Zakon Assassin's Creed


Vincolo di sangue – Więzy krwi

Dominika "Iskra" Musioł

Fanfiction oparte na Assassins Creed II © Ubisoft Entertainment.

W środku nocy ulewa rozszalała się na dobre. Krople rzęsistego deszczu cięły równo w dół, przeprowadzając kolejny szturm na i tak już opitą wodą ziemię.

Gniada klacz smętnie spuściwszy łeb, z trudem szła wyboistą drogą. Podkute kopyta z mlaskiem zapadały się w grząskie błoto. Każdy jej chrapliwy oddech wydzierał z nozdrzy kłęby pary. Ze zmęczenia ledwo co powłóczyła nogami.

Jej jeździec wcale nie był w lepszym stanie. Cały przemoczony kulił się w siodle, za wszelką cenę starając się odgonić sklejającą powieki senność.

Nie może spać, musi być czujny. Nie może znów dać się podejść.

Drżąc z zimna, szczelniej owinął się brązową, ubłoconą peleryną, a biały kaptur naciągnął niemalże na sam nos. Ponownie wsłuchał się w monotonny dźwięk spadających kropel, próbując nie myśleć o zmęczeniu.

Trzy dni i noce w siodle.

Czarne niebo przecięła gałęziasta rysa błyskawicy, a po chwili po okolicy potoczył się głuchy grzmot. I wtedy to usłyszał. Nie bacząc na rżenie oburzonej klaczy, jeździec gwałtownie odwrócił konia, jednocześnie wyszarpując miecz z zawieszonej u pasa pochwy. Bystrymi oczami wpatrzył się w mrok spowijający gościniec, próbując dostrzec, z której strony nastąpi atak. Dopiero w blasku kolejnej błyskawicy zobaczył, że na drodze za nim nie ma ani żywej, ani martwej duszy. Mimo to zastygł na chwilę w bezruchu, obserwując i nie opuszczając klingi.

Przecież to usłyszał! Głośno i wyraźnie, zupełnie jak przed trzema dniami! Usłyszał... Co? Szczęk dobywanego żelaza? Świst szaropiórych lotek strzał? Ostatni, rozpaczliwy jęk konającego?

Dopiero głośne, zniecierpliwione rżenie konia sprawiło, że z cichym zgrzytem wsunął zmokłą broń do pochwy i wznowił mozolną jazdę. Po chwili, gdy rozluźnił raptownie spięte mięśnie, znów poczuł dotkliwy ból prawego barku i ramienia. Wsunął lewą dłoń pod płaszcz i spróbował poprawić nieudolnie zmajstrowany opatrunek. Szybko zrezygnował z tego pomysłu i znów skulił się w siodle.

Klacz ponownie smętnie zwiesiła gniady łeb z oklapniętymi uszami.

— To już niedaleko. — Szept dobiegający z jej grzbietu ledwo przedarł się przez szum deszczu. — Jeszcze tylko kawałek i będziemy w domu...


Giuseppe chrapał sobie w najlepsze.

Poprzedniego wieczora udało mu się wygrać w kości z hersztem miejscowych najemników. W ramach nagrody przez trzy dni jego ludzie nie musieli obsadzać nocnych wart na murze, przy głównej bramie i przy północnym wejściu do kopalni za miastem. Wszystkie te obowiązki spadły na lokalnych wojowników słynących z odwagi, waleczności i niezłomności. A przynajmniej sami tak siebie określali, parszywe chamy. Niech ich piekło pochłonie! Ale dopiero za trzy dni, he he...

Korzystając z wolnego czasu Giuseppe zasnął jak kamień na górnej kondygnacji baszty wznoszącej się nad miejską bramą. Do koszar nie chciał wracać; chłopaki planowali zaprosić tam urocze lokatorki zamtuza, a stary wojak nie miał ochoty na takie zabawy. Wolał pobyć sam. A na dodatek, wciąż był dowódcą straży! Musiał być w pełni sił, by wykonywać swoje obowiązki... rano.

Teraz bimbał sobie na swoje rzekome obowiązki. Spał jak suseł.

Nie obudził się nawet wtedy, gdy z dołu, zza zewnętrznego muru, dobiegł charakterystyczny głośny gwizd, który po chwili powtórzył się jeszcze raz, i znów. Dopiero zniecierpliwiony łomot o wzmocnione okuciami bele bramy wyrwał go ze snu. Niechętnie wygrzebał się ze słomy uściełającej kąt pomieszczenia. Wstając, omal nie potknął się o leżącą na podłodze pustą butelkę po samogonie. Podszedł do ambrazury i spróbował dostrzec, kto tak bezczelnie hałasuje o tej porze.

— A żeby cię wszyscy diabli porwali, przybłędo! Czego tu?! Nocą bramy zamknięte! Do świtu ci czekać przyjdzie! — krzyknął rozeźlony, jak zwykle, gdy się go niepotrzebnie budzi. Toż to najemnicy mieli wartę trzymać! Ich psia dola takie nocne duchy odganiać!

— Giuseppe! Otwórz bramę! Nie każ dłużej moknąć! — zawołał nieznajomy głosem, w którym radość mieszała się ze zmęczeniem i zniecierpliwieniem. Stary wojak aż podskoczył, rozpoznając ten głos.

— Do stu diabłów! To pan, messer Ezio?! Nie poznał żem w tych ciemnościach zatraconych! — odkrzyknął, tłumacząc się gorliwie.

— Dobra, dobra! Otwórz bramę!

Giuseppe w kilku skokach dopadł drabiny i niemalże sfrunął po niej w dół. Znalazłszy się na ziemi, co sił w nogach pognał ku mechanizmowi unoszącemu zasuwy i otwierającemu poły masywnych wrót. W myślach wciąż przeklinał swoją naiwność i wymyślał coraz to nowsze sposoby zemszczenia się na bezczelnych najemnikach.

Brama uchyliła się na tyle, by czekający za nią mężczyzna mógł bez problemu, razem z ciągniętym za uzdę koniem, dostać się do środka. Zawzięcie kręcąc korbą, by jak najszybciej zamknąć wrota, Giuseppe obrzucił panicza zatroskanym wzrokiem, gdy ten zsuną z głowy kaptur. Przez trud podróży ledwo trzymał się na nogach. Deszcz rozmazał pył i przydrożny kurz na jego zwykle białych szatach, teraz umazanych grubą warstwą błota. Mokre włosy lepiły mu się do twarzy, na której czerniał kilkudniowy zarost.

— W końcu się doczekaliśmy, signore! — powiedział Giuseppe, podchodząc i chwytając konia za uzdę. — Pański wuj frasował się już bardzo. Nie dalej jak trzy jutrznie temu wysłał ludzi traktem ku Florencji. Teraz czterech u medyka do łóżek przykutych leży. Tuż za Poggibonsi wpadli na grupę zbirów, tfu! niech ich piekło pochłonie, którzy uszykowali zasadzkę przy gościńcu. Glejty papieskie mieli, sucze syny! Tuż pod nosem Lorenzo de' Medici, niemalże na progu jego Poggio Imperiale!

Przerwał nagle, a wszelka złość wyparowała z niego w mgnieniu oka. W świetle łuczywa osadzonego w ściennym uchwycie dostrzegł na ubraniu panicza plamy świeżej krwi, których nie zdążył rozmyć ulewny deszcz.

— Na spokój duszy matki mojej! Wyście ranni, messer! A ja gadam i gadam jak ostatni dureń! Po medyka mi bieżeć trzeba!

— Czekaj! — Ezio powstrzymał go, łapiąc lewą ręką za skórzany kubrak. — To nic wielkiego. W Willi ktoś się tym zajmie. Z tego co słyszę, medyk jest potrzebny gdzie indziej.

— Aj, signore! Strasznie tych czterech pokiereszowali! Doktór ciągiem przy nich siedzi. A i signorina Claudia przychodzi przy rannych pomóc. Ach, dobre ma serce, pewnikiem po matce.

— Prawda — zgodził się szlachcic i na moment na jego twarzy zagościł ulotny uśmiech. — Zaprowadź konia do stajni. Niech ktoś się nim zajmie. I przywołaj do porządku straże. Nie wiadomo, kogo jeszcze przywieje w taką pogodę.

Giuseppe usłużnie kiwnął głową rad, że młody pan tak łagodnie zareagował na jego głupie niedopatrzenie.


Drzwi frontowe Willi Auditore były jak zwykle o tej porze dokładnie zamknięte. Ezio nie miał zamiaru dobijać się do nich, budząc wszystkich domowników. Zaczął obchodzić budynek trzymając się blisko ścian w nadziei, że choć trochę osłonią go od deszczu, który dla odmiany zaczął paskudnie siąpić. Choć z drugiej strony i tak nie mógł już bardziej zmoknąć...

Znalazłszy się na tyłach willi, przystanął zaskoczony. Z gabinetu jego wuja Maria sączyło się niezbyt intensywne światło. Starając się nie narobić hałasu, Ezio podszedł do uchylonych tylnych drzwi i zajrzał do środka.

Stary Asasyn stał oparty o masywne biurko zawalone papierami. Nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w wielką gablotę wiszącą na ścianie, na zebrane dotychczas strony Kodeksu. Pożółkłe, zapisane drobnym pismem kartki zawieszono w pozornym nieładzie. Niektóre były nawet odwrócone do góry nogami. Dla przypadkowego obserwatora takie ich ułożenie było zwykłym absurdem.

Ale nie dla Ezio.

Młody Auditore uniósł rękę, by zapukać do drzwi.

— Wchodź, nipote. Wchodź. — Mario nadal wpatrywał się w dziedzictwo bractwa, ale na jego wargach błądził dowcipny uśmieszek. Lubił zaskakiwać w ten sposób bratanka.

— Skąd wiedziałeś, że to ja? — spytał Ezio, wślizgując się do skąpo oświetlonego wnętrza.

— Zapomniałeś, że wiem o wszystkim? — Starszy mężczyzna spojrzał dobrodusznie na nowoprzybyłego, który stanął obok niego i tak jak on sam przed chwilą, zapatrzył się na Kodeks. — A tak naprawdę, to miałem niewielkie szanse pomyłki. Obcasy Claudii słychać zazwyczaj już z dziedzińca przed willą, a zawodzące śpiewy pijanego Giuseppe nawet sprzed pola treningowego. Spośród przekradających się nocą tylnim wejściem, pozostałeś tylko ty, nipote. I doprawdy, niech mnie Templariusz wychędoży, jeśli w skradaniu się nie osiągnąłeś mistrzostwa! Usłyszałem cię dopiero w ostatniej chwili!

By okazać swoje uznanie, przyjacielskim gestem z rozmachem walnął bratanka w prawe ramie. Ezio skrzywił się z bolesnym stęknięciem. Na moment pociemniało mu w oczach. Odruchowo wsparł się na potężnym biurku, by nie stracić równowagi. Mario w lot pojął swój błąd.

— Problemy po drodze? — spytał głosem całkowicie wypranym z wcześniejszej wesołości. Ezio pokiwał głową.

— W samej Wenecji również — dodał po chwili. — Ledwo co udało mi się wydostać z miasta.

— Ale osiągnąłeś swój cel?

— Tak.

Teraz to Mario pokiwał tylko głową. Bo i o co tu pytać? Kto miał żyć, ten przeżył. Kto miał umrzeć, ten zapoznał się bliżej z asasyńskim ostrzem.

— Mocno oberwałeś?

— Mogło być gorzej. — Ezio błysnął wymuszonym optymizmem. — Zaskoczyli mnie w górach. Rozstawili strzelców na skałach. Szczęściem ten, który mnie trafił, stał dosyć daleko. Grot nie pogruchotał kości. Udało się go wyciągnąć.

— To dobrze. — Mario uśmiechnął się krzywo. Choć może to było tylko wrażenie wywołane blizną, pamiątką po ranie, która pozbawiła go częściowo wzroku. — Odpocznij. Niedługo świt. Przyślę kogoś, by obejrzał ranę.

— Mam coś dla ciebie. — Młody Asasyn sięgnął do sakwy zawieszonej przy pasie i po chwili wręczył wujowi pożółkłą stronnicę papieru zwiniętą na drewnianą rolkę.

— Rozpieszczasz mnie, nipote — zażartował starszy Auditore. — Przy odrobinie szczęścia może uda nam się odnaleźć cały Kodeks. Jutro dopasujemy ją do pozostałych — powiedział, wskazując gablotę na ścianie.

Ezio skinął głową i ruszył w stronę drzwi prowadzących do wnętrza willi. Zanim jednak do nich dotarł, jeszcze raz zwrócił się w stronę wuja.

— Mówisz, że Claudia wymyka się nocą z domu? — spytał niby obojętnie.

Mario zaśmiał się nieco złośliwie.

— Od miesiąca spotyka się z Felipe Moreno i sądzi, że to wciąż wielka tajemnica.

— Felipe Moreno? — Ezio nie był w stanie dłużej udawać, że go to nie interesuje. Mario uniósł obie dłonie w uspokajającym geście.

— Znałem jego ojca. Od lat był mi przyjacielem. Dobry człowiek, dobry Asasyn. Zginął niedawno w Madrycie z rąk Templariuszy. Ale był cwaną bestią! Spodziewał się ataku i zanim go dopadli, wysłał syna do Włoch. Sam Felipe wdał się w ojca. Dwa dni temu on i pięciu innych moich ludzi wpadli w zasadzkę pod Poggibonsi. Gdyby nie Felipe, wątpię, czy wróciliby żywi. Co prawda słono zapłacił za swoją brawurę i jeszcze wiele musi się nauczyć, ale będą z niego ludzie.

— Czyli...

— Czyli nie musisz się martwić o siostrę i możesz spać spokojnie — Mario wszedł w słowo bratankowi. — Co niniejszym radzę ci zrobić. Dobranoc.


W izbie na najwyższym piętrze Willi Auditore nic się nie zmieniło. No, może tylko tyle, że ktoś posłał stojące na uboczu łóżko i pościerał z wierzchu mebli kurz. Wszystko inne: podniszczone stare książki, zrolowane pergaminy dokumentów, okuta skrzynia z ubraniami, wszystko leżało w nieładzie dokładnie tak, jak Ezio to zostawił, wyjeżdżając przed miesiącem. Nawet na biurku wciąż leżał poplamiony inkaustem, niedokończony list do Leonarda da Vinci. Nie było sensu go wysyłać, skoro zdobyte informacje i tak wyprawiły Asasyna w podróż do Wenecji, gdzie mógł osobiście spotkać się z przyjacielem.

Pomimo bólu w prawym barku Ezio zgrabnie podciągnął się z drabiny służącej za wejście. Wolnym krokiem przeszedł po skrzypiących deskach w stronę biurka i zapalił stojący na nim kaganek — jego słaby blask oświetlił część pomieszczenia, lecz kąty izby wciąż ginęły w mroku. Posępne twarze z wiszących na ścianach portretów jakby wodziły za mężczyzną beznamiętnym wzrokiem. Ten odpiął od pasa broń i sakwę i położył je na blacie postawnego mebla. Ubłoconą pelerynę rzucił na stojący przy łóżku zydel, po czym usiadł ciężko na skraju posłania. Po chwili z westchnieniem ukrył twarz w dłoniach.

To było wyjątkowo trudne zadanie i ciężka podróż. Miał wiele szczęścia. Po prawdzie, to kilka razy tylko dzięki szczęściu i zbiegom okoliczności nie skończył marnie, a co za tym idzie, mógł doprowadzić sprawę do końca. Ryzyko porażki istnieje zawsze, ale mimo to do napięcia, jakie ze sobą niesie, trudno jest się przyzwyczaić.

Ezio westchnął po raz wtóry. Od południowo-zachodniego rogu izby dobiegło go przytłumione chrobotanie, a po chwili wysoki, nieco skrzekliwy orli krzyk — odgłosy ptaka lądującego na wystającej z dachu belce.

Nic się tutaj nie zmieniło. Wszystko jest na swoim miejscu. Wszystko jest jak być powinno.

Nie było. I mimo najszczerszych chęci Ezio nie potrafił sam siebie przekonać, że jest inaczej.

Od jakiegoś czasu... wszystko było bardziej skomplikowane. Każda kolejna podróż, każdy kolejny dowód winy, każde kolejne życie odbierane w imię jedynej słusznej sprawy.

Niespodziewane skrzypienie drabiny wyrwało Asasyna z ponurych myśli. Jego reakcja była natychmiastowa, niemal podświadoma. Zerwał się z łóżka i pochylając nisko, kilkoma kocimi krokami znalazł się z tyłu otworu pełniącego rolę wejścia. Jeszcze zanim zbliżył się do drabiny, bezszelestnie dobył asasyńskiego ostrza ukrytego dotychczas w bogato zdobionej osłonie lewego przedramienia. Broń znajomo zaciążyła na ręku, gdy jej właściciel zaczaił się, gotów do zadania śmiercionośnego ciosu... który nigdy nie padł.

Z dziury w podłodze wyłoniła się Claudia. Rozejrzała się badawczo po izbie. Kiedy dostrzegła postać czającą się w cieniu za jej plecami, pisnęła i omal spadła z drabiny. Szybko jednak rozpoznała brata i prychając, z dezaprobatą wywróciła oczami.

— Czyś ty do reszty oszalał? — naskoczyła na niego, gdy tylko wgramoliła się na górę, dźwigając spory pakunek. — Kto to widział, tak ludzi straszyć?

Ezio milczał, z ulgą konstatując, że dziewczyna nie zwróciła uwagi na nerwowy gest, którym ukrył ostrze. A swoją drogą, nie miał pojęcia jak uzasadnić swoje zachowanie. Czego się spodziewał? Ataku Templariuszy? W Willi Auditore?

— Przepraszam — bąkną tylko patrząc, jak z dziury w podłodze wyłania się Monica, służąca dźwigająca ze sobą kubeł parującej wody.

— Wuj powiedział mi, że wróciłeś. Podobno znów miałeś nielichą przygodę po drodze — odezwała się z przekąsem Claudia. Położyła pakunek na łóżku i zaczęła go rozwijać, wydobywając z niego niewielki lniany ręcznik, bandaże i jakieś medykamenty. Tymczasem służąca przelała ciepłą wodę do miednicy stojącej na pobliskiej szafce.

— Dziękuję, Monica. Dalej poradzę już sobie sama. — Claudia odprawiła służkę, posyłając jej przyjazny uśmiech. Gdy spojrzała w stronę brata, nie byłą już taka radosna. — Na co czekasz? Chodź tu i rozbieraj się. Ezio! — przywołała go do porządku widząc, że zamiast jej słuchać, wymienia bardzo wymowne spojrzenia z znikającą w wyjściu dziewczyną.

— Już, już! — Mężczyzna nie chcąc niepotrzebnie bardziej jej denerwować szybko ściągnął z przedramion oba ukryte ostrza i rozsznurował biały przemoczony kaftan. Noszona pod nim jedwabna koszula również kiedyś była biała. Teraz niemal całe rękawy były utytłane zaschniętą krwią, której ślady widniały również na innych częściach ubioru Ezia. Kiepsko zmajstrowany opatrunek na prawym barku przesiąkł już zupełnie i na mokrej tkaninie wykwitały nowe czerwone plamy. W międzyczasie Claudia zapaliła kilka dodatkowych świec i w izbie zrobiło się dużo jaśniej. Potem kazała bratu usiąść na skraju łóżka i pomogła mu zdjąć koszulę tak, by jeszcze bardziej nie naruszyć rany. Gdy odwinęła przekrwawiony bandaż, sama też usiadła z wrażenia.

Strzała lecąc od tyłu, pod dosyć wielkim kątem wbiła się w bark. Grot musiał utknąć pomiędzy obojczykiem a łopatką, cudem nie gruchocząc którejś z tych kości. W takim położeniu był nie do usunięcia, a przynajmniej tak twierdził medyk mieszkający w Monteriggioni. Mimo to grot jakoś wyciągnięto. Rana była poszarpana i dosyć mocno krwawiła, ale za to była czysta.

— Kto wyjął strzałę? — spytała Claudia z podziwem w głosie.

— Uczeń Leonarda. Wpadliśmy na siebie pod Florencją — wyjaśnił Ezio, nie wgłębiając się w szczegóły. Nie zamierzał przyznawać się, że był ścigany i musiał uciekać z miasta, przez co nikt nie zdążył lepiej przyjrzeć się jego obrażeniom. Nigdy nie rozmawiał z siostrą na temat tego, czym się zajmował, gdy opuszczał rodzinną willę. Z niemałym trudem wymógł na wuju, by on również milczał w tym temacie. Nie chciał jej w to wszystko mieszać. Sprawę ułatwiał fakt, że ona sama nigdy o nic nie pytała.

Claudia wstała i bez słowa zaczęła się krzątać przy miednicy z wodą i medykamentach. Dopiero wówczas Ezio zauważył, że ma wilgotne od deszczu włosy, a jej buty zostawiają na deskach ślady błota. Chrząknął cicho, zastanawiając się jak poruszyć interesujący go temat.

— Podobno... pomagasz medykowi przy rannych — zagadnął w końcu. Rzuciła mu przelotne spojrzenie, nie odrywając się od swojego zajęcia.

— Tak. Nudzi mi się siedzenie w domu, a tam mogę się do czegoś przydać i nauczyć kilku pożytecznych rzeczy.

Zabrzmiało to zupełnie do niej niepodobnie. Ezio dobrze pamiętał, jaką awanturę urządziła wujowi, gdy ten kazał jej prowadzić księgę dochodów willi. Była wtedy szalenie niezadowolona, a teraz sama garnęła się do pracy. Sprawa musiała być zatem poważna.

— A przy okazji możesz się widywać z Felipe, prawda? — mężczyzna zagadnął siostrę pozornie obojętnie, ale patrzył na nią przenikliwie. Jego uwadze nie uszedł fakt, że zacisnęła dłonie na metalowej misie tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Na sekundę zamarła w bezruchu, po czym odwróciła się w jego stronę, opierając się pięścią pod bok.

— Wiesz co, Ezio? Kto jak kto, ale ty nie powinieneś prawić mi morałów — rzuciła ostro, wymownie machając ręką w stronę dziury w podłodze, w której przed kilkoma minutami zniknęła Monica. Tym samym dała mu do zrozumienia, że wie o ich potajemnych schadzkach.

— Nie prawię ci morałów. Po prostu się o ciebie troszczę.

— Jestem dorosła! Umiem zadbać o siebie — obwieściła dobitnie, jakby ze zniecierpliwieniem.

Ezio zamilkł. Miał wielką ochotę zaprzeczyć, upierać się, że przecież nadal jest jego małą, bezbronną siostrzyczką, a on musi się nią opiekować tak, jak nakazał mu ojciec. Ale to nie była prawda. Claudia faktycznie przestała być tym rozpieszczonym do granic dzieckiem, jakie przed laty uciekało z Florencji. Tragedia, która wówczas dotknęła rodzinę Auditore i która pozbawiła dziewczynę ojca i dwóch braci, na dłuższą metę odmieniła ją całkowicie. Ezio nie mógł tego znieść.

— Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa... jak dawniej. Ale jeśli zwiążesz się z tym człowiekiem, to tak się nie stanie.

Oczy Claudii, które tylko na moment złagodniały, znów stały się zawzięte.

— Skąd możesz to wiedzieć? Nawet go nie znasz.

— Wiem o nim tyle, ile powinienem wiedzieć — uciął Ezio, mając nadzieję, że jego siostra nie będzie drążyć tematu, który ewidentnie zbliżał się do bardzo śliskiej strefy. Nie pomylił się; Claudia prychnęła jak rozjuszona kotka, ale nic więcej nie powiedziała. Wróciła do krzątania się przy specyfikach. Po chwili przysunęła miednicę bliżej łóżka, usiadła obok brata i zaczęła przemywać ranę. Nie odzywała się, ale Ezio — mimo iż siedziała za jego plecami — wyczuł, że jest wściekła. Westchnął cicho.

— Ledwo przyjechałem, a już się na mnie złościsz? — spytał pojednawczym tonem. Odpowiedział mu tylko cichy plusk wody, gdy wypłukała zakrwawiony materiał. — Claudia! — rzucił więc ze zniecierpliwieniem.

— Chyba mam za co, nie uważasz?

— Przecież powiedziałem, że nie chcę prawić ci morałów...

— Nie o tym mówię — rzuciła przez zaciśnięte zęby, po czym niespodziewanie dodała ciszej: — Od miesiąca nie dawałeś znaku życia, chociaż obiecałeś, że wrócisz najszybciej jak sie da.

— Przepraszam. Tak jakoś wyszło.

— Tak jakoś wyszło... — powtórzyła jak echo. — Wiesz co, Ezio? Jeśli faktycznie chcesz, żebym była szczęśliwa, to źle się do tego zabierasz.

Odwrócił się w jej stronę, niedowierzając własnym uszom.

— Co?

— Boisz się, że będę cierpieć, jeśli zwiążę się z jakimś Asasynem, a tymczasem sam nie jesteś w stosunku do mnie w porządku.

Ezio zamurowało. Patrzył na swoją siostrę, jakby zobaczył ją pierwszy raz w życiu. Co z resztą też było po części prawdą, bo nigdy wcześniej nie widział jej takiej. Na jej twarzy już nie malowała się złość, lecz lita determinacja.

— Nie patrz tak na mnie. Owszem, wiem o bractwie.

— Kto ci powiedział? — spytał w końcu.

— Nikt — przyznała poważnie, patrząc mu w oczy. — Nie jestem głupia, sama się domyśliłam. Kto by się nie domyślił, mieszkając w tym domu, żyjąc wśród tych ludzi? — mówiąc to wskazała na izbę, w której siedzieli i w stronę okna wychodzącego na Monteriggioni. Ezio powiódł wzrokiem za jej dłonią, a po chwili bez słowa powtórnie odwrócił się do niej plecami, by mogła zacząć bandażować ranę. Atmosfera zrobiła się bardzo nieprzyjemna. Rodzeństwo uparcie utrzymywało w powietrzu lepką ciszę. Gdy Claudia straciła już nadzieję, na jakąkolwiek reakcję ze strony brata, ten w końcu odezwał się cicho:

— I nawet wiedząc o bractwie, wciąż mi się dziwisz? Dziwisz się, że chcę ci oszczędzić tego koszmaru, przez który przeszła matka? — Nie patrząc w jej stronę poczuł, że gwałtownie zerwała się z łóżka. Wiedziona zupełnie nieracjonalnym odruchem stanęła na środku izby, odwrócona do niego plecami. Jej ramiona zaczęły drżeć i Ezio spodziewał się kolejnego wybuchu gniewu. Gdy Claudia odwróciła się w jego stronę, miała policzki mokre od łez, których już nie starała się powstrzymać.

— Jak możesz? — spytała łamiącym się głosem, a po chwili zaczęła rozpaczliwie krzyczeć: — Jak możesz tak mówić?! Mama była szczęśliwa! Najszczęśliwsza! Papà ją kochał! Dbał o nią! O nas wszystkich! A ty... Jak możesz?!

— I co jej z tego przyszło?! — Ezio mimowolnie również podniósł głos, wstając z łóżka. — Zachowuje się, jakby sama też wtedy umarła, tam, przed Palazzo della Signoria! Chcesz, by spotkało cię to samo?

— Już mnie spotkało! Straciłam wszystkich, których kochałam! Tylko ty mi zostałeś! Jak więc możesz mówić, że chcesz mi oszczędzić cierpienia?! Nie zwrócisz im życia! Nie zmienisz przeszłości!

— Za to mogę wpłynąć na przyszłość tak, byś już nigdy nie musiała cierpieć przez to, kim był nasz ojciec!

— Ale od tego nie można uciec! Nie zniosę tego dłużej! Mam dosyć tajemnic i niedomówień! Dosyć tego, że chronisz mnie własnym kosztem, że odsuwasz się ode mnie.

Ostatnie zdanie Claudia wypowiedziała znacznie ciszej. Patrzyła na brata już bez złości, lecz z niemą prośbą, by jej słowa do niego dotarły, by w końcu coś się zmieniło. Ezio przez chwilę nie powiedział nic. Odwrócił się w bok i w geście pełnym zrezygnowania dotknął dłonią czoła, uciekając przed wzrokiem siostry. W pewnym momencie przecząco pokręcił głową.

— Nic nie rozumiesz — wyszeptał, wciąż nie patrząc na Claudię. — Ty nic nie rozumiesz...

— Więc mi wytłumacz! — zażądała. — Bądź ze mną szczery i wytłumacz mi. Mam prawo wiedzieć, też jestem Auditore! Czemu niby jestem gorsza?

— Nie rozumiesz — powtórzył po raz kolejny, odwracając się w jej stronę — ale nie jesteś gorsza. Po prostu... Po prostu nikogo nigdy nie zabiłaś. — Jego słowa zawisły w powietrzu jak jakiś złowrogi całun. Wyraz twarzy Claudii zmienił się diametralnie, ale Ezio zdawał się tego nie zauważać. Teraz, gdy w końcu się przemógł i zaczął mówić, nie mógł powstrzymać potoku słów: — Nie miałaś na dłoniach krwi kogoś, komu poderżnęłaś gardło, komu przebiłaś serce. Nigdy nie patrzyłaś w oczy ludziom, którym dopiero co własnymi rękami odebrałaś życie. Nie czułaś na sobie ich palącego, blednącego spojrzenia. Nie słuchałaś ich ostatnich słów pełnych przerażenia albo wyrzutu. Jak więc chcesz zrozumieć to, co się tutaj dzieje? Jak chcesz zrozumieć coś, co trudno jest pojąć nawet nam, Asasynom, mimo że od setek lat zabijamy tych, których uznajemy za zagrożenie?

Dopiero widząc strach malujący się na twarzy Claudii, Ezio w pełni odczuł, że powiedział zdecydowanie za wiele. W lot pojął, że dziewczyna blefowała, gdy mówiła, że wie o bractwie. Może tylko doszły ją strzępy informacji, wśród których często pojawiała się nazwa Asasyni, a może Felipe niechcący powiedział o słowo za dużo. Ale Claudia nie wiedziała, na czym polega działalność wuja i jego ludzi. Nie wiedziała, czym zajmuje się jej brat, czym zajmował się jej ojciec. A teraz, gdy w końcu się dowiedziała, wyglądała na przerażoną.

— Claudia, posłuchaj...

— Nie zbliżaj się! — krzyknęła i cofnęła się ku oknie, gdy Ezio uczynił krok w jej stronę. — Nie podchodź.

Nie podszedł. Z powrotem usiadł na skraju łóżka i ukrył twarz w dłoniach, próbując pozbierać skołatane myśli.

W izbie znów zaległa cisza. Claudia wciąż stała pod oknem i ze strachem wpatrywała się w milczącego brata. Z rogu izby ponownie dobiegło skrzekliwe nawoływanie orła, siedzącego na wystającej krawężnicy dachu.

— Zanim ojciec zginął, przekazał mi rynsztunek Asasyna — odezwał się w końcu Ezio, niemal szeptem. — Wszystko wydawało mi się wtedy proste. Chciałem się zemścić za wszelką cenę. Myślałem, że zabijając Uberto Alberti, zakończę wszystko. Ale to był dopiero początek...

Asasyn zamilkł szukając słów, które najlepiej wyraziłyby jego uczucia, emocje tłumione przez lata.

— Strach przed śmiercią potrafi zmusić do ujawnia więcej, niż może ci się wydawać. Ani się obejrzałem, a lista nazwisk stworzona przez ojca znacznie się wydłużyła. I już nie mogłem się wycofać. Tak naprawdę to nigdy nie mogłem: sam byłem na czyjejś liście. Tak jak ojciec, Federico i Petruccio, wuj Mario, nasi dziadkowie i całe pokolenia Asasynów. To nie ja wybrałem tę ścieżkę. To przeznaczenie wybrało ją dla mnie. — Po tych słowach Ezio znów zamilkł. Wciąż ukrywał twarz w dłoniach, bojąc się spojrzeć na siostrę, bojąc się jej reakcji. Ale Claudia milczała, od czasu do czasu z cicha pociągając nosem. Młody Auditore znów zebrał się w sobie. — Ta walka przez setki lat kształtowała świat, w którym żyjemy i nadal będzie go kształtować. Asasyni i Templariusze wciąż będą się zabijać, bez względu na wszystko. Żadna ze stron nie odpuści, wierna swoim zasadom, swojej wizji obficie podlewanej krwią wrogów. A wszystko to w imię pokoju...

Głos uwiązł mu w gardle, tłamszony poczuciem absurdalności tych słów. Bezradność wyciskała łzy z oczu. Ezio nie wiedział jak ma przekonać siostrę. Nie wiedział nawet, do czego ma ją przekonać, skoro sam czuł się coraz bardziej zagubiony w tym wszystkim.

Obcasy butów stuknęły o drewnianą podłogę, gdy Claudia wolno przeszła przez izbę. Spokojnym gestem położyła dłonie na skulonych ramionach brata i odezwała się cicho:

— Papà... był wspaniałym człowiekiem. Kochał nas i chciał chronić. Ty też chcesz chronić mamę i mnie, więc może... po prostu mu zaufaj. Tak jak on zaufał tobie. Powierzył ci dobre imię naszej rodziny, kazał opiekować się nami i... iść drogą, którą sam szedł. Zaufaj mu.

Ezio podniósł głowę i spojrzał siostrze w twarz. W jej lekko opuchniętych i czerwonych od płaczu oczach nie zostało ani śladu strachu. Były ciepłe jak zawsze. Lekko wykrzywiła usta w delikatnym, smutnym uśmiechu. Wtedy Ezio pomyślał, że jeszcze nigdy nie była tak podobna do ich matki. Ona też uśmiechała się tak smutno, gdy ich ojciec wyjeżdżał na kilka dni z Florencji — oficjalnie w interesach.

Nie trzeba było już żadnych słów. Tego co jest najważniejsze, nie da się przekazać słowami.

Rodzeństwo padło sobie w objęcia.


Gdyby ktoś wówczas wychylił się i spojrzał w głąb dziury w podłodze, mógłby zauważyć rosłego mężczyznę przyczajonego w cieniu, u stóp drabiny prowadzącej na poddasze. Po chwili mężczyzna ów wyprostował się i bezszelestnie, niczym duch, ruszył wąskim korytarzem prowadzącym do wnętrza willi. Gdy znalazł się już na tyle daleko, że rodzeństwo nie mogło go usłyszeć, przemówił jakby do kogoś, kto stał tuż obok:

— Mimo że już cię tu nie ma, wciąż nad nimi czuwasz. Dadzą sobie radę. W końcu są z twojej krwi, fratello.

To powiedziawszy, Mario Auditore uśmiechnął się krzywo jak zwykle i pewnym krokiem ruszył do swojego gabinetu.

  • Autor: Iskra
  • Data dodania: 05-11-2010
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (20)

6. Belette107-11-2010, 19:32Muszę przyznać, że potrafisz stworzyć niezwykły klimat. Wiążesz z powieściopisarstwem swoją przyszłość, czy to tylko hobby?
7. Iskra1007-11-2010, 21:21Studiuję na Politechnice i to raczej z tym wiążę swoją przyszłość. Pisanie (bo pisarstwem jeszcze bym tego nie nazwała) jest moim hobby, zabawą i sposobem na oderwanie się od codzienności.
8. Rukia370112-11-2010, 08:58Po prostu wspaniałe opowiadanie.
9. Optimus Prime1006-12-2010, 21:02Oto następuje: świetne opowiadanie! Perełka na tle pozostałych (bez obrazy, panowie i panie), bardzo przyjemnie się czyta. I znów postaci są cholernie realistyczne, jakbyś je wycięła z uniwersum AC. Brak mi słów. Autentycznie. Cytuję: "Pisarstwem bym tego nie nazwała..." Odpowiadam: "A ja tak" :D
10. ja3721-12-2010, 21:52Naprawdę genialne! Idealnie się wpasowałaś w uniwersum AC! Kłaniam się w pas:)
11. Claudia_Auditore529-01-2011, 23:12Wow... brak słów. Genialnie... choć mam kilka zastrzeżeń. Ale takich drobnych! Naprawdę świetnie piszesz i mam nadzieję, że wydasz książkę o Asasynach :D
12. Iskra1003-02-2011, 20:20Mogę wiedzieć jakie to zastrzeżenia? Wiesz, ciągle staram się rozwijać, a wskazanie błędów i potknięć niewątpliwie mi w tym pomoże.
13. Claudia_Auditore505-02-2011, 12:19Eh... nie potrzebnie napisałaś kilka razy że Giuseppe spał. Niektóre dialogi były bardziej stare, a inne bardziej nowoczesne. Ale prócz tego to naprawdę superowskie opowiadanie!
14. Jade112-02-2011, 09:49(UWAGA:nieskładna wypowiedź spowodowana włączonym trybem pisarki-fanatyczki).Świetne opowiadanie. Genialne opisy...i dialogi...i dopasowanie się do epoki...i po prostu wszystko! Sama trochę bazgrzę, więc tym bardziej widzę, jaki to kawał dobrej roboty. Miodzio! Czekam z niecierpliwością na więcej.
15. (usunięty)13-02-2011, 19:18Super!ja sam napisałem(dla siebie) na kompie książkę o 2 wojnie światowej (na 134 strony) ale ty piszesz o wile wiele lepiejEKSTRA czaekam na kolejne kawałki
16. TrueMan13-02-2011, 22:40Przyjemnie się to czyta, widać parę błędów konstrukcyjnych, ale ogólnie - bardzo udane opowiadanie. Bo - bądźmy szczerzy - w grach nie zostało nam przedstawione to, jak Ezio postrzegał swoja ścieżkę.
17. Claudia_Auditore517-02-2011, 23:19Tego można było się domyśleć ;). Naprawę nie było tak trudno zrozumieć jak postrzega swoją ścieżkę Asasyna. Na początku brał to jako zemstę i chyba do końca jakoś tak to widział. Mogę się mylić ale wydaję mi się, że robił to tylko dla ojca i braci. Po to by pomścić swoją rodzinę. Szkoda, że dla niektórych Assassin's Creed to tylko gierka w którą się gra dla zabicia czasu. Może nie uwierzycie, ale ja tyle rozmyślałam o życiu i o wiele innych rzeczach o których zwykle nie myślę po tej grze... może i to gra... napisany "scenariusz"... ale można spojrzeć z innej strony... szczerze to nie wiem jak to nazwać...
18. TrueMan1018-02-2011, 02:59Szczerze to całą serię AC trzeba traktować tak, jak zaleca Ubisoft, na początku... jeśli nie pamiętacie ock to przytoczę fragment: "Gra powstała na kanwie wydarzeń historycznych." Bo jeśli się nie będzie pamiętało o tym, że to fikcja, to może się nieźle w głowie poprzekręcać. Ale Tobie raczej chodzi o spojrzenie na życie, na podstawie życia Ezia i jego bliskich... Ezio... on na początku brał tą wojnę z templariuszami jako zemstę, ale później... (w Renesansie jest to bardzo dobrze przedstawione)... gdy Mario uczy go Creda to Ezio pojmuje, że takie jest jego przeznaczenie, taką ścieżkę mu wybrał los. I rozumie, że templariusze dążą do czegoś złego, używając złych metod. Ehh, lubię takie refleksje nad książką czy tam grą... xD
19. Claudia_Auditore518-02-2011, 17:29Dokładnie o to mi chodziło... racja to fikcja i nie należy się zatracać. Podziwiam ludzi z Ubi...
20. Coel13-07-2011, 13:42pięknie, pięknie

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
200
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza