Zakon Assassin's Creed


Fragment 1: Nocne starcie

(…) Na niebie, które przybrało kobaltowy kolor, zawisł już księżyc, przyćmiewając swoją jasnością rój towarzyszących mu gwiazd. Jego światło padało na plac, który z północnym brzegiem Arno łączył Ponte Vecchio i jego tętniące życiem sklepy, teraz ciemne i ciche. To samo światło spływało po kształtach odzianej w czerń sylwetki, stojącej na dachu kościoła Santo Stefano al Ponte. Był to człowiek młody, zaledwie siedemnastolatek, o wyniosłej posturze. Lustrując uważnym spojrzeniem obszar rozciągający się pod jego stopami, uniósł rękę do ust i zagwizdał, cicho, lecz przenikliwie. Potem patrzył, jak w odpowiedzi na jego gwizd z ciemnych uliczek i spod sklepionych przejść wyłania się na plac najpierw jeden, później trzech, po chwili już tuzin, a ostatecznie co najmniej dwudziestu mężczyzn, młodych jak on, w większości w czerni; niektórzy mieli krwistoczerwone, zielone bądź błękitne kaptury lub kapelusze, za to wszyscy – miecze i sztylety przy pasach. Już po chwili na placu w promienistym szyku stała grupa groźnie wyglądających młodzieńców, których sposób poruszania się zdradzał wielką pewność siebie.

Młody człowiek spojrzał z dachu na pełne zapału twarze, które wpatrywały się w niego, rozświetlone bladą poświatą księżyca. W geście prowokującego pozdrowienia wzniósł wysoko zaciśniętą pięść.

– Zawsze razem! ­– wykrzyknął, a oni, również unosząc swe pięści, w których część z nich już zaciskała broń, odpowiedzieli:

– Razem!

Młodzieniec kocimi ruchami zszedł z dachu po niewykończonej fasadzie kościoła, a gdy znalazł się nad jego portykiem, zeskoczył i z peleryną powiewającą jeszcze w powietrzu, wylądował w miękkim przysiadzie pośrodku zgromadzenia. Mężczyźni otoczyli go wyczekując.

– Cisza, przyjaciele! – wyciągnął w górę dłoń, powstrzymując ostatni, samotny okrzyk, po czym uśmiechnął się ponuro. – Czy wiecie, w jakim celu wezwałem tu was, moich najbliższych sojuszników? Chcę was prosić o pomoc. Już nazbyt długo milczałem, podczas gdy nasz wróg – wiecie, kogo mam na myśli? – Vieri Pazzi, szkalował w tym mieście moją rodzinę, szargając nieustannie jej dobre imię i próbując w ten żałosny sposób nas poniżyć. Zwykle nie pochylam się nawet, by kopnąć takiego parszywego kundla, ale…

Przerwał mu wielki, wyszczerbiony kamień, który, rzucony od strony mostu, wylądował tuż u jego stóp.

– Starczy już tych bzdur, grullo – odezwał się jakiś głos.

Młodzieniec wespół ze swoimi towarzyszami w jednej chwili skierowali swój wzrok w kierunku, z którego dobiegły te słowa. Wiedział już, kto je wypowiedział. Przechodząc przez most od południa, zbliżała się do niego grupa młodych mężczyzn. Na czele dumnie kroczył jej przywódca w czerwonej, narzuconej na ciemny, aksamitny kostium pelerynie, zapiętej klamrą z godłem, na którego błękitnym tle widniały złote delfiny i krzyże; jego ręka spoczywała na rękojeści miecza. Był to całkiem przystojny mężczyzna, którego szpecił jedynie ostry zarys ust i cofnięty podbródek. Mimo że sprawiał wrażenie lekko otyłego, nikt nie mógł wątpić w siłę jego ramion i nóg.

– Buona sera, Vieri – powiedział spokojnie młodzieniec. – Właśnie o tobie mówiliśmy.

Skłonił się w geście przesadzonej uprzejmości, przybierając wyraz zaskoczenia na twarzy:

– Musisz mi jednak wybaczyć. Nie spodziewaliśmy się tutaj ciebie we własnej osobie. Zawsze myślałem, że Pazzi wynajmują innych, by odwalali za nich brudną robotę.

Vieri zbliżył się nieco i wyprostował, zatrzymując się ze swoimi towarzyszami w odległości kilkunastu kroków.

– Ezio Auditore! Ty wychuchany mały szczeniaku! To raczej twoja rodzinka gryzipiórków i księgowych biega do strażników za każdym razem, gdy pojawi się choćby cień najmniejszego problemu. Codardo! – ścisnął rękojeść swojego miecza. – Boisz się brać sprawy w swoje ręce!

– Cóż mogę rzec, Vieri, ciccione… Ostatni raz, gdy widziałem się z Violą, twoją siostrą, była całkiem zadowolona, że wziąłem ją w swoje ręce.

Ezio Auditore obdarzył swojego wroga szerokim uśmiechem, zadowolony z chichotu, jaki wzbudził u stojących za jego plecami kompanów.

Wiedział jednak, że posunął się za daleko. Vieri od razu poczerwieniał z wściekłości.

– Starczy już tego, Ezio, kutasie! Zobaczmy, czy walczysz tak dobrze jak paplasz!

Vieri, podnosząc miecz, odwrócił się do swoich ludzi.

– Zabić tych skurwieli! – ryknął.

W tej samej chwili powietrze przeciął kolejny kamień, lecz tym razem nie został rzucony jako wyzwanie. Mimo że chybił celu, udało mu się musnąć czoło Ezia, na którym pozostała rozcięta skóra i krew. Ezio zrobił kilka chwiejnych kroków do tyłu, a z rąk ludzi Vieriego posypał się w jego kierunku grad kamieni. Kompani Ezia ledwo mieli czas, by zebrać się w sobie, gdy banda Pazziego po zbiegnięciu mostu znalazła się tuż przy nich. Wszystko wydarzyło się tak nagle, że mężczyźni nie zdążyli dobyć mieczy, a nawet sztyletów, więc obie grupy rzuciły się na siebie z gołymi pięściami. Walka była ostra i zacięta – brutalne kopniaki i uderzenia przy nieprzyjemnym akompaniamencie odgłosów łamanych kości. Przez pewien czas żadna ze stron nie zyskała zdecydowanej przewagi. Chwilę potem Ezio przez krew spływającą z czoła ujrzał, jak dwóch spośród jego najlepszych ludzi traci równowagę i upada, prosto pod nogi tratujących ich oprychów Pazziego. Vieri zaśmiał się szyderczo, a ponieważ znalazł się przy Eziu, spróbował zadać mu kolejny cios w głowę ręką uzbrojoną w ciężki kamień. Ezio przysiadł na pośladkach i cios chybił, ale i tak przeszedł zbyt blisko, by ten mógł poczuć się bezpiecznie, w dodatku jego ludzie zbierali teraz najgorsze cięgi. Zanim stanął na nogach, udało mu się w końcu wyszarpnąć zza pasa sztylet i praktycznie na oślep, choć celnie, zanurzyć go w udzie nadciągającego ku niemu z obnażonym mieczem i sztyletem, potężnie zbudowanego zbira z bandy Pazziego. Sztylet Ezia rozciął tkaninę ubrania, zatapiając się w mięśniach i ścięgnach – mężczyzna wydał z siebie rozdzierający wrzask i przewrócił się, rzucając broń i ściskając obiema rękami ranę, z której szerokim strumieniem trysnęła krew.

Ezio zerwał się na nogi i rozejrzał wokół. Zobaczył, że ludzie Pazziego otoczyli jego kompanów, zamykając ich kordonem przy jednej ze ścian kościoła. Poczuł, że odzyskuje siły w nogach i skierował się w stronę swoich ludzi. Uchylił się przed przecinającym powietrze ostrzem miecza kolejnego poplecznika Pazziego i zdołał wpakować swoją pięść w jego nieogoloną twarz; z satysfakcją ujrzał, jak ze szczęki swojego niedoszłego zabójcy wylatują zęby i jak upada na kolana, ogłuszony ciosem. Krzyknął do swoich ludzi, by podnieść ich na duchu, ale po prawdzie myślał przede wszystkim o tym, jak by tu czmychnąć w możliwie najbardziej honorowy sposób. Usłyszał wtedy przebijający się przez zgiełk walki donośny, jowialny i znajomy głos, który dobiegł z tyłów bandy Pazziego.

– Hej, fratellino, co ty tu u diabła wyprawiasz?

Serce Ezia zabiło z wyraźną ulgą.

– Hej, Federico! Co ty tu robisz? Myślałem, że będziesz dziś, jak zwykle zresztą, balował na mieście!

– Bzdury! Wiedziałem, że coś planujesz, więc pomyślałem sobie, że przyjdę sprawdzić, czy mój mały braciszek nauczył się w końcu radzić sobie sam. Ale chyba potrzebujesz jeszcze jednej lekcji, a może nawet i dwóch!

Federico Auditore, starszy od Ezia o kilka lat i najstarszy z rodzeństwa Auditorich, był wielkim mężczyzną z wielkim apetytem – lubił sobie wypić, lubił się kochać i lubił się bić. Do walki włączył się, gdy jeszcze mówił, od razu rozbijając o siebie dwie głowy oprychów z bandy Pazziego i podnosząc wysoko stopę na spotkanie ze szczęką trzeciego. Przeszedł pewnym krokiem przez chmarę walczących mężczyzn, by stanąć u boku brata, sprawiając wrażenie obojętnego na otaczającą go przemoc. Zachęceni widokiem obu braci kompani Ezia podwoili swoje wysiłki. Ludzie Pazziego byli zaś skonsternowani: robotnicy na nabrzeżu zgromadzili się w bezpiecznej odległości i przyglądali się bijatyce, a ci w półmroku wzięli ich za posiłki Auditorich. To, jak również ryki Federica, jego zwinne, mocne pięści i jego poczynania, od razu podchwycone przez szybko uczącego się Ezia, rychło zasiały panikę w ich szeregach.

Nad ogólnym zgiełkiem zabrzmiał wściekły głos Vieriego Pazziego.

– Wycofujemy się! – zawołał do swoich ludzi wysilonym i pełnym złości głosem.

Spojrzał na Ezia i warknął, rzucając pod jego adresem jakąś niezrozumiałą groźbę, po czym rozpłynął się w mroku Ponte Vecchio. Za nim podążyli ci z jego kompanów, którzy mogli jeszcze chodzić, ścigani w dodatku przez tryumfujących już teraz sprzymierzeńców Ezia.(…)



Oliver Bowden
Assassin's Creed: Renesans
przekład: Tomasz Brzozowski
Copyright © for Polish Edition Insigns Media, 2010.

Copyright © Ubisoft Entertainment. All Rights Reserved.
Assassin's Creed, Ubisoft, Ubi.com and the Ubisoft logo are trademarks of Ubisoft Entertainment in the U.S. and/or other countries.

First published in Great Britain in the English language by Penguin Books Ltd. in 2009.

  • Data dodania: 20-09-2010
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (19)

5. Wega1021-09-2010, 12:18Tylko 5 fragmentów z 2 pierwszych rozdziałów, to część reklamy. Na publikację całej książki na pewno zgody nie będzie.
6. Optimus Prime1021-09-2010, 15:15Trochę kiepsko, powinny być fragmenty z całej książki, a nie tylko z 2 pierwszych rozdziałów
7. ghost122-09-2010, 19:26mi sie podobało ale Sapkowskiego i Tolkiena nie przebije
8. Blackowa122-09-2010, 21:39Noo muszę się zgodzić z poprzednikami. Przyjemnie się czyta, ale oczywiście do klasyków jest temu daleko, no :] Poczekam na inne fragmenty, może coś się rozkręci.
9. Sithis22-09-2010, 22:54"a ponieważ znalazł się przy Eziu" Czemu tłumacz wpadł na pomysł by odmieniać to imię? I jak ma to przeczytać? "Ecju?" Mam nadzieję, że w finalnej wersji książki obce imiona nie będą odmieniane.
10. Iskra23-09-2010, 10:31A mnie zdziwiło to, że Ezio oberwał w czoło. Ciekawe czemu ma służyć ta zmiana. Nie przypominam sobie, by to było jakoś szczególnie ważne dla fabuły. Tym bardziej nie widzę powodu, dla którego postanowiono to przeinaczyć. No nic, teraz to tylko czekać do listopada.
11. tom-ufok125-09-2010, 11:42jak wyjdzie to kupie wygląda ciekawie
12. chinczyk15-10-2010, 14:05wow ale to ciekawe
13. Teona Feba121-10-2010, 16:42ghos masz rację! Tolkiena nie przebije! ale fragment bardzo ciekawy... cała książka z pewnością też! nie mogę się doczekać! Ten fragment bardzo mnie wciągnął...macie rację... inaczej opisane... ale szczerze powiem, że mi się bardziej podoba książkowa wersja... (zresztą każdy inaczej przechodzi grę :D) jak ją sobie wyobrazić w plenerze gry... hmmm.. no no ^^ Ale pamiętajmy! to książka na podstawie gry, jest wiele dodatkowych szczegółów, zmiany...! to włąśnie sprawi, że będzie jeszcze bardzie ciekawa!... Sithis też masz rację... po co odmiana jego imienie... ? nie potrzebne!... pozdrawiam!
14. anonimezio131-12-2010, 17:16mam tę książkę i jet super :D gorąco polecam :D
15. Siepenka1002-01-2011, 14:21No, przeczytałem fragment, jedynie nie podobają mi się te bluźnierstwa, mam pytanie, jest ich dużo? No i nadal zastanawiam się, czy warto kupić tą książkę, mówiłem już tacie, że chce ale w sumie nadal nie jestem pewny.
16. lewy39117-01-2011, 16:10Zakon asasynów istnieje, jeśli chcecie do niego należeć piszcie gg 18688757
17. bri619109-02-2011, 15:21nie chce mi się czytać i dlatego proszę o link filmu
18. Mika18-02-2011, 15:37Mam całą tą książkę jak ktoś chce to pisać na E-mail
19. zaraki100012-06-2011, 09:36@Iskra-Każdy tak ma... przyjrzyj się Altairowi... Desmondowi a rana na czole(lub ustach) jest...(w pewnym sęsie) naturalna.

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
090
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza