Zakon Assassin's Creed


Nowa Wiara

Mgła. Ciemność. I nagle oślepiające światło. I szept.

Altaiir.

Altaiir.

Otworzył oczy. Odwrócił głowę. Leżała obok niego. Jej piękne pełne usta były lekko rozchylone. Włosy opadały na bok odsłaniając piękną, delikatną szyję. Podparł się na ramieniu. I pocałował ją. Całował długo rozkoszując się ciepłem jej ciała i wspaniałym smakiem warg. Nagle zabiły dzwony. Przerwał pocałunek.

-Już czas – powiedział. Wstał i podszedł do kufra stojącego przy nogach łóżka. Otworzył wieko. Zaczął się ubierać. Usiadła, zakrywając piersi kocem. Myślał, że coś powie. Nie powiedziała nic. Milczała. Odezwała się dopiero, gdy zakładał karwasze i Ostrze. Podeszła, pomogła mu. Następnie popatrzyła mu w oczy szepnęła.

-Już czas. Uważaj na siebie.

Spojrzał jej w oczy i nasunął kaptur na głowę, skrywając twarz w cieniu. Nie powiedział nic. Odwrócił się i odszedł.

*****

Mgła. Ciemność. I nagle oślepiające światło. I głos. Głos, który woła.

Desmond.

Desmond.

Otworzył oczy. Mrugnął. I wstał. Gdy stanął na nogi rozejrzał się wokół. Animus stał obok. Światło z jego wnętrza pulsowało jeszcze. Obok, przy palecie kontrolnej maszyny siedziała kobieta. Właściwie dziewczyna, mająca mniej więcej około dwudziestu kilku lat. Dziewczyna miała kręcone, ciemne włosy. We włosy wpiętą miała różę. Ubrana byłą w zwykły biały podkoszulek, na który narzuconą miała kurtkę marines. Oprócz tego miała na sobie legginsy, mini spódniczkę, a na nogach zwykłe trampki. Kliknęła kilka razy w panel Animusa i podeszła do niego. Podała mu jakiś napój. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się

-Wypij to. Przywróci normalne funkcjonowanie organizmu po intensywnej syntezie Animusa.

Nie wiedząc, czemu wypił napój. Miał on lekko cierpki smak. Zgniótł pusty plastikowy kubek. Spojrzał na nią. Znał ją, lecz nie pamiętał ani jej, ani tego miejsca, ani siebie. Przeszedł kilka kroków. Zachwiał się, lecz zaraz odzyskał równowagę. Znów się rozejrzał. Dziewczyna gdzieś znikła. Zauważył drzwi prowadzące na balkon. Wyszedł przez nie i odetchnął głęboko. Podszedł do lekko zniszczonej balustrady. Otworzył szeroko oczy. Nie mógł uwierzyć. Wszędzie wokół rozciągały się ruiny. Cały widnokrąg zajmował szary krajobraz, niczym po eksplozji nuklearnej.

Wokół ruin budynków, ściętych na wysokości dziesięciu metrów, leżały osmalone i lekko stopione samochody. Na ulicy walały się śmieci, latarnie, i gruz. Nigdzie nie było ciał. Usłyszał ciche łkanie. Spojrzał w tamtą stronę. Siedziała na ziemi, na drugim końcu balkonu i również spoglądała na ruiny. Podszedł do niej, przykucnął i objął ramieniem. Odezwała się. Tym razem głos miała zimny i jednocześnie bardzo smutny.

- Mieszkałam z matką kilka przecznic dalej. Nie pamiętam nazwy ulicy. Nie pamiętam dużo. Wiem, że nasz dom był cały czerwony. W salonie siadałam na dywanie i bawiłam się z kotem. Wabił się Rudy. Całe futro miał takie ceglaste. Lubiłam jak mrużył tak dziwnie oczy, gdy drapałam go za uszami. Było tak, aż do Tamtego Dnia. Dnia, kiedy spadły bomby. Pamiętam, że byłam wtedy w u przyjaciółki. Było po imprezie. Większość ludzi spała. Nagle jeden z chłopaków wbiegł do pokoju krzycząc, że nas atakują. Z początku myśleliśmy: zwariował. Ale potem usłyszeliśmy ten przerażający świst. A potem huk. Cały budynek zatrząsł się. Tynk zaczął odpadać ze ścian i sufitu. Wtedy pomyślałam o Rudym i mamie. Byli sami w domu. Wybiegłam z mieszkania. Boso. Tylko w koszulce i mini. Gdy znalazłam się na ulicy pomyślałam, że to piekło. Wszystko się sypało, Budynki waliły się, ludzie krzyczeli, psy wyły. Coś okropnego. W pewnej chwili mężczyznę stojącego kilkanaście metrów przede mną rozerwało na pół. Gdy dotarłam do domu zobaczyłam tylko dymiące ruiny. Mój dom już nie istniał. Obok mnie leżało jedno oderwane od reszty ucho Rudego.

Zamilkła. Zacisnęła usta. Zamknęła oczy. Spod przymkniętych powiek spływały łzy. Objął ją, przytulił. Trwali tak chwilę. Nagle odepchnęła go delikatnie i spojrzała na niego. Ślady po łzach widać było na policzkach. Białe bruzdy były doskonale widoczne na brudnej, szarej od popiołu twarzy.

- Skup się. Altaiir przewidział to, Jabłko mu to pokazało. Widział więc, czy to jest już koniec, czy coś nas jeszcze czeka. Skup się, proszę. Skup się Desmond. Zrób to dla mnie.

Spojrzał na nią zdziwiony. Nie wiedział, że go zna. Szepnęła.

- Nazywam się Maria.

*****

Następne dni to były kolejne syntezy Animusa. Coraz bardziej wyczerpujące. Czuł się źle. Nie mógł spać. W nocy myślał o świecie, którym przyszło mu żyć, myślał o przeszłości. I myślał o niej. O Marii. Mówiła mu, że jeszcze inni ludzie przeżyli, lecz nie widział ich. Nigdy nie wypuszczała go poza budynek. Powoli dostawał klaustrofobii. Czuł się jak pies w klatce. Gdy powiedział jej to, wzruszyła ramionami i dała mu drugie klucze. Od tamtej pory zaczął chodzić na krótkie spacery. Zaprzestał ich, kiedy znalazł pierwsze ciało. Był to mężczyzna. Nic więcej o nim się nie dowiedział, ponieważ ciało było prawie w całości zwęglone. Od tamtego dnia zaprzestał spacerów. Zaczął rozglądać się po budynku. Znalazł nawet laptop. Ten jednak nie działał. Maria wyjaśniła mu, że to z powodu braku energii.

- Animus ciągnie energię z promieni słonecznych. Lecz jego baterie są podłączone prosto do paneli słonecznych. Nie ma żadnych kontaktów. Mamy tylko wodę i gaz.

Zaprzestał eksperymentów. Postanowił skupić się na Altaiirze i Animusie. Kolejne dni to były kolejne syntezy Animusa.

*****

Mgła. Ciemność. I nagle oślepiające światło. I krzyk. Krzyk mordowanych, czy krzyk sprzedawcy na targu?

Altaiir.

Altaiir.

Idzie ulicą. Mija przechodniów. Mija stragany, na których krzykliwi sprzedawcy zachwalają świeże ryby, kożuchy, skóry i inne niepotrzebne mu rzeczy. Mija przechodniów. Ma jeden cel. Cel ten musi dziś zginać.

***

Mały pałacyk. Wokół stoją palmy, krzaki fig i inne rośliny. Między nimi, niczym wąż, wije się strumyk. Bogactwo. Przepych. Chciwość. Altaiir podszedł do fasady budynku. Zadarł głowę. Willa miała nie więcej jak dwa piętra. Skręca i szuka miejsca gdzie, niezauważony, będzie mógł wspiąć się po murze na dach. Znajduje takie miejsce. Wspina się na dach. Podciąga się na rękach i staje. Dachówki są trochę niestabilne. Altaiir skacze, lekko, kilka metrów do przodu. Przed nim widnieje dziedziniec. Krąży po nim kilku ludzi. Ci znikają po kilku minutach i asasyn może zejść na dół. Altaiir przykuca, jednak w tej samej chwili na dziedziniec wchodzi samotny strażnik. Altaiir podejmuje szybką decyzje. Skacze. W czasie skoku wysuwa ukryte ostrze. Zabija strażnika pchnięciem w bok szyi. Fontanna krwi wykwita, zalewając bruk. Altaiir błyskawicznie odskakuje, ani kropla krwi nie pozostawia śladu na jego tunice. Asasyn chowa swe ostrze i ostrożnie znika w mroku kolumn okalających dziedziniec.

***

Drzwi. Altaiir podchodzi do pierwszych lepszych. Naciska klamkę. Drzwi uchylają się. Pokój jest pusty. Tak z początku się wydaje. Nagle drzwi za jego plecami zamykają się gwałtownie. Altaiir odwraca się i widzi błysk klingi chcącej pchnąć go w plecy. Błyskawicznie przysiada. Obraca się wokół osi. Błyskawicznie doskakuje do przeciwnika. Ten kręci młynka i znów atakuje pchnięciem. Altaiir mija ostrze o cale i ładuje prawą pięść w brzuch wroga. Zaraz potem lewą w podbródek. Atakujący asasyna wydaje ciche westchnienie i wypuszcza broń z ręki. Słychać metaliczny brzdęk i głuche uderzenie. Drewno. Broń drzewcowa. Prawdopodobnie włócznia. Nie myśląc długo, Altaiir wyciąga nóż i przykłada go do gardła wroga.

- Wiesz gdzie jest Ibrahim Ab Kharim?

- W pokoju obok. Puść mnie. Przysięgam na Allacha, że wyjdę stąd i więcej się nie spotkamy.

Asasyn chowa nóż. Podchodzi do drzwi i otwiera je na oścież. Robi zapraszający ruch ręką. Jego niedoszły wróg mija go i powoli odchodzi. Dopiero teraz Altaiir może przyjrzeć się mu. Jest to ciemnowłosy młodzieniec. Jego prosta tunika nie posiada naszytego żadnego godła. Nie jest to więc strażnik. Altaiir odwraca się i otwiera kolejne drzwi. Otwierając je wyciąga miecz. W aksamitnym fotelu siedzi mężczyzna w średnim wieku. Pisze on coś na papierze. Gdy asasyn wchodzi lekko drga. Altaiir podchodzi do niego. Mężczyzna odwraca się. Oczy rozwierają się z przerażenia. Otwiera usta, lecz nie dobiega z nich żaden dźwięk.

- Zwiesz się Ibrahim Ab Kharim, prawda?

Mężczyzna ledwo dostrzegalnie kiwa głową. Altaiir unosi miecz. I pcha. Zabija. Krew tryska z pleców mężczyzny zalewając biurko, przy, których pracował i papiery. Asasyn wyszarpuje miecz z trupa. Ciało zwala się na podłogę, zalewając szkarłatem dywan perski. Altaiir ostrożnie podnosi mniej zabrudzone papiery. Widnieje na nich mapa, jakieś nieznane Altaiirowi nazwiska, i jedno słowa. Jabłko. Nagle słychać kroki biegnących. Altaiir spogląda na drzwi. Zaraz potem do pokoju wpadają uzbrojeni strażnicy. Pokój jest jednak pusty. Jeden z nich podchodzi do okna. Świeże powietrze wpada do pokoju przez dopiero, co otwarte okno. Strażnik rozgląda się. Nikogo nie ma. Zamyka je. Wtedy z cienia pod murem wyłania się postać w białym stroju. Asasyn poprawia kaptur i znika w tłumie.

*****

Mgła. Ciemność. I nagle oślepiające światło. Dzwony. Dzwony biją. Idzie w stronę placu głównego. Dziś ma odbyć się egzekucja kilku prominentnych mieszczan. Biją dzwony. Altaiir mija przechodniów. Na placu zgromadziło się już mnóstwo osób. Asasyn przeciska się przez tłum. Kilka potrąconych ludzi wygraża mu. On nie przejmuje się nimi. Szuka wzrokiem innych członków Zakonu. Są, stoją przy podeście. Po chwili dołącza do nich. Kiwa głową w stronę kilku znanym mu. Na podeście stoi już kat. Strażnicy wprowadzają skazańców. Kat zakłada im pętle na szyje. Sznur zostaje poprawiony. I wtedy…

*****

Mgła. Ziemia drży. Komnata, w której on się znalazł przypomina połowę kuli. Na ziemi namalowane są kręgi. Zaś w środku stoi mały, kamienny podest. Coś leżące na nim świeci się złotym blaskiem. Desmond ostrożnie podchodzi do środka komnaty. Na podeście leży Jabłko. Jego światło pulsuje lekko. Desmond, nie wiedzieć czemu, dotyka Artefaktu. Wtedy Jabłko rozbłyska. Desmond upada na ziemię. Zasłania oczy rękami. Blask Jabłka zmienia się. Nie jest już złoty, lecz ciemno pomarańczowy. Nagle gaśnie, tak szybko jak się pojawił. Desmond podnosi wzrok. Przed nim stoi wysoka i bardzo piękna kobieta. Na jej ramieniu siedzi sowa. Kobieta wygląda jak…

Jak Minerwa.

Zgadza się. Tak mnie nazywano. Dawno, dawno temu. Przed Wojną, która zniszczyła obie Rasy. Taka wojna zostanie powtórzona. Już wkrótce.

- Nie zatrzymam tego, co nieuniknione.

Nie. Ale możesz sprawić, że ludzie przeżyją zagładę. Że podniosą się z popiołów. Że uczynią coś, co Nam się nie udało. Ludzie zostali stworzenia na Nasze podobieństwo. Tak jak My będą podejmować złe decyzje. Ale Waszym zadaniem jest uczyć się na Naszych błędach.

- Ale, co ja mam z tym wspólnego? To Altaiir, Ezio byli w posiadaniu Jabłka, nie ja.

Tak. Ale Altaiir i Ezio żyją w Tobie. Ich duch mieszka w Twym sercu.

Zamilkła. Spojrzała po sali.

Coś Ci pokażę.

Podniosła rękę. Miejsce, które wskazała zmieniło się w mgłę. Z mgły tej wynurzył się Altaiir. Podszedł do piedestału i włożył w nie Jabłko. Zabłysło ono złocistym blaskiem. A potem blask zmienił się w wizję. Wizję zdarzeń przyszłych. Desmond przyglądał się z przerażeniem jak Jabłko wyświetla obrazy z Dnia Bomb. Statua Wolności pada. Chrystus z Rio de Janeiro leży w gruzach. Wieża Eiffla i Big Ben stoją wśród ruin miast. Pałac Kultury i Nauki płonie. Koniec. Śmierć. Ogień. I nagle ciemność. I głos.

Możesz to zmienić. Masz czas. Masz wybór. Masz powinność. Żyj według zasad.

*****

Altaiir zachwiał się. Skazańcy zawiśli. Już czas. Czas wypełnić powinność. Tego każe Credo. To trzeba zrobić, by świat był lepszy. By świat się odrodził. Altaiir wysuwa Ukryte Ostrze.

Nazywam się Altaiir Ibn La'Achad

Jestem Asasynem.

*****

Desmond zbudził się nagle. Animus pulsował głucho. Wokół stoją asasyni. Pytają czy dowiedział się gdzie jest Jabłko i inne artefakty. Kręci przecząco głową. Asasyni są rozczarowani. Nic, znowu nic, mówią. To nieprawda, myśli Desmond, Dowiedziałem się czegoś. Czegoś bardzo ważnego. Nagle zauważył, że asasyni nasłuchują. Również nastawił uszu. Z góry dobiegał przerażający świst. Świst bomb. Wszystko zaczyna się odnowa. A może nigdy się nie zaczęło? Świst narasta. To koniec. Nie ma już nic. To koniec. Credo zaraz będzie nieaktualne. Desmond zamyśla Nową Wiarę. Nagle ziemia drży. Huk. Budynki zaczynają się walić. To koniec.

To Nowa Wiara.

Nazywam się Desmond Miles.

Jestem Asasynem.

Koniec części pierwszej

  • Autor: komp222
  • Data dodania: 19-09-2012
Książka Assassin's Creed - Ostatni Potomkowie - Grobowiec Chana wydawnictwa Insignis

Komentarze / pokaż wszystkie (3)

1. komp222319-09-2012, 19:25Proszę bardzo o komentowanie, bd wiedział co należy potem zmienić. Jak się bd podobać to wrzucę kolejne części. Pozdrawiam.
2. ezio17121-09-2012, 19:47świetne czekam na następną część
3. Aria409-03-2015, 21:38Wow...serio WOW :O ile to wymyślałeś?

Dodaj komentarz

*Czy jesteś botem?
Składnia
ZnacznikPrzykład użyciaWynik
*pochylenie*Altair ma *różowego* kota.Altair ma różowego kota.
**pogrubienie**Altair **nie ma** kota.Altair nie ma kota.
~~spoiler~~Ojciec Altaira ~~Umar~~! :OOjciec Altaira Umar!
>cytat>requiescat in pacerequiescat in pace
© 2008 - 2017 zakon-ac.info • there is only ZAC
200
Patronat
Społeczność
Ładowanie...
Do góry
TOP5#19:
  1. FIFA Polonia
  2. Zakon Assassin's Creed
  3. Marvel Comics
  4. Markolf
  5. Need For Speed
wygraj płytę GIGABYTE dla gracza