Zakon Assassin's Creed


Mroczna Dusza

Rozdział I - Krew w piach

Mężczyzna zawinięty w czarne szaty podrapał się po brodzie. Siedział w gałęziach drzewa oliwnego już trzy godziny. Czuł, że niedługo będzie musiał zejść, by ulżyć pęcherzowi, jednak nie mógł stracić jedynej okazji. Wiedział, że droga przez pola jest najsłabszym ogniwem. Wiedział także, że do zachodu słońca konwój będzie musiał przejechać przez piaszczystą ścieżkę znajdującą się w odległości nie więcej niż dziesięciu metrów od drzewa, na którym siedział. Jego zadanie było proste: zatrzymać transport, pozbyć się załogi i podać zleceniodawcy położenie cennego ładunku. Mężczyzna naciągnął cięciwę na krótki, kompozytowy łuk, który trzymał w skórzanym pokrowcu na plecach. Do zachodu pozostało pół godziny. Żaden konwój nie przejeżdżał przez pola po zapadnięciu zmierzchu. Grasanci, szakale, sekty… to tylko część plugastw kryjąca się wśród łanów zbóż i w liściach drzew. Zabójca sam bał się przesiadywać tu do późna.

Dirion zaczął się niecierpliwić. Powtarzał sobie w myślach plan: Najpierw konie pierwszego powozu wpadają na pułapkę, konwój zatrzymuje się, na przód wysuwają się konni strażnicy. W cieniach zmierzchu i gęstwinie liści tor lotu strzał nie powinien być widoczny. W okolicach wozów będzie kręciło się paru zbrojnych, w tym możliwa była także obecność kuszników. Zabójca postanowił podkraść się do nich od tyłu, główny punkt obrony powinien wtedy być już w okolicach czoła konwoju. Później sprawy powinny ułożyć się same, zabójca liczył na niewielki opór. Miał w zanadrzu pewien specyfik, gliniany pojemniczek wypełniony mieszanką ziół i narkotyków, zwaną popularnie usypiaczem, stosowaną często przez złodziei i strażników, głównie w celu wykiwania tych drugich. Najemnik musiał przerwać swoje rozważania, zza pagórka wyłoniła się para zadbanych, pociągowych koni, za nią wóz z dwójką konnych po bokach, następnie reszta konwoju. Konni, jak zauważył Dirion, mieli przypasane zwykłe, jednoręczne miecze. Na każdym wozie siedziało dwóch kuszników i jeden człowiek odziany w długie szaty, zapewnie handlarze. Ostatni wóz ukazał się w obłoku kurzu. W sumie było ich cztery. Nagle na przedzie kolumny rozległo się przeraźliwe rżenie koni, które przerodziło się w rzężenie i ucichło. Pułapka zadziałała. Wysuwające się spod piachu drogi kolce, sięgające do piersi dorosłego mężczyzny uwalniało przerwanie cienkiej linki, rozpiętej na wysokości końskich pęcin. Pułapki takie wykonywała banda grasantów zwana szumnie jastrzębiami, ze względu na zachowanie drapieżnych ptaków, które upolowaną zdobycz nabijały na ostre gałęzie, niejako będące ich spiżarnią. Parę dni temu jastrzębie uwiły sobie gniazdko w przytulnych murach lochu, oczekując na sąd. Życie grasanta nie należało do najłatwiejszych, toteż wszyscy, wcześniej czy później, wpadali w łapy strażników. Jednak pułapki po nich pozostawały. Większość z nich była wielokrotnego użytku, toteż z niektórych morderczych wynalazków korzystały całe pokolenia kryminalistów różnej maści.

Konni postąpili zgodnie z oczekiwaniami Diriona. Pierwszy z nich osunął się na ziemię, wydawszy z siebie krótki jęk. Pozostali spojrzeli w jego kierunku. Nim zauważyli brzechwę strzały sterczącą z gardła kompana, drugi z nich oklapł na koniu, ukazując kolejną strzałę w plecach, jakby chwalącą się smukłością swoich czarnych lotek. Konni rozpierzchli się w przerażeniu. Kolejny z nich zginął złamawszy sobie kark uderzeniem o pień drzewa, gdy strzała zamiast jeźdźca dosięgła konia. Zwierzę zginęło natychmiast. Ostatni konny pogalopował wzdłuż ścieżki. Najemnik oszczędził biedaka. Wiedział, że prędzej czy później wpadnie na jakąś pułapkę lub dopadną go dzikie zwierzęta czy nie mniej zdziczali ludzie. Dirion pobiegł na tyły konwoju, okrążając go w bezpiecznej odległości i poruszając się najciszej jak mógł. Miał sporo czasu. Słońce właśnie słało ostatnie promienie zza widnokręgu, a nikt o zdrowych zmysłach nie poruszałby się samotnie w polach po zmroku. Farmerzy już dawno opuścili to miejsce, dawniej uporządkowane, rośliny same się rozprzestrzeniały tworząc istny gąszcz, obfitujący w pożywienie, dlatego zachęcający tak wiele plugastwa do ukrycia się w nim.

Zabójca dotarł na miejsce, gdzie zauważył jednego z kuszników opartego plecami o ścianę wozu. Okrążywszy go z drugiej strony, zabójca wśliznął się niepostrzeżenie na dach wozu, po czym przesunął się w stronę nieudolnego obrońcy. „A śmierć nadejdzie z góry” – Szepnął Dirion sam do siebie, po czy zagłębił ostrze swego pokrytego smołą miecza w nieosłoniętym kolczugą barku kusznika. Pokrywanie miecza smołą miało dwie podstawowe zalety: likwidowało odbłyski światła od obnażonej klingi, i wprowadzało zakażenie do rany ciętej, tak czy siak sprowadzając na ofiarę śmierć. W sytuacji kryzysowej można było także podpalić smołę, otrzymując iście mityczny, choć nieporęczny oręż. Strażnik upadł na kolana, a potem zarył twarzą w piachu. Nikt nie zauważył leżącego trupa. Zaczynało się ściemniać. Zabójca spojrzał w kierunku następnego wozu, zdziwienie jego było ogromne, gdy widok przesłoniła mu ciężka drewniana laska. Świat rozbłysnął mu przed oczami milionami białych i czerwonych punktów, gdy osunął się w niebyt… Słońce zachodziło czerwoną łuną...


Rozdział II – Niepewne przymierze

Czaszka pulsowała tępym, ogłuszającym bólem. Mężczyzna z trudem otworzył oczy. Był ciasno związany, bez całego swojego sprzętu. Zobaczył przed sobą człowieka w długiej, czerwono-żółtej szacie. Poczuł, jak zaschło mu w gardle, a pęcherz przypomniał o sobie boleśniej niż wcześniej. Człowiek stojący przed nim, odwrócony plecami, miał wyhaftowane na szacie insygnia Kultu Damasceńskiego. Zabójca przypomniał sobie wszystkie plotki opowiadające o wyjątkowym sadyzmie i okrucieństwie, jakim cechowali się członkowie kultu. Podobno posiadali także moce magiczne i potrafili czytać w myślach. Dirion domyślał się, że co najmniej połowa z tych plotek to bzdury, wolał jednak nie ryzykować. Kultysta odwrócił się.

– No, no. Patrzcie, kogo my tu mamy… nie wyglądasz mi na grasanta, nie nosisz się też jak asasyn. Jednak twój wygląd mówi sam za siebie. Nie interesuje mnie kim jesteś. Wolę raczej wiedzieć, kto cię nasłał.

Dirionowi jeszcze bardziej zaschło w gardle. Dyskrecja i dochowanie tajemnicy były wpisane w kodeks jego zawodu. Gdyby zdradził swojego zleceniodawcę, mógł zostać zabity bez żadnych konsekwencji prawnych. Z pewnością Lord Asuan rozesłałby za nim listy gończe i nasłał na niego innych, jemu podobnych najemników. Myśl ta nie uśmiechała się Dirionowi.

– Lepiej mów po dobroci, albo skorzystamy z bardziej… hmm… niehumanitarnych metod. – Dziwnie ubrany mężczyzna parł dalej. Zabójca odetchnął z ulgą – jednak nie umieli czytać w myślach, co nie zmieniało jego pozycji. Dirion nie wiedział, co znaczy słowo „humanitarny”, wolał się jednak nie przekonywać, więc postanowił odpowiedzieć. – I tak jestem martwy. Co mi to da, jeśli odpowiem na twoje pytanie? Kultysta uśmiechnął się sadystycznie. Diriona obleciał strach.

- No cóż… nie zgodzę się z tobą, mości… jak cię zwać?

Najemnik nie dał się nabrać.

– Nic ci do tego, bucu.

- Oooo… jaki niegrzeczny… no cóż, reasumując: jeszcze nie jesteś martwy. A to, co się wydarzy przed twoją śmiercią będzie teraz zależało tylko i wyłącznie ode mnie. Spójrz na to z mojej perspektywy: zabiłeś czterech moich ludzi. I, trzeba przyznać, wynajęcie ich kosztowało mnie małą fortunę. Więc co według ciebie powinienem z tobą zrobić?

Diriona mdliła ta pseudogrzeczna rozmowa. Spojrzał na swojego kata, z wyzwaniem w oczach rzucił:

– Niczego się ode mnie nie dowiesz, ty sadysto chędożony. Zabij mnie od razu, lub wypuść, zamiast gmatwać w tych twoich popapranych gierkach.

Kultysta spojrzał na niego posępnie.

– Wiedz, że nie mam zamiaru cię zabijać. Aby udowodnić swoją wielkoduszność, każę cię rozwiązać. – Skinął palcem, po czym dwóch drabów podeszło do zabójcy i przecięło krępujące go liny. Mężczyzna w szacie podsunął mu stołek, i rzekł – Możemy teraz porozmawiać jak ludzie cywilizowani?

Dirion nie wiedział co powiedzieć. Był gotów na wszystko, ale nie na to.

– No więc zabiłeś moich ludzi. Uważam, że powinieneś jakoś zrefundować mi tą stratę, czyż nie?

Delikatne, niepewne skinienie głową.

– Więc, skoro jesteś moim, nie przymierzając, jeńcem, proponuję abyś zaczął dla mnie pracować. Zobaczyłem w akcji twoje umiejętności, i to mi wystarczy. – Zabójca wytrzeszczył oczy ze zdumienia. – Stare prawidło mówi: trzymaj swoich przyjaciół blisko, ale wrogów jeszcze bliżej. No więc proponuję ci układ. Ja cię nie zabiję, a ty w zamian za to będziesz pracował dla mnie. Oczywiście jako moje ostrze – Dirion już miał się odezwać, gdy mnich przerwał mu. – Oczywiście, praca u mnie jest dobrze płatna, choć odliczę od twojej zapłaty wartość tych czterech najemników… ale przynajmniej nie będziesz musiał już szukać zleceń na chybił-trafił. No więc jak? – Dirion rozejrzał się po otoczeniu. Był w jednym z zatrzymanych wozów, na zewnątrz pozostali strażnicy rozbili obóz, a z odgłosów i zapachów można było wywnioskować że delektują się niezbyt wyrafinowanymi, aczkolwiek mocnymi trunkami i nie mniej pyszną kiełbasą z dzika, pieczoną nad ogniskiem. Zabójca wrócił myślami do bliższego otoczenia. Kultysta patrzył na niego z napięciem oczekując na odpowiedź. Jego jeniec delikatnie, z grymasem uśmiechu na twarzy kiwnął głową. Mężczyzna poklepał go po ramieniu. - Witamy w szeregach Damascenów.


Rozdział III – Zły początek

Głos zniekształcał się, wibrował… z ciemności wyłoniła się kobieta. Może raczej anielica. Całe jego ciało przeszywał spazm bólu, czuł jak stygnie, umiera. Cherubini spojrzała na niego z góry.

– Dirionie, nie mogę utrzymać tej więzi długo. Nie masz czasu, więc zapamiętaj co ci powiem: Gdy przyjdzie odpowiednia chwila, będziesz musiał wybierać. Proszę, wybierz mądrze. Zostało ci tak mało czasu… Xaerth. Zapamiętaj… znajdź go. Xaerth…


Najemnik zerwał się z łoża, uspokoił łomoczące serce i rozejrzał się po pomieszczeniu. Pamięć powoli wracała do jego skołatanego umysłu, jakby ktoś powoli zdejmował grube zasłony dzielące go od jego wspomnień. Już pamiętał gdzie jest: Tajemniczy kultysta spotkany w Polach, kazał mu zabić Lorda Asuana. Dirion ot tak, po prostu miał pójść do władcy dużego portowego miasta i wbić mu nóż w gardło. Barman w pobliskim zajeździe wydał, że Asuan wcale nie zamierza wypłacać nagrody, ponadto wymordował wszystkich, którzy wiedzieli cokolwiek o nieudanym przejęciu transportu. Dirion sam chciałby wiedzieć, co znajdowało się w wozach należących jego nowego zwierzchnika. Jednak nie dane mu było się tego dowiedzieć. Zamordował więc jednego z lokajów Lorda, po czym założył jego strój i ukrył ciało w górze nawozu, piętrzącej się koło stajni. Poprzez obserwację znalazł siedziby służących, gdzie przedstawiwszy się jako nowy nabytek Lorda, dostał wolny siennik i przespał noc.

Za oknem szarością witał go wczesny poranek, zimno sączyło się przez szczeliny w drzwiach i między niezbyt udatnie oprawionymi okiennicami. Mały gliniany budyneczek przez noc zdążył się całkowicie oziębić, zwłaszcza że większość jego mieszkańców już powstawała i rozpoczęła swoje codzienne zajęcia, tak by zdążyć wyczyścić każdy kącik posiadłości zanim władca się obudzi. Dirion nie musiał długo się szykować, spał wszak w ubraniach, a o kąpieli mógł tylko pomarzyć. Opłukał więc twarz lodowato zimną wodą ze studni, po czym ruszył w stronę zamku, przeciągając się i ziewając.

Jego kroki na korytarzu tłumił gruby, wełniany dywan, przywieziony przez Asana aż z odległej Persji. Najemnik czuł, jak zbiera w sobie coraz więcej energii, jak zawsze przed zabójstwem. Wyostrzały mu się wszystkie zmysły, a mięśnie pracowały dwa razy sprawniej.

Entuzjazm prysł natychmiast niczym mydlana bańka, gdy Dirion spostrzegł dwóch strażników, pilnujących drzwi do komnat Lorda. Zaklął cicho – tego nie przewidział.

Przy sobie miał tylko malutki sztylet, ukryty w pochwie mocowanej na przedramieniu, pod rękawem. Jak zapewniał go sprzedawca, ostrze pokryte było bardzo silną trucizną, paraliżującą i zabijającą już w parę sekund po dostaniu się do krwi ofiary. W każdym bądź razie jego nożyk do papieru nie mógł mierzyć się z krótkimi, lecz masywnymi gladiusami przypiętymi do pasów osobistej straży Lorda.

Dirion by nie wzbudzać podejrzeń, nie zwalniając kroku szedł w stronę okutych żelazem drzwi. Stanął przed opartymi o odrzwia strażnikami, po czym zdał sobie sprawę, że świetnie wyszkoleni i niezwykle czuli wojownicy… zasnęli na służbie.

Nie czekając aż się obudzą, najemnik delikatnie wyciągnął jednemu z nich miecz z pochwy, po czym płynnym, zamaszystym cięciem przeciął obu strażnikom gardła tuż pod krtanią. Ciała z głuchym tąpnięciem opadły na ziemię, brocząc obficie krwią. Zabójca w duchu pobłogosławił tego, kto kazał wstawić na korytarzach tak grube dywany.

Drzwi pod naporem uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Dirionowi szybciej zabiło serce. Lord Asan spał sobie w najlepsze, uwaliwszy się na ogromnym, wykładanym jedwabiem łożu. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności nałożnice mości lorda zdążyły już opuścić pokój.

Nie marnując czasu, najemnik wyciągnął ukryty do tej pory sztylet, po czym przyjrzał się jego powierzchni. Ostrze na całej długości błyszczało się, jakby pokryte olejkiem. Bez zbędnych ceregieli podniósł rękę do ciosu, po czym… odczuł mocne szarpnięcie, tuż pod żebrami. Spojrzał w dół. Z jego piersi wystawał żelazny, ubroczony ciemnoczerwoną krwią grot strzały, przeszywającej jego ciało na wylot. Odwrócił się, przez uchylone okiennice dojrzał stojącego na blankach łucznika, który już zakładał kolejny pocisk na cięciwę. Krew zaczęła sączyć się przez służebne ubrania. Dirion ponownie odwrócił się w stronę Lorda Asuana, który obudzony zamieszaniem przecierał zaspane oczy. Nie czekając na cios drugiej strzały najemnik rozpaczliwie machnął zatrutym ostrzem w stronę władcy. Jego ostrze minęło się z celem, zabójcy zakręciło się w głowie. Druga strzała wbiła się w jego plecy tuż obok poprzedniej. Upadł na kolana, powoli osunął się na bok. Zanim ogarnęła go ciemność, zauważył to: na łydce lorda błyszczała króciutka, czerwona nitka zdradliwego cięcia.

Jego zadanie zostało jednak wykonane, czego więcej potrzebuje taka maszyna do zabijania jak on? Dirion spróbował się zaśmiać, jednak udało mu się tylko zacharczeć, zadławił się własną krwią.

Ból wydawał mu się tak odległy... Obraz oddalał się, rozmazywał. Po chwili spadał w przepaść, nicość, rozpływał się. Umierał. W ostatnim przebłysku świadomości, przypomniał sobie anielicę, po czym mentalnie zawołał: Xaerth, błagam...

Po czym przestał istnieć.

  • Data dodania: 19-02-2010
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (6)

1. gnidka28-08-2010, 21:15Opowiadanie jest fajne, bo dość szczegółowe.
2. Tramoxt806-09-2010, 20:35Masz zamiar zrobić konkurencje Ac Reneisance? ;]
3. mihaello105-01-2011, 17:54muszę przyznać że niezłe.ej słyszeliście że ma wyjść film 8 latka pod nazwom"podwujny świat
4. Coel13-07-2011, 12:53brawo! na prawdę dobre!
5. ReboRn512-11-2011, 12:42Dobre, bardzo dobre. Szkoda że z końca można wywnioskować, że nie będzie następnej części.
6. Anabef de lavega05-02-2014, 22:31Bardzo fajne.Hey mam pytanie znacie jakieś ciekawe opowiadanie z coonor'em ?P.s przepraszam za błędy ortografiiczne jeśli jakieś są.

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
300
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza