od lewej.

Próbowałam się wyrwać. Bezskutecznie. Strażnik trzymający moją lewą rękę puścił mnie na ułamek sekundy, po czym ponownie schwycił, tym razem za moją dłoń. Wyprostował mi rękę, a strażnik w czarnym hełmie wyciągnął swój miecz. Podszedł do mnie i przymierzył się do ciosu. Pisnęłam cicho po czym wrzasnęłam na całe gardło:

- Pomoocyyy!

Strażnik zaśmiał się i uniósł miecz. Zamknęłam oczy. Strach. Usłyszałam charkot i ze zdziwieniem stwierdziłam, że wciąż posiadam moją lewą rękę. Otworzyłam oczy. Strażnik w czarnym hełmie stał z uniesionym mieczem i rozwartymi ustami, z których lała się krew. Upadł. Anioł. Anioł w białych szatach. Kaptur zasłaniał jego twarz.

- To Asasyn! Brać go! – usłyszałam.

Strażnicy gromadą rzucili się na niego. Wyciągnął swój miecz i zaszarżował na jednego ze strażników, przebijając mu pierś ostrzem, po czym skoczył na następnego i poderżnął mu gardło. Krew trysnęła na wszystkie strony. Dopiero po chwili zorientowałam się, że nikt mnie już nie trzyma. Miałam ochotę zwiać stąd jak najszybciej, ale nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Wpatrywałam się jak mój wybawca bez trudu rozprawia się ze strażnikami. Po chwili już wszyscy strażnicy leżeli na ziemi w kałużach krwi. Jeszcze tylko niektórzy jęczeli i i zwijali się z bólu w ostatnich podrygach życia. Zakręciło mi się w głowie. Anioł schował miecz, odwrócił się i zaczął odchodzić.

- Zaczekaj! - krzyknęłam i postąpiłam krok do przodu. Coś chlusnęło mi pod nogami i na pewno nie była to woda. Znów zakręciło mi się w głowie. Anioł zatrzymał się.

- K… Kim ty właściwie jesteś? - spytałam.

Brak odpowiedzi. Przełknęłam ślinę i postąpiłam kolejny krok w stronę Anioła. Pod stopami znowu coś chlusnęło.

- Czemu mi pomogłeś?

Kolejny brak odpowiedzi. Odwrócił się i stanął twarzą do mnie. To nie był on. Anioł, który uratował mnie, gdy byłam mała, miał bladą cerę, niebieskie oczy i łagodne rysy twarzy. Ten, miał ciemną cerę, brązowe oczy i lekki zarost, a na jego prawym policzku widniała blizna. Zrobiłam kolejny krok do przodu i to był błąd… Tym razem zamiast chluśnięcia usłyszałam głośne chrupnięcie. Po plecach przebiegł mnie dreszcz. Świat zawirował mi przed oczami i poczułam mdłości. Jęknęłam cicho i straciłam przytomność.


- A kim właściwie są ci „Asasyni”? – spytałam, gdy wyszłam z Animusa. - No bo to, że są zabójcami to już wiem, ale…

- To zakon - uprzedziła mnie Annabeth. - Ich główna siedziba mieściła się w Masjafie.

- Acha…

Czasami ma wrażenie, że potrafi mi czytać w myślach.

- No, a teraz idź odpocząć. Jutro czeka nas kolejny, ciężki dzień pracy - powiedział profesor.


Tej nocy śnił mi się bardzo dziwny sen. Widziałam kogoś bardzo podobnego do Asasyna, który uratował moją odpowiedniczkę z przeszłości… Tylko, że nie miał swoich białych szat, a… Szarą bluzę i dżinsy… Stał w jakimś dziwnym laboratorium i rozmawiał z…

- Tu będziemy bezpieczni. Na razie… - powiedziała kobieta o blond włosach i niebieskich oczach.

- Lucy? Mam jeszcze jedno pytanie. Pamiętasz, tam w Abstergo… Gdy uciekaliśmy… Ile właściwie było tam Animusów?

- Ech… Około setki… To przeznaczone dla innych Templariuszy … Będą ich szkolić na zabójców… Takich jak my…

- Po co?

- Przygotowują się na wojnę… Wojnę z Asasynami…

- Myślisz, że dalej to kontynuują? No wiesz… Porywają Asasynów i...

- Tak. Na pewno już mają kolejnego…

- Czy komuś oprócz nas udało się stamtąd uciec?

- Czternastce i Piętnastce… Zresztą, poznasz ich niedługo.

- A co z resztą?

- Nie żyją.


Część 2

  • Autor: Meryiel
  • Data dodania: 15-12-2010
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (17)

3. Meryiel17-12-2010, 16:00O rany! Ale czad! Moja książka :D A propo: czyżby zakończenie nie doszło?
4. Larami17-12-2010, 20:32Nie no spoko, tylko Altair taki nie Altairowaty :P
5. Meryiel17-12-2010, 21:37Larami: Wiesz, ma teraz dwóch synów, więc się trochę zmienił :P
6. Ktoś17-12-2010, 23:54Krótkie. Ten Michaelo to na pewno nie Da Vinci ?
7. altair000118-12-2010, 15:09Super!Mam nadzieje że będzie ciąg dalszy
8. Rukia370118-12-2010, 15:28Ja też. Najlepiej jeszcze przed Nowym Rokiem.
9. Wega1018-12-2010, 17:22Ciąg dalszy dodany.
10. ja3720-12-2010, 19:33Całkiem niezłe
11. Tusilos21-12-2010, 18:38Genialne!
12. Iskra1025-12-2010, 22:39Ładnie, ale wstawianie do tekstu wyjaśnień "trudniejszych" słów w nawiasach woła o pomstę do nieba. To zwyczajne robienie z czytelnika idioty. A cudzysłowów też powinno się używać jakoś z głową: konsekwentnie jeden styl, a nie raz pojedyncze, raz podwójne, raz polskie, a raz angielskie...Dialogi trochę ubogie. I wątpię by wykształcona kobieta używała zwrotu: "Kapujesz?". Po za tym nie przepadam za opowieściami o nastolatkach, bo zazwyczaj bohaterowie są lekko mówiąc naiwni. Tutaj nie jest źle, ale nieprzyjemny posmak pozostał. Starczy ględzenia =P Nie jest źle, zabieram się za drugą część.
13. asasino101-01-2011, 17:43super !
14. Meryiel102-01-2011, 23:30Iskra: Sorki za wpadkę z cudzysłowiami, ale całego tekstu, niestety, nie pisałam w Wordzie. Wiem, że powinnam to poprawić, ale jakoś wypadło mi to z głowy. >.> A z tymi nawiasami to nie za bardzo skapnęłam, ale spoko. X...X I z tymi zwrotami też sorka. Dzięki za rady ^^
15. Meryiel19-01-2011, 17:33Iskra: Skapnęłam się o co chodzi z tymi nawiasami i już tłumaczę. Otóż na początku książka ta została przedstawiona młodszym, osobom, ktore nie za bardzo skapnęły się o co chodzi z tym "kozłem", dlatego napisałam wyjaśnienie w nawiasie. ;P Przepraszam więc jeszcze raz, za wszystkie wpadki.
16. No.Name12-05-2011, 21:12Marian Janusz Paździoch - asasyn wyższego stopnia
17. connor 300010-10-2012, 10:35Dla mnie niezbyt dobre.30%.

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
100
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza